poniedziałek, 29 czerwca 2015

Rozdział 21 ♥ ~ Pogrzeb

Spadałam chyba długie godziny. Długie godziny wraz z człowiekiem który nieustannie pragnął spotkać się z moją śmiercią. Jego zdezorientowana twarz wykrzywiona wściekłością, ręce zaciśnięte w pięści i obnażone zęby, świadczyły, że to nie miało się tak skończyć, że to miał być koniec pełen tortur i krwi, że o tym miał dowiedzieć się cały Paryż. I Eryk. A ból fizyczny jaki miałam doznać miał nie dorównywać cierpieniu Eryka i moich bliskich.
To nie tak miało się skończyć.
Wiedział, że nasza wspólna udręka życia miała się właśnie skończyć, ale mimo to ciągle kierował w moją stronę ząbkowany nóż. Czując zimno ostrza na skórze, sama odsunęłam jego rękę i wtedy to na jego ubraniu zaczęła pojawiać się wielka, czerwona plama. I nagle pochłonęła nas ciemność wód, kończąc ten morderczy taniec.
- Słyszysz mnie? Proszę odpowiedzieć!
Odpowiedzieć? Czy rzeczywiście słyszałam głos śmierci?
- Słyszysz mnie?
Nie, to na pewno nie jest głos śmierci. Z pewnością nie mojej.
- Ona chyba nie żyje...
I w tym momencie otworzyłam oczy, by dowiedzieć się, co się dzieje. Kto by pomyślał... Jednak się spóźniłaś.
- Halo, niech pani coś powie.
Westchnęłam a zaniepokojone oczy blondynki bezustannie wpatrywały się we mnie.
- Spokojnie, niech się pani nie rusza, karetka zaraz przyjedzie.
- Co?! Nie... Nie mogę... Powiedz, że mnie tu nie było! - panika nagle mnie ożywiła.
Nie mogli wiedzieć, że przeżyłam, nie dam im tej satysfakcji.
Zdezorientowana dziewczyna patrzyła jak niezdarnie próbowałam się podnieść.
- Ale... Co ja im powiem?
- Nie wiem. Powiedz, że wydawało ci się, że ktoś tu jest... Wymyśl coś!
Z przerażenia zaczęłam cofać się na czworaka i nagle trafiłam na coś miękkiego...
Patrząc na zmarłego oprawcę, czułam... Trudno opisać to, co czułam w tej chwili.
Z bólem wstałam i złapałam dziewczynę za rękę błagając, aby gdzieś mnie ukryła. Po chwili biegłyśmy już w stronę starej kamienicy, gdzie znajdowało się jej mieszkanie. Weszłyśmy do ciemnego pokoju, ja usiadłam na łóżku, a dziewczyna wybiegła, aby wrócić na miejsce gdzie mnie znalazła. Westchnęłam i położyłam się, czując w końcu skutki ostatnich zdarzeń. Całe moje ciało protestowało, domagało się większego zainteresowania ale gdy tylko moja zmęczona i obolała głowa zetknęła się z poduszką od razu pogrążyłam się w głębokim śnie.
Zielone światło, zaciągnięte zasłony. Co się stało? Gdzie ja jestem? Oto pierwsze pytania które nasuwają mi się na myśl, choć doskonale znam odpowiedź. Bardzo powoli podniosłam się z łóżka, ale pulsujący ból kostki nie dawał o sobie zapomnieć. Już kiedyś skręciłam tą kostkę w zupełnie innych okolicznościach. I choć było to całkiem niedawno, czuje jakby od tego momentu do tej chwili minęły co najmniej wieki.
- Jak się czujesz?
Nawet zapomniałam.
- Dobrze.
Tak, Madziu, kłam dalej, może kiedyś ktoś ci uwierzy.
- Wybacz mi, ale nie wiele z tego wszystkiego rozumiem... Mogłabyś mi to wszystko wytłumaczyć? Albo chociaż się przedstawić?
No cóż, nie powinnam się dziwić. Spałam u kogoś zupełnie obcego, kogoś kto uratował mi życie, spełnił jakąś absurdalną prośbę, bez jakichkolwiek wyjaśnień.
Zaczęłam więc opowiadać jej o moich przeżyciach i nim się zorientowałam, opowiedziałam jej pół życia, śmiejąc się i płacząc na przemian. Alice opatrzyła wszystkie moje rany i zgodziła się być moim łącznikiem ze światem. Następnego dnia, obudziłam się sama w mieszkaniu. Kartka obok mnie informowała, że mam czuć się jak u siebie. Stwierdzając, że moje ubrania nadają się tylko do ścierania podłogi, rzuciłam je w kąt i rozpoczęłam poszukiwania. Sąsiednie drzwi okazały się prowadzić do malutkiej garderoby. Pożyczyłam ciemną, długą bluzę i ciemne spodnie, mając nadzieję, że właścicielka nie jest do tego specjalnie przywiązana. Po zjedzeniu bardzo ubogiego śniadania przystąpiłam do czytania świeżej, francuskiej prasy. Z tego co zdołałam odczytać dowiedziałam się o śmierci długo poszukiwanego przestępcy... Ciekawe.
Jedyne co tak bardzo mnie niepokoiło to reakcja Eryka. Bo jeśli on umarł, a mnie nie ma... Na pewno ma to ze sobą związek. Niestety nie potrafię odtworzyć toku jego myślenia. A co z Edwardem? Czy powinnam ich powiadomić o tym, że nie umarłam i nie mam jeszcze tego w planach? Że żyje ale nie chcę aby coś stało się właśnie im? Że mam dosyć tego wszystkiego, mam dosyć uciekania i strachu, ale mimo wszystko to właśnie strach przed ich utratą doprowadził mnie do miejsca w którym się znajduję? Rozsądniej byłoby gdyby zapomnieli o mnie ale to ja nie mogę zapomnieć. Tak, to egoizm przemawia przeze mnie, ten pieprzony egoizm może doprowadzić mnie do szału a ich do śmierci. Nie, nie mam pojęcia co zrobić. Tak, zależy mi na ich dobru. I nagle tak po prostu zaczęłam przypominać sobie każdy centymetr twarzy i ciała Eryka, każdy uśmiech i każdą łzę, jaką zarejestrowałam swoim wzrokiem. I to jak patrzył na mnie, a jak ja patrzyłam na niego. I ten zapach, niezapomniany, niezrównany zapach...
- Cześć! - usłyszałam trzaskanie drzwiami.
- Musiałaś... - powiedziałam cicho, chowając głowę w poduszkę.
- Czytałam, że wszyscy cię poszukują i przeszukują rzekę.
Świetnie. Będę zaginioną, biedną dziewczynką, której nikt nigdy nie znajdzie. Właśnie tego mi trzeba. Wszyscy o mnie zapomną, nigdy mnie nie zobaczą i będzie tak jakby nigdy mnie nie było. Tak, to najlepsze rozwiązanie.
- Dlaczego nic nie mówisz? - zapytała Alice, mierząc mnie zielonymi laserami, które natura umieściła w jej oczach.
- A co mam mówić? To bardzo dobrze, bo nic nie znajdą. - odpowiedziałam po francusku.
- Ale... Mam przez to rozumieć, że nie wrócisz już do domu?
- Tak.
Krótka i dobitna odpowiedź.
- Mam jeszcze kilka spraw na mieście, ale niedługo wrócę. - powiedziała moja współlokatorka i już była na korytarzu.
- Okey. - powiedziałam, choć i tak mnie nie słyszała.
A więc umarłam. Jestem martwa. Dla nich już nie istnieję.




*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
Hej! Gratuluję wszystkim, którzy dotarli do końca rozdziału i nie zasnęli. ;) Przepraszam, że tak rzadko dodawałam rozdziały, ale teraz są wakacje i z pewnością to nadrobię. Jak zawsze czekam na wasze komentarze.
Bye ;*

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Rozdział 20 ❤ - Powinnam, nie powinnam.

Siedziałam w pokoju czekając na powrót mojego przyjaciela. Mój stan nadal nie pozwalał mi (a raczej to nie stan, ale Edward) wychodzić na zewnątrz. Myśleli, że umieram teraz ze strachu, po tym co się stało ale tak naprawdę to oni wszyscy żyli w uczuciu nieustającego, narastającego niebezpieczeństwa. A Eryk... Hmmm Eryk to skomplikowana sprawa. Przez ostatnie kilka dni był istną zagadką. Niby wiedziałam o czym myśli ale nie mogłam zajrzeć gdzieś głębiej, poznać wcześniejsze wydarzenia. Słyszałam tylko o czym myśli obecnie i tylko czasami cieszyłam się z tego, że mam takie zdolności. Ale tylko czasami. Bo gdyby nie to nigdy bym go nie odgadła, choć tak naprawdę jeszcze tego nie zrobiłam.
- Cześć kaleko.
Edward opadł na łóżko obok mnie. No tak, on to co innego. Jedyny, który nie obchodził się ze mną jak z jajkiem.
Gdy nie usłyszał odpowiedzi, dźgnął mnie w bok.
- O czym myślisz? - zapytał.
- O wszystkim.
- Aha. No widzę, że rozmowna jesteś dzisiaj.
- Oczywiście.
- Jak zwykle. - odpowiedział uśmiechając się do mnie. Mimo, że jego usta wykrzywiały się w uśmiechu jego oczy wyrażały jak bardzo się o mnie martwił.
- I co? Odlecieli? -zapytałam aby odwrócić jego uwagę od bandaży na moich nogach.
- Tak. Twoja babcia była bardzo zaniepokojona, że nie chcesz jeszcze wracać.
Nie odpowiedziałam. Nie mogłam jeszcze stąd wyjeżdżać.
- Dlaczego?
- Mam kilka spraw do załatwienia.
- No tak jasne. Raczej kogoś. - powiedział unosząc jedną brew.
Już miałam się odgryźć i przypomnieć mu, że to on nie chciał wyjeżdżać, bo wciąż pilnuje mnie jak małe dziecko ale usłyszeliśmy ciche pukanie do pokoju. W miare moich możliwości zerwałam się z łóżka i podeszłam do drzwi. Spojrzałam jeszcze na Edwarda, który westchnął i zapytał się w myślach czy to Eryk. Nie musiałam mu odpowiadać.
- Hej. - przywitał się i delikatnie złapał moje dłonie.
- Hej.
Jego wargi musnęły mój policzek.
Jeszcze jedno westchnięcie.
Edward wstał i wyszedł z zapowiedzią, że zaraz wróci. Wiedziałam, że nienawidzi go za to co się stało i, że nie ufa mu w najmniejszym stopniu.
- Wszystko okey? - zapytał siadając na małej kanapie w rogu pokoju.
- Tak, jasne.
- Na pewno? A co z Edwardem?
- Nic. Po prostu jest zmęczony.
- Mhmm. Przemyślałaś może ostatnią ofertę jaką ci złożyłem?
- Tak, a moja odpowiedź się nie zmieniła. Nie będę się do ciebie przeprowadzać. To nie ma sensu, bo tu też jestem bezpieczna a po drugie nie chcę narzucać się twojej rodzinie.
- Przecież wiesz, że mój dom jest wystarczająco wielki i nie będziesz nikomu sprawiać kłopotu. A teraz jak mieszkasz z nim...
- To tym bardziej jestem bezpieczna. Zaufaj mi. - powiedziałam kładząc głowę na jego ramieniu.
- Ze mną byłabyś bezpieczniejsza. - powiedział składając słodki pocałunek na moich ustach.
I mogłabym trwać tak wiecznie, gdyby nie to, że czasami trzeba oddychać.
- Może pójdziemy gdzieś na miasto? Siedzę w tym hotelu jak w klatce, nigdzie nie wolno mi się ruszyć a czuję się całkiem dobrze.
Spojrzał na mnie jak na cenną rzecz, która została roztrzaskana, ale po chwili zgodził się jednak. Nie trudno było go przekonać.
- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł. - powiedział Edward stając w drzwiach.
- Jak najlepszy. - odpowiedziałam, osobie która nieubłagalnie chciał uwięzić mnie w wieży bez okien i drzwi, gdzieś na bezludnej wyspie.
- Nikt cię nie nauczył, że nie ładnie jest podsłuchiwać? - zapytał Eryk, wyraźnie zirytowany.
- Czy ja kogoś podsłuchiwałem? Akurat przechodziłem, to usłyszałem. - odparł, opierając się o ścianę i mierzwiąc swoje ciemne włosy.
Eryk ścisnął dłonie w pięści. Widząc, że sytuacja staje się delikatnie mówiąc nieprzyjemna odchrząknęłam i złapałam Eryka za rękę.
- Okey, chodźmy już. - powiedziałam ciągnąc go w stronę drzwi.
Bez słowa zdjął swój zimny wzrok z Edwarda i przeniósł na mnie momentalnie się ocieplając.
- Super, a więc idę z wami. - powiedział Edward patrząc na mnie niby zabawnie ale tak naprawdę nie chciał mnie zostawiać samą.
- Ale...
- Wiem, że się cieszycie.
Nie próbowałam już go przekonywać, bo i tak nie zachwiałabym jego pewności. Szłam jak w obstawie. Z jednej strony Eryk trzymając mnie za rękę, wyraźnie zły, że nie jesteśmy sami a z drugiej Edward, który co jakiś czas krzywo patrzył na nasze splecione dłonie.
- Edward, naprawdę możesz sobie iść. Damy sobie radę. - powiedział Edward, z naciskiem na ostatnie słowa.
- Nie sądzę. Ostatnio skończyło się na szpitalu. O mało jej nie zabiłeś. - odpowiedział z namacalną wręcz furią.
Na twarzy Eryka odbił się ból, nieodłącznie związany z tamtymi wydarzeniami.
- Przecież wiesz, że ja... - zaczął cicho.
Edward trafił w czuły punkt.
- Chłopaki, przestańcie. - powiedziałam stanowczo.
Mierzyli się jeszcze chwile wzrokiem ale potem oboje spojrzeli na mnie.
- Wiesz co powinienem chyba już iść.
Wiedziałam, że tak to się skończy.
- Nie, nie musisz. - powiedziałam tuż przy jego twarzy.
- Muszę. - odpowiedział i przycisnął swoje wargi do moich ust. Zapomniałam gdzie jestem ale sfrustrowane myśli Edwarda nieubłagalnie ściągnęły mnie na ziemie.
- Do zobaczenia.
Nie odpowiedziałam tylko mocniej ścisnęłam jego dłoń. Uśmiechnął się smutno, bo wciąż o wszystko się obwiniał. Bez trudu uwolnił się z mojego uścisku. I poszedł.
A Edward ani trochę nie żałował swoich słów.
Popatrzył na mnie ale ja odwróciłam się tylko na pięcie i ruszyłam w stronę nowoczesnego wieżowca.
- Ejj Magda, nie obrażaj się.
- Za późno.
- Należało mu się, bo taka jest prawda. To wszystko, te wszystkie cierpienia jakie przeżyłaś były i wyłącznie przez niego. A ty jeszcze mu to wybaczasz, mało tego on ma czelność cię dotykać po tych torturach jakie ci zafundował.
- Co?! Nie masz pojęcia o czym mówisz! Jak możesz go tak obwiniać i obrażać? Napadł mnie jakiś psychopata, a on próbując mnie ratować, ryzykował własne życie, i ty teraz uważasz, że to jego wina? Jesteś żałosny! - wykrzyczałam.
- Magda...
- Zostaw mnie.
- Ale czy nie widzisz, że od kiedy go poznałaś dzieją się same złe rzeczy? Nie widzisz tego, że on do ciebie nie pasuje i naraża cię tylko na niebezpieczeństwa?
- Nie, nie widzę.
W jego głowie huczał niespokojny wir myśli.
Popatrzyłam na niego z bólem, nie chciałam się z nim kłócić, bo był moim najlepszym przyjacielem i kochałam go, ale to co o nim myślał...
- Magda zaczekaj.
Ale ja go nie słuchałam, tylko szłam dalej.
- Magda...
Później usłyszałam huk i obraz upadającego Edward. Podbiegłam do niego i uklękłam, wpatrzona w już całkiem nasiąkniętą krwią koszulkę.
- Boże, Edward...
Złapałam go za rękę. Wywiercał we mnie dziurę swoim zaskoczonym wzrokiem. Wokół nas zebrała się już spora grupa ludzi, wzywająca pomoc lecz ja tego nie widziałam bo czułam ten sam ból co on. Nie miałam tej realnej rany ale... Czułam to. Czułam to przerażenie. Twarz Edwarda stopniowa pokazywała wszystkie odcienie bladości.
- Przepraszam. - szepnęłam, mocniej ściskając jego zdrową rękę.
Nie byłam pewna czy mnie słyszy. Tak bardzo żałowałam tych wszystkich słów.
- Już zapomniałem.
Uśmiechnęłam się blado. Nie mógł odejść. Nie mógł mi tego zrobić. Po chwili przyjechała karetka. Szybko zabrali mojego przyjaciela do auta ale mnie nie wpuścili. Stałam patrząc jak karetka znika, wraz z Edwardem i kulą w jego ramieniu. Jedyne co teraz po nim zostało to krew na chodniku.
Nie pamiętam w jaki sposób znalazłam się w szpitalu lecz najważniejsze, że jakoś się tam dostałam. Od razu dopadły mnie mdłości związane z każdym moim pobytem w szpitalu. Po przepytaniu chyba wszystkich pracowników w końcu znalazłam go. Nie pozwolono mi wejść, bo przygotowywano go do zabiegu ale ta jedna chwila gdy go zobaczyłam uświadomiła mi, że muszę to skończyć. Raz na zawsze, bez ofiar, świadków, sama. Bo ta kula była przeznaczona dla mnie. Miała znaleźć się we mnie. Starłam łzy z policzków, które znalazły się na nich nie widomo kiedy. Wyszłam ze szpitala i skierowałam się z powrotem w stronę ulicy na której postrzelono Edwarda ulicy na której to ja miałam być postrzelona. Zatrzymałam się i czekałam. Nie wiedziałam na co, ale czułam, że coś się wydarzy. Po chwili komórka w mojej kieszeni zasygnalizowała, że dostałam SMS - a.
"Zakończmy to. Przy moście."
Odczytałam tą wiadomość i pierwszy raz przyznałam mu racje. Powinniśmy to zakończyć.
Nie darowałabym sobie, jeśli Edward miałby umrzeć przeze mnie... A gdyby były jeszcze inne osoby, nigdy bym sobie tego nie wybaczyła. Nie miałam wątpliwości co do decyzji. Ruszyłam więc w stronę mostu, bo co do którego też nie miałam wątpliwości. Cel mojej podróży był dość daleko więc pokonanie drogi zajęło mi sporo czasu. W końcu dotarłam do tego miejsca. Ostatniego miejsca, które dane będzie mi widzieć.
- Miło, że przyszłaś. Już myślałem, że odrzucisz moje zaproszenie. - powiedział mężczyzna z głęboką blizną na twarzy. Ostatnio to właśnie ta twarz nieustannie nawiedzała mnie w snach.
Popatrzył na mnie z rozbawieniem. Właśnie uświadamiał sobie, że nie potrzebnie tak zaciekle walczył o zwierzynę, bo po czasie sama przyszła. Wystarczyło ją odpowiednio zwabić.
- Hmm... Szkoda będzie... - powiedział podchodząc do mnie. Ja cofnęłam się o kilka kroków. - takiej... - dwa kroki w przód, dwa kroki do tyłu - ślicznej... - trzy kroki w przód, trzy kroki w tył - buzi. - odpowiedział śmiejąc się do swoich myśli. Niestety, ja jedyna wiedziałam dlaczego się śmieje.
- Chociaż nie... - znów rozpoczęliśmy ten dziwny taniec - jednak nie będzie szkoda. - powiedział znowu się śmiejąc. Dwa kroki w przód, dwa kroki w tył. Z kieszeni wyjął ten, tak dobrze mi znany, ząbkowany nóż. Trzy kroki w przód... dwa kroki w tył. Teraz on stał tak blisko, a za mną daleko w dole, płynęła rzeka. Przełknęłam ślinę, bo dopiero teraz się bałam. Lecz gdy tylko pomyślałam o tym, że wszyscy ludzie, których kocham będą żyli jeszcze długo i szczęśliwie, to uczucie minęło.
- To co? Kończymy? - zapytał tuż przy mojej twarzy.
Dreszcz obrzydzenia przebiegł po moich plecach.
- Byle szybko. - szepnęłam.
- A więc... Zróbmy ostatni krok w tym tańcu.
I właśnie to zrobiłam. Dosłownie.




*-*-*-*-*-*-*-**-*-*-*-*-*-*
Hej. :) a więc mamy następny rozdział! Nie wiem czy się wam podoba bo ostatnio nie miałam weny ;/ jak myślicie, co potoczy się dalej? Piszcie swoje opinie, uwagi, rady i pomysły w komentarzach! Czekam :)
Bye :*







sobota, 6 czerwca 2015

Rozdział 19 ~ testy

Bezkresna nicość otaczała mnie ze wszystkich stron. Chciałam krzyczeć, lecz nie mogłam. Wydawało mi się, że moje wyostrzone zmysły nie uchwycają nawet najmniejszych bodźców. A może były już całkiem wyłączone, martwe? Nie miałam pojęcia co się stało.
- Mówiłem... miałeś... a co jeśli... nasz... nawet... i to będzie...
Czy to niebo? Czy to piekło? Czy już po wszystkim? Umarłam?
- To... on... nie... musiałem... żyje...
Urywki rozmowy jakie dosłyszałam, sygnalizowały, że chyba jednak żyłam. Coś się stało. Powoli, powolutku do mojego mózgu docierało coraz więcej informacji. Słyszałam wiele tak niespokojnych, agresywnych myśli. I przy pomocy tego, czego dowiadywałam się z głów tych ludzi przypominałam sobie kolejne fakty. I, że wszystko co się ostatnio działo, nie było dziełem przypadku. Gdy otworzyłam oczy ujrzałam stary, opuszczony magazyn. Walało się tu mnóstwo rzeczy, a w oddali, gdzieś za wielką stertą gratów słyszałam stłumione głosy. Potworny ból głowy, ręki i nogi sygnalizował, że coś jest nie tak. A jak miało być cokolwiek na "tak" skoro byłam przywiązana do krzesła?
Modliłam się aby ci ludzie zapomnieli o mnie, nie zbliżali się na krok, bo byłam pewna, że ich intencję wobec mnie nie są dobre.
Najwyraźniej nikt nie chciał wysłuchać moich próśb.
- No proszę, jednak żyje. Już myślałem, że się nie obudzi.
Powiedział wyłaniający się zza piramidy mężczyzna. Oślepiające światło lampy ciągle nie pozwalało mi w pełni dostrzec sylwetki wyłaniających się postaci.
- Idź po szefa. - szepnął do drugiego chłopaka.
Nadal nie rozumiałam, po co ta cała szopka. Chcieli mnie zabić, nie wiadomo za co, więc niech zrobią to chociaż dobrze. Słyszałam, że człowiek, który został ze mną w pewnym sensie mi współczuję ale chyba tylko dlatego, że sam bał się owego "szefa".
Pogwizdywał cicho i od czasu do czasu coś do mnie powiedział. Lecz moje usta były zaklejone taśmą. Czego ode mnie chcieli? Po chwili usłyszałam ciężkie kroki, tak jakby ktoś kulał. Moje serce zabiło szybciej, instynktownie czując zagrożenie.
- To ona? - zapytał zdziwionym głosem mężczyzna o kruczoczarnych włosach. Jego już nie najmłodszą twarz przeszywała głęboka blizna. - na pewno ona? No cóż całkiem przeciętna. Ale chyba nie jest tak całkiem zwykła skoro zauroczyła Eryczka bardziej niż tamta. - uśmiechnął się krzywo i podszedł bliżej mnie.
- Oj biedna. Nikt ci nie powiedział dlaczego tu jesteś? Smutne. - patrzyłam na niego twarzą wypraną z wszelkich emocji. Jego twarz znalazła się niebezpiecznie blisko mojej. - Nie martw się, nie długo się dowiesz. - powiedział tuż przy moim uchu.
Poczułam dziwną mieszankę smrodu gdy już się ode mnie odsunął. Jęknęłam.
- Spokojnie. Nie długo się zobaczycie. Prawdopodobnie już za chwilę.
W głowie"szefa" ciągle pojawiały się obrazy. Moje obrazy. Mojej śmierci. Coraz bardziej mnie to przerażało ale jeszcze bardziej przeraziłam się słysząc szybkie kroki i moje imię wykrzyczane wręcz panicznie.
- Uciekaj, uciekaj! To pułapka! - mówiłam w głowie ale wiedziałam, że to nic nie da. Zaczęłam więc krzyczeć, choć taśma nie przepuszczała mojego głosu. Słyszałam jak bardzo się boi. A jego krzyki były coraz wyraźniejsze. Eryk wbiegł i zatrzymał się gwałtownie. Wzrok od razu skierował na mnie. A potem na mężczyznę który siedział koło mnie.
- Cieszę się że znów się widzimy. - powiedział uśmiechając się do Eryka.
Nie odpowiedział. Jego klatka piersiowa niespokojnie falowała a oczy już wyrażały ból patrząc na mnie. A moje serce biło w szaleńczym tempie.
- Mam rozumieć, że niczego jej nie powiedziałeś?
Brak odpowiedzi.
- Aha. No ta posłuchaj mnie Madziu. - teraz przeniósł wzrok na mnie. - Twój ukochany Eryk, jest mordercą. Tak, zwykłym mordercą.
Patrzyłam na niego nie do końca rozumiejąc o czym mówił. Eryk nie mógł być mordercą. Był na to za dobry, zbyt idealny.
- Patrzył jak mój brat cierpi umierając. Umierając przez niego. Miał wtedy piętnaście lat. Miał przed sobą całe życie, cały świat, niezliczone możliwości. Ale ON to wszystko zniszczył i nigdy nie został pokarany. On nadal żył pełnią a mój brat już nigdy nie otworzył oczu.
Teraz krzyczał mi to wszystko w twarz.
Widziałam, że Eryk wyrywał się abym mnie uwolnić, ale stalowe uściski napastników nie pozwalały mu.
- Więc teraz on będzie patrzył, jak jego najdroższa osoba umiera w mękach.
Co? Nic nie rozumiałam.
- Przez ostatnie dni robiłem testy. I wiesz co? - zapytał bawiąc się ostrym, ząbkowanym nożem jaki trzymał w dłoniach. - nie zmartwił się tak bardzo ani tą lalą Alex, ani swoim najlepszym kumplem, ani nikim z rodziny. Tylko tobą.
Widząc mieszaninę uczuć na mojej twarzy zaśmiał się sztucznie.
- Tak, tobą. A moje przekonanie potwierdziło to gdy tylko przyjechał na lotnisko, dowiedziawszy się, że coś ci się stanie.
Jeszcze chwila. Jeszcze chwila, a uwolnię jedną rękę z węzłów.
- Eryczek chcąc nie chcąc musi ponieść konsekwencje. To nie moja wina, że to właśnie ty.
Podszedł do mnie z nożem w ręku. Wiedziałam, że ciągle się waha. Lecz w tej chwili najbardziej bałam się o Eryka. Bo bez względu na wszystko on też miał umrzeć. Mężczyzna szybkim ruchem zerwał z moich ust taśmę. Czubkiem noża zaczął obrysowywać kontury moich ust. Poczułam charakterystyczny rdzawy, słony smak. Słyszałam krzyki Eryka. Krzyczał, że mam to wytrzymać. Robiłam co w mojej mocy ale gdy zerwał bandaże na mojej nodze, odsłonił głęboką ranę i zaczął drążyć ją nożem, zapomniałam, że mam być twarda. Później zabrał się za drugą, zdrową nogę. Słyszałam krzyki pełne bólu i rozpaczy. Jakieś odległe i obce ale wydobywające się z moich ust.
Moja ręka ciągle tkwiła w węzłach lecz była coraz bliżej uwolnienia się.
Tortury trwały, krzyki nie ustawały, a niespokojne myśli krążyły po magazynie jak złe duchy. Kałuża krwi obok mnie powiększała się z każdą sekundą a twarz Eryka wyrażała coraz większą rozpacz. Mimo, że cierpiałam coraz bardziej, nie poddawałam się. Udało mi się. Wyjęłam obie ręce i uderzyłam tego potwora. Był to tak niespodziewany i mocny cios, że uzyskałam czas aby odwiązać zmasakrowane nogi. Wstałam z wielkim bólem i chwiejnymi nogami przeszłam kilka kroków. Otumaniony oprawca popatrzył na mnie i momentalnie, zrozumiał, że próbuję uciec. Bez problemu powalił mnie na podłogę i zaśmiewając się wrócił do poprzedniej czynności. Wyrysował na moim przedramieniu dziwny kształt, jakby zniekształcone "O". Zebrałam w sobie siły i przy najbliższej okazji ugryzłam go w dłoń. Krzyczał z bólu. Wykorzystałam z tej chwili nie uwagi. Tak bardzo mnie nienawidził. I nie zamierzał pozostawić przy życiu. Stanęłam i popatrzyłam na Eryka, który śledził wszystkie moje poczynania. Kazał mi walczyć. Uciekać. Zdezorientowani mężczyźni bezsilnością szefa, patrzyli na mnie. Eryk wyrwał się gdy chwilę rozluźnili uściski i ruszył w moją stronę. Weszliśmy w labirynt wąskich korytarzy, ścigani przez tych ludzi. Mieliśmy małe szanse na ucieczkę zwłaszcza w moim stanie. Eryk trzymał moje ręce i popychał mnie w stronę wyjścia. Nasi prześladowcy byli bardzo blisko. Biegliśmy przez wąski korytarz. Byliśmy coraz bliżej. Ja też. Ale bliżej śmierci. Obraz ciągle przesłaniała mi mgła. W końcu dotarliśmy do wyjścia i znaleźliśmy się na zewnątrz. Wiedziałam, że zaraz nas znajdą, zaraz nas dogonią.
- Zostaw mnie. - szepnęłam.
- Nie.
- Zaraz nas złapią. - krzyki napastników były coraz wyraźniejsze. - zostaw mnie. Uciekaj.
Nie odpowiedział. Widząc, że nie potrafię ustać na nogach wziął mnie na ręce. Kiedy ostatni raz miałam okazje znaleźć się w tym cudownym miejscu? Eryk dzielnie biegł w stronę ulicy. Magda, nie mdlej. Nie rób tego. Dasz radę.
Byliśmy już blisko ulicy ale wiedziałam, że był już zmęczony. Ja coraz mnie rozumiałam. Zmysły były jakby otumanione lecz ból nie ustawał. Eryk nie wiedząc co zrobić, wszedł do najbliższego sklepu i zaczął błagać o pomoc. Starsza kobieta z przerażeniem spoglądała na moje zakrwawione ciało i wskazała Erykowi drzwi do pomieszczenia gdzie mieliśmy się schronić. Chłopak położył mnie na stosie tkanin, lecz ja już mało czuła, mało słyszałam i widziałam. Po chwili zaczął nasłuchiwać odgłosów ze sklepu. Chyba to nasi oprawcy. Szukali nas. Lecz nie widziałam sensu aby nas szukać. Dostali to, czego chcieli.
- Magda, dasz radę, nie umieraj. Jesteś najsilniejszą osobą na świecie. Nie pozwól, żeby wygrali i nie zostawiaj mnie. Kocham cię.
I właśnie takie słowa chciałam usłyszeć przed śmiercią. Życie jednak jest piękne.
A co mnie przy nim trzymało?...
Gdy tylko otworzyłam oczy, miałam ochotę zamknąć je z powrotem ale Edward już zauważył, że się obudziłam. Czułam się taka słaba. Nikt oczywiście nie wziął tego pod uwagę i zostałam zmuszona wysłuchać kazań Edwarda, babci, Ami i Tomka. Sprowadzili ich chyba tylko po to, żeby zrobić mi na złość. Na szczęście w połowie dramatycznego przemówienia babci, przyszła pielęgniarka wybawiając mnie słowami.
- Pacjentka, jest zmęczona. Straciła bardzo dużo krwi. Proszę ją odwiedzić jutro.
Z wdzięcznością popatrzyłam na pielęgniarkę i w jednej chwili pogrążyłam się w głębokim śnie...
Kilka dni później wypisano mnie ze szpitala. Nadal byłam osłabiona a moje rany nie prezentowały się najlepiej lecz mój stan nie był już krytyczny. Eryk nadal się ze mną nie kontaktował. Facet w magazynie twierdził, że jest mordercą. Że jest potworem. Ale twierdził również, że to mnie kocha najbardziej. Podobno był w szpitalu kiedy byłam nieprzytomna. Lecz pomimo tego co się stało on chyba nadal mnie nie chciał. Zastanawiałam się dlaczego taki inteligentny człowiek jak on nie może zrozumieć, że razem cierpimy ale oddzielnie krzywdzimy siebie jeszcze bardziej. Przynajmniej takie było moje zdanie... Gdy zmuszona byłam siedzieć bezczynnie w pokoju i odpoczywać usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Rzuciłam tylko obojętne "Proszę" i dalej pochłonęło mnie oglądanie panoramy miasta. Tego pięknego i szalonego miasta.
- Hej.
Momentalnie zadrżałam pod wpływem tego głosu. Nie było wątpliwości do kogo on należał.
Odwróciłam się i zatonęłam w głębi tych oczu. Nie mogłam przyzwyczaić się do tego jak na mnie działały.
- Co tutaj robisz? - zapytałam cicho lecz w jego głowie znalazłam już odpowiedzi na wszystkie nurtujące mnie pytania.
- Komplikuję sobie życie. - powiedział tuż przy moich wargach.
I pocałował mnie tak jak nigdy dotąd, a ja zrobiłam to samo. Przycisnął mnie do siebie pragnąc mojej bliskości a ja poczułam okropny ból w ręce. Ale czymże był ból w tej chwili?


*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
No i jak się wam podoba? Chcecie abym kontynuowała opowiadanie? Bardzo proszę aby każdy kto dotrwa do końca pozostawił po sobie ślad w postaci komentarza. :)
;*