Obudziłam się gdy tylko pierwsze, nieśmiałe promyki słońca wkradały się do mojego pokoju. Leżałam i obserwowałam jak tańczą na różnokolorowym dywanie. Takie wolne i beztroskie. Tak bardzo chciałabym zamienić się w taki promyk. Lekki, piękny i wolny, umierający po każdym zachodzie słońca i rodzący się na nowo po jego wschodzie. A tu proszę... Dostałam nędzne ciało człowieka. Z głębokim westchnięciem wstałam z łóżka. Ed i Ola zaprosili mnie dzisiaj do kina ale nie wiedziałam czy zgodzić się czy nie. Ami miała rację. Nie powinnam rozpamiętywać tego Kogoś. Powinnam żyć własnym życiem. Zapomnieć. Ale co jeśli on już mimowolnie stał się częścią mojego życia? Stał się fundamentem dzięki któremu jeszcze się nie rozpadłam? Co teraz mam zrobić? Jak zapomnieć i żyć dalej bez połowy serca? No cóż chyba nigdy nie poznam odpowiedzi na te pytania. Podeszłam do mojej starej, drewnianej szafy i wybrałam żółtą, zwiewną sukienkę. Ami ostatnio mi ją kupiła mówiąc
- Musisz pokazać troche ciała a nie tylko te spodnie i spodnie. A po drugie żółty to taki optymistyczny kolor i ładnie ci w nim.
No tak, tak jasne. Osobiście uważałam, że wyglądam okropnie w tym kolorze a moje nogi... Hmm... No cóż, nie mogły równać się z nogami Ami lub Oli. Ubrałam ją tylko dla świętego spokoju. Wyszłam z pokoju i szybko zbiegłam do kuchni. W błyskawicznym tempie przygotowałam sobie płatki. Nie miałam dzisiaj ochoty na pogawędki z Ami albo z bardzo spostrzegawczą babcią. Oczywiście gdy tylko skończyłam jeść i cieszyłam się, że nikogo nie spotkałam w kuchni w drzwiach pojawiła się moja siostra.
- Ooo widzę, że w końcu zmądrzałaś i założyłaś tą sukienkę.
W odpowiedzi wzruszyłam tylko ramionami.
- No co nie podoba ci się? - ciągnęła - wyglądasz pięknie! Musisz iść gdzieś na miasto. Założę się, że wszyscy będą się za tobą oglądać - powiedziała z szerokim uśmiechem.
Prychnęłam.
- Odsuń się. - powiedziałam.
- O nie, nie. - odparła zasłaniając mi przejście. - Magdo, porozmawiaj ze mną - ach ten surowy ton. Przerażające.
- Nie jesteś moją matką.
- Może i nie, ale jestem twoją siostrą. Podobno Edzio i Ola zaprosili cię do kina.
- I co z tego? - zapytałam bez entuzjazmu.
- No tak. Oczywiście się wybierasz. - stwierdziła mrużąc oczy.
- Oczywiście. - odpowiedziałam z irytacją.
- No to super. - powiedziała udając, że nie słyszy mojego sarkazmu - ja i Tomek się do was przyłączymy.
- Ooo ekstra.
Na co by się tu nagle rozchorować?
- No to do zobaczenia o 18.00 - powiedziała i już miała wychodzić gdy nagle zatrzymała się.
- Słuchaj... Mam taki pomysł. Może wybrałabyś się się do Francji?
I już jej nie było.
W sumie już dawno ten pomysł chodził mi po głowie. Ale przecież to nierealne. Po pierwsze nie mam pieniędzy a po drugie... On chyba tego nie chce. Nie chce mnie. Ale z drugiej strony byłoby mi łatwiej gdybym miała całkowitą pewność. Gdybym ostatni raz go zobaczyła... Reszta dnia upłynęła mi zwyczajnie czyli bardzo nudno i monotonnie. Postanowiłam jednak iść do tego kina. Może jednak nie będzie tak źle?
A jednak było.
Z początku nie było tak źle. Szliśmy, śmiejąc się i żartując. Nie wiedzieliśmy co wybrać. Poszliśmy jednak na jakąś idiotyczną komedie romantyczną. Wiecznie zdrada, rozstanie, zdrada, rozstanie i może w międzyczasie jakieś morderstwo. Wszędzie pary obściskujące się. Czułam się jak kretynka. Zaraz po filmie wymigałam się i szybko wróciłam do domu. Gdy tylko położyłam się na łóżku marzyłam by moja głowa nie zajmowała się już przyziemnymi sprawami ani obleśnymi myślami ludzi z sali kinowej. Gdy już prawie usypiałam, usłyszałam ciche pukanie.
- Proszz - powiedziałam chowając głowę w poduszkę. Bardzo dobrze wiedziałam kto to.
- Hej, jak bawiłaś się w kinie? - zapytał Edward siadając na krześle obok łóżka.
- Bardzo dobrze znasz odpowiedź.
- No tak. Ale przyszedłem tu w innej sprawie.
Niestety bardzo dobrze wiedziałam o co mu chodzi.
- Ami mi powiedziała, że wybierasz się do Francji i potrzebujesz jakiegoś tłumacza czy coś... - powiedział uśmiechając się.
Postanowiłam udawać rozgadaną nastolatkę podekscytowaną przygodą swojego życia.
- Och tak. Od dawna o tym marzę i miałam się zapytać czy byś ze mną tam nie pojechał. Tylko ostatnio tak jakoś nie był okazji. - powiedziałam słodkim głosikiem.
- Dobra, Magda, nie rób głupich scen. Pytam się na poważnie. Chętnie tam z tobą pojadę i trochę mu nagadam - widząc mój wyraz twarzy nie dokończył - a o pieniądze się nie martw. Coś się wymyśli.
Już miałam mu odpowiedzieć coś w stylu "daj mi spokój, nie mam siły" ale w sumie to przecież co mi szkodzi. Zawsze marzyłam by wyjechać do pięknej Francji.
- Okej. No to widzimy się za kilka miesięcy w samolocie. Cel: Francja. - powiedziałam siadając na łóżku.
- Okej. Założę się, że wymiękniesz i prędzej czy później zrezygnujesz. - powiedział a w jego oczach błysnęło rozbawienie.
- Okej. - odparłam wyciągając rękę w jego stronę.
- Okej.
O nie. Chyba naprawdę stanę się rozgadaną nastolatką, ekscytującą się byle czym.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
Hyh. Mam nadzieję, że się podoba. :) zapraszam do komentowania bo to bardzo motywuję do dalszej pracy ❤
bye ;*
czwartek, 30 kwietnia 2015
niedziela, 26 kwietnia 2015
Rozdział 13 *♡*
Zdyszana wbiegłam do szpitala. Pośród tłoku myśli nie mogłam niczego usłyszeć. Skierowałam się w stronę sali na której leżała Amelia. Boże, jeśli ta psychopatka już coś jej zrobiła? Nie wiem dlaczego ale ona jej nienawidzi. W jej głowie panowała taka lawina. Biegłam poprzez korytarz, nie zwracając uwagi na innych. W końcu znalazłam się w sali (a tak naprawdę to w drugim domu mojej siostry). Ami nieruchomo spała na łóżku. Jej zmęczona twarz była taka spokojna a rysy twarzy wygładziły się. Obok niej stała kobieta, która robiła coś przy maszynie obok łóżka. Nagle zaczęła wyrywać wszystkie kabelki, do których podłączona była Ami. Jej miarowy oddech nagle przerodził się w ciężkie łapanie powietrza. Widząc to rzuciłam się w stronę kobiety i pchnęłam ją na ścianę. Urządzenie nagle wydało z siebie ostry pisk, na pewno już dawno zaalarmowało lekarzy i pielęgniarki.
- Co ty robisz?! - wrzeszczałam na tego człowieka. Ale ona siedziała obolała pod ścianą, mrucząc coś do siebie. A jej myśli... Do sali wbiegły pielęgniarki wraz z lekarzem.
- Co tu się wyrabia? - zaczął swoim spokojnym głosem w którym i tak wychwyciłam nutę zdenerwowania.
Nie odpowiedziałam. Obserwowałam co dzieje się z moją siostrą. Pielęgniarki próbowały przywrócić wszystko do porządku. Ami nie dusiła się już ale i tak oddychała z wielkim trudem. Do sali wkroczyli mężczyźni i zaczęli siłą wyprowadzać moją matkę. Wrzeszczała coś. Mam nadzieję, że zamkną ją w psychiatryku. Na zawsze. Lekarz opatrywał jeszcze moją siostrę i zapisywał coś na kartce. Stałam osłupiała, nie mogąc przetrawić to co się wydarzyło. Co MOGŁO się wydarzyć. To wszystko było nie na moje i tak poszarpane nerwy. Moje ręce drżały.
- Pani Magdo? - lekarz złapał moje dłonie. Jego ręce były takie miękkie, ciepłe.
Ten człowiek był stworzony aby być lekarzem. Zaprowadził mnie do swojego gabinetu. Tam jakaś pielęgniarka wcisnęła mi tabletkę na uspokojenie bo stawałam się coraz bardziej roztrzęsiona.
- A teraz proszę mi wszystko wyjaśnić. Tylko spokojnie.
Wzięłam głęboki oddech. Opowiedziałam wszystko, od momentu gdy zobaczyłam samochód na podjeździe do obecnej chwili. Przez cały czas doktor patrzył na mnie swoim przenikliwym wzrokiem. Gdy tylko zakończyłam opowieść, wyszłam z gabinetu. Tak bardzo chciałam znaleźć się gdzieś pomiędzy czasem a przestrzenią. W czyichś ramionach... Bez trosk i problemów. Być lekką jak piórko. Ale jak na razie spadała na mnie lawina kamieni. Zajrzałam do Ami. Ciągle spała. Wyglądała jak anioł. Tylko, że nie w niebie. Zamierzałam opuści już szpital bo wiedziałam, że babcia pewnie umiera ze strachu. Najwyraźniej umierała tak bardzo, że postanowiła przyjechać do szpitala bo właśnie wyłoniła się zza rogu.
- Madzia! Co się stało? Słyszałam, że ta kobieta chciała... - ale w tym momencie zauważyła doktora - co się stało panie doktorze? - zapytała jak zwykle pełna wigoru.
Lekarz skinął na mnie abym poszła a on zajmie się zdawaniem relacji mojej babci. Czym prędzej opuściłam szpital. Przedtem byłam w zbyt wielkim szoku aby uronić choć jedną łzę ale teraz nie mogłam już się powstrzymać. Szłam do domu i miałam nadzieje, że zimny wiatr, który chłostał właśnie moją twarz otrzeźwi mój umysł. Tomek biegł w moim kierunku. Pewnie babcia go poinformowała, że coś jest nie tak.
- Hej Magda! Co się stało? - powiedział ze strachem w oczach.
- Nic... To znaczy... Amelce trochę się pogorszyło ale już jest dobrze. - dodałam, widząc przerażenie na jego twarzy. Nie miałam ochoty zwierzać mu się z przygody wraz z matką psychopatką.
- Aha - odetchnął, po czym spojrzał na mnie badawczo. - ale już spokojnie Magda. Nie płacz. - powiedział, przytulając mnie.
Byłam na niego zła za to co ostatnio zrobił ale w końcu to był mój przyjaciel, mój brat. Jego ramiona ukoiły trochę moje rozdygotane ciało ale nie były wstanie uspokoić mojej duszy i moich myśli. Wiedziałam kto mógł uleczyć moje serce ale ten Ktoś chyba nie zamierzał kiedykolwiek mnie pokochać... Czy kiedyś naprawdę mnie kochał?
- Dobra, ja biegnę do szpitala a ty idź do domu i odpocznij. Trzymaj się. - powiedział i już go nie było.
Westchnęłam. "trzymaj się". Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Gdyby On tylko przy mnie był... Gdybym mogła go zobaczyć, usłyszeć jego miękki, kojący głos. Dotknąć jego skóry, wtulić się. Myśląc o Nim, przypominając sobie jego zapach perfum i czuły dotyk, dowlekłam się w końcu do domu. Doszłam do swojego pokoju i położyłam się na swoim łóżku. Rozmyślałam tak aż w końcu znalazłam się w objęciach Morfeusza. Następnego dnia zmusiłam się by iść do szkoły. Nie chciałam zostawać w domu razem z babcią. Zresztą i tak nie potrafiłabym usiedzieć w miejscu. W szkole nic ciekawego się nie działo. Oprócz tego, że ludzie uważali mnie za wariatkę z niewiadomych przyczyn. Pewnie Klara coś rozgadała. Wszystkie przerwy spędzałam w towarzystwie Oli i Edwarda. Eryka nie było. Na każdej lekcji łudziłam się, że może będzie siedział tam gdzie zawsze i patrząc na mnie z tym swoim firmowym uśmieszkiem będzie o czymś myśleć. Przedtem prowadziliśmy w szkole właśnie takie bezgłośne konwersacje. Wróciłam do domu prosto po lekcjach. Moi przyjaciele zachęcali mnie abym wyszła z nimi na miasto. Ale ja nie chciałam bo za bardzo tęskniłam a oni wiedzieli za kim. Ola powtarzała mi kilka razy, żebym się nie przejmowała. Miałam nadzieje, że może chociaż zadzwoni. Czekałam w mękach dwa tygodnie. Ale on nic. Do szkoły tez nie przychodził. Bałam się, że może wyjechał. Może o mnie zapomniał. Tak łatwo zapomniał... Powtarzałam sobie, że on zasługuje na kogoś lepszego. Ja byłam za mało idealna. Zaczął się marzec a wraz z nim wiosna. Ami wypisali ze szpitala. Lekarz kazał jej prowadzić oszczędny tryb życia ale to było niewykonalne. Moja siostra i oszczędny tryb życia to nie jest dobrana para. Pewnego dnia, gdy po szkole leżałam na łóżku bez ruchu, zapatrzona w sufit, Amelia z impetem wbiegła z do pokoju.
- Człowieku! Co ty widzisz ostatnio w tym suficie? Też uważam, że można by to odmalować ale daj już spokój. - powiedziała a właściwie wywrzeszczała i rzuciła się na moje łóżko. - chodź na dwór, wyrwij się stąd. - i nagle przyciszyła głos. Oho, znowu zaczyna.
- Madzia... No co ty czekasz? On wyjechał do Francji. Jakby miał zadzwonić to już dawno by to zrobił... - zakończyła szeptem.
Odwróciłam się na drugi bok aby zamaskować łzy cisnące się do moich oczu. Aby zamaskować jak bardzo mnie to boli bo tak bardzo go kocham.
- To wszystko moja wina... - szeptałam. - to ja go... odstraszyłam. Narobiłam sobie nadzieje, że może... Chociaż wiedziałam, że to niemożliwe bo ja nie jestem dla niego zbyt dobra.
To była moja najdłuższa wypowiedź w tym miesiącu. Brawo Magda. I to jeszcze o Nim. Niestety, myśląc o nim moje serce krwawiło potokiem krwi.
- Och... - Ami przytuliła mnie - nie sądziłam, że wpadłaś aż tak głęboko. - powiedziała cicho.
- No okey, okey - powiedziałam wycierając mokre poliki - przypomniałaś sobie coś jeszcze o Tomku? - zmieniłam temat.
- Tak! - odpowiedziała z szerokim uśmiechem. - nie wiesz jakie to niesamowite bo podobno znamy się tyle lat i wiem, że łączy nas jakaś więź ale ja poznaje go od nowa. Zakochuję się od nowa. - powiedziała z charakterystycznym dla niej rozmarzeniem.
- To super - odpowiedziałam z czymś na kształt uśmiechu.
Ami gadała coś jeszcze do mnie ale ja i tak już jej nie słuchałam. Zamknęłam oczy. Amelka pomyślała że śpię więc wyszła z pokoju. A ja zostałam sam na sam ze swoimi myślami i uczuciami. Stałam się kłębkiem bólu i rozpaczy. Głupia, nie potrafiłam zapanować nad uczuciem, które wciąż żywiłam do Eryka. On ciągle był w moim sercu i nie zamierzał go opuścić. W końcu naprawdę zasnęłam z jakąś nędzną nadzieją, że jeszcze się spotkamy. Nie wiem skąd się wzięła ale trzymałam się jej kurczowo ponieważ chyba była moją ostatnią deską ratunku.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
:) mam nadziej, że podoba się następny rozdział. Zapraszam do szczerego komentowania :] ❤✌
Bye
- Co ty robisz?! - wrzeszczałam na tego człowieka. Ale ona siedziała obolała pod ścianą, mrucząc coś do siebie. A jej myśli... Do sali wbiegły pielęgniarki wraz z lekarzem.
- Co tu się wyrabia? - zaczął swoim spokojnym głosem w którym i tak wychwyciłam nutę zdenerwowania.
Nie odpowiedziałam. Obserwowałam co dzieje się z moją siostrą. Pielęgniarki próbowały przywrócić wszystko do porządku. Ami nie dusiła się już ale i tak oddychała z wielkim trudem. Do sali wkroczyli mężczyźni i zaczęli siłą wyprowadzać moją matkę. Wrzeszczała coś. Mam nadzieję, że zamkną ją w psychiatryku. Na zawsze. Lekarz opatrywał jeszcze moją siostrę i zapisywał coś na kartce. Stałam osłupiała, nie mogąc przetrawić to co się wydarzyło. Co MOGŁO się wydarzyć. To wszystko było nie na moje i tak poszarpane nerwy. Moje ręce drżały.
- Pani Magdo? - lekarz złapał moje dłonie. Jego ręce były takie miękkie, ciepłe.
Ten człowiek był stworzony aby być lekarzem. Zaprowadził mnie do swojego gabinetu. Tam jakaś pielęgniarka wcisnęła mi tabletkę na uspokojenie bo stawałam się coraz bardziej roztrzęsiona.
- A teraz proszę mi wszystko wyjaśnić. Tylko spokojnie.
Wzięłam głęboki oddech. Opowiedziałam wszystko, od momentu gdy zobaczyłam samochód na podjeździe do obecnej chwili. Przez cały czas doktor patrzył na mnie swoim przenikliwym wzrokiem. Gdy tylko zakończyłam opowieść, wyszłam z gabinetu. Tak bardzo chciałam znaleźć się gdzieś pomiędzy czasem a przestrzenią. W czyichś ramionach... Bez trosk i problemów. Być lekką jak piórko. Ale jak na razie spadała na mnie lawina kamieni. Zajrzałam do Ami. Ciągle spała. Wyglądała jak anioł. Tylko, że nie w niebie. Zamierzałam opuści już szpital bo wiedziałam, że babcia pewnie umiera ze strachu. Najwyraźniej umierała tak bardzo, że postanowiła przyjechać do szpitala bo właśnie wyłoniła się zza rogu.
- Madzia! Co się stało? Słyszałam, że ta kobieta chciała... - ale w tym momencie zauważyła doktora - co się stało panie doktorze? - zapytała jak zwykle pełna wigoru.
Lekarz skinął na mnie abym poszła a on zajmie się zdawaniem relacji mojej babci. Czym prędzej opuściłam szpital. Przedtem byłam w zbyt wielkim szoku aby uronić choć jedną łzę ale teraz nie mogłam już się powstrzymać. Szłam do domu i miałam nadzieje, że zimny wiatr, który chłostał właśnie moją twarz otrzeźwi mój umysł. Tomek biegł w moim kierunku. Pewnie babcia go poinformowała, że coś jest nie tak.
- Hej Magda! Co się stało? - powiedział ze strachem w oczach.
- Nic... To znaczy... Amelce trochę się pogorszyło ale już jest dobrze. - dodałam, widząc przerażenie na jego twarzy. Nie miałam ochoty zwierzać mu się z przygody wraz z matką psychopatką.
- Aha - odetchnął, po czym spojrzał na mnie badawczo. - ale już spokojnie Magda. Nie płacz. - powiedział, przytulając mnie.
Byłam na niego zła za to co ostatnio zrobił ale w końcu to był mój przyjaciel, mój brat. Jego ramiona ukoiły trochę moje rozdygotane ciało ale nie były wstanie uspokoić mojej duszy i moich myśli. Wiedziałam kto mógł uleczyć moje serce ale ten Ktoś chyba nie zamierzał kiedykolwiek mnie pokochać... Czy kiedyś naprawdę mnie kochał?
- Dobra, ja biegnę do szpitala a ty idź do domu i odpocznij. Trzymaj się. - powiedział i już go nie było.
Westchnęłam. "trzymaj się". Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Gdyby On tylko przy mnie był... Gdybym mogła go zobaczyć, usłyszeć jego miękki, kojący głos. Dotknąć jego skóry, wtulić się. Myśląc o Nim, przypominając sobie jego zapach perfum i czuły dotyk, dowlekłam się w końcu do domu. Doszłam do swojego pokoju i położyłam się na swoim łóżku. Rozmyślałam tak aż w końcu znalazłam się w objęciach Morfeusza. Następnego dnia zmusiłam się by iść do szkoły. Nie chciałam zostawać w domu razem z babcią. Zresztą i tak nie potrafiłabym usiedzieć w miejscu. W szkole nic ciekawego się nie działo. Oprócz tego, że ludzie uważali mnie za wariatkę z niewiadomych przyczyn. Pewnie Klara coś rozgadała. Wszystkie przerwy spędzałam w towarzystwie Oli i Edwarda. Eryka nie było. Na każdej lekcji łudziłam się, że może będzie siedział tam gdzie zawsze i patrząc na mnie z tym swoim firmowym uśmieszkiem będzie o czymś myśleć. Przedtem prowadziliśmy w szkole właśnie takie bezgłośne konwersacje. Wróciłam do domu prosto po lekcjach. Moi przyjaciele zachęcali mnie abym wyszła z nimi na miasto. Ale ja nie chciałam bo za bardzo tęskniłam a oni wiedzieli za kim. Ola powtarzała mi kilka razy, żebym się nie przejmowała. Miałam nadzieje, że może chociaż zadzwoni. Czekałam w mękach dwa tygodnie. Ale on nic. Do szkoły tez nie przychodził. Bałam się, że może wyjechał. Może o mnie zapomniał. Tak łatwo zapomniał... Powtarzałam sobie, że on zasługuje na kogoś lepszego. Ja byłam za mało idealna. Zaczął się marzec a wraz z nim wiosna. Ami wypisali ze szpitala. Lekarz kazał jej prowadzić oszczędny tryb życia ale to było niewykonalne. Moja siostra i oszczędny tryb życia to nie jest dobrana para. Pewnego dnia, gdy po szkole leżałam na łóżku bez ruchu, zapatrzona w sufit, Amelia z impetem wbiegła z do pokoju.
- Człowieku! Co ty widzisz ostatnio w tym suficie? Też uważam, że można by to odmalować ale daj już spokój. - powiedziała a właściwie wywrzeszczała i rzuciła się na moje łóżko. - chodź na dwór, wyrwij się stąd. - i nagle przyciszyła głos. Oho, znowu zaczyna.
- Madzia... No co ty czekasz? On wyjechał do Francji. Jakby miał zadzwonić to już dawno by to zrobił... - zakończyła szeptem.
Odwróciłam się na drugi bok aby zamaskować łzy cisnące się do moich oczu. Aby zamaskować jak bardzo mnie to boli bo tak bardzo go kocham.
- To wszystko moja wina... - szeptałam. - to ja go... odstraszyłam. Narobiłam sobie nadzieje, że może... Chociaż wiedziałam, że to niemożliwe bo ja nie jestem dla niego zbyt dobra.
To była moja najdłuższa wypowiedź w tym miesiącu. Brawo Magda. I to jeszcze o Nim. Niestety, myśląc o nim moje serce krwawiło potokiem krwi.
- Och... - Ami przytuliła mnie - nie sądziłam, że wpadłaś aż tak głęboko. - powiedziała cicho.
- No okey, okey - powiedziałam wycierając mokre poliki - przypomniałaś sobie coś jeszcze o Tomku? - zmieniłam temat.
- Tak! - odpowiedziała z szerokim uśmiechem. - nie wiesz jakie to niesamowite bo podobno znamy się tyle lat i wiem, że łączy nas jakaś więź ale ja poznaje go od nowa. Zakochuję się od nowa. - powiedziała z charakterystycznym dla niej rozmarzeniem.
- To super - odpowiedziałam z czymś na kształt uśmiechu.
Ami gadała coś jeszcze do mnie ale ja i tak już jej nie słuchałam. Zamknęłam oczy. Amelka pomyślała że śpię więc wyszła z pokoju. A ja zostałam sam na sam ze swoimi myślami i uczuciami. Stałam się kłębkiem bólu i rozpaczy. Głupia, nie potrafiłam zapanować nad uczuciem, które wciąż żywiłam do Eryka. On ciągle był w moim sercu i nie zamierzał go opuścić. W końcu naprawdę zasnęłam z jakąś nędzną nadzieją, że jeszcze się spotkamy. Nie wiem skąd się wzięła ale trzymałam się jej kurczowo ponieważ chyba była moją ostatnią deską ratunku.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
:) mam nadziej, że podoba się następny rozdział. Zapraszam do szczerego komentowania :] ❤✌
Bye
środa, 22 kwietnia 2015
Rozdział 12 ♥
Nie, nie. To nie może być prawda.
"Nie poznajesz mnie? No tak... Magda, to ja. Twoja biologiczna mama".
Te słowa odbijały się w mojej głowie. Przez te wszystkie lata zawsze wypierałam ją ze swoich myśli. Gdy byłam mała zawsze wyobrażałam sobie jak moja prawdziwa mama jest bohaterką, ratującą ludzi na świecie. Że wróci wieczorem by opowiedzieć nam o swoich niezwykłych przeżyciach i przygodach. I mimo moich oczekiwań nigdy nie wróciła. Nigdy nie pocałowała mnie na dobranoc i nie opowiedziała bajki. Moją przyszywaną mamę zawszę kochałam nade wszystko i na zawsze pozostanie w moim sercu. A ten człowiek, który właśnie stał przede mną był zupełnie obcy i nieznany. Nienawidziłam jej za to, że nas zostawiła. Tak naprawdę nigdy nie zdołałam dowiedzieć się dlaczego odeszła. A teraz po tylu latach nagle wraca i oczekuje, że rzucę jej się w ramiona i będę płakać ze szczęścia. Że wybaczę jej wszystkie lata nieobecności. Jakby to wszystko jej się należało. I jej córka, moja siostra właśnie cierpi tam, w szpitalu ale co ją to obchodzi? Co my ją obchodzimy? I niby po co tu teraz przyszła? Mogłaby w ogóle nie pokazywać się na oczy. To by mniej bolało.
- Magda. - powiedziała cicho. Już chciała złapać moją rękę ale gwałtownie ją cofnęłam. W całym moim ciele buzowała krew z domieszką gniewu i irytacji.
- Zostaw mnie. Mnie, moją siostrę i babcię. - powiedziałam i szybko wybiegłam z kuchni. Schody pokonałam w mgnieniu oka. W ramach protestu i złości z głośnym trzaskiem zamknęłam drzwi od mojego pokoju. W mojej głowie kotłowały się tysiące myśli i pytań, żądając odpowiedzi. Szczerych odpowiedzi. Nie tego co jest wygodniej powiedzieć. Położyłam się na łóżku i zakryłam twarz poduszką. Dlaczego to ja muszę mieć takie życie? Nie dość, że jestem jakąś genetyczną pomyłką, większość z drogich mi ludzi prędzej czy później odchodzi to jeszcze jakaś kobieta przychodzi oznajmiając, że jest moją matką tylko, że w czasie gdy ją najbardziej potrzebuję to ona nagle wyparowuje. I nagle jej nie ma. Nagle zapomina. Nagle nie istnieje. Hmm... Jak by się tu zabić? Tyle możliwości... Myśląc o różnych rozwiązaniach moich problemów odpłynęłam w krainę snów.
Biegłam po lesie. Goniłam Eryka. Gdy tylko się do niego zbliżyłam on przyspieszał. Krzyczał abym się nie zatrzymywała, bym ciągle biegła. Wydawało mi się, że las nie ma końca i ten morderczy maraton nigdy się nie skończy. W pewnej chwili potknęłam się. Wstałam i patrzyłam jak Eryk biegnie dalej, nawet nie patrząc za siebie. I wtedy pojawiły się ręce. Nie mogłam się wyswobodzić z ich stalowych uścisków. Chciały mnie zabić, rozszarpać, zniszczyć. A na końcu pojawiła się ciemność. I tylko ten szept.
- Nie odejdę. Nigdy.
Obudziłam się zalana potem. Wydawało mi się, że właśnie ostatnie ręce opuszczają mój pokój i moją głowę.
Zasnęłam z powrotem lecz był to niespokojny sen. Gdy obudziłam się rano moim oczom ukazał się przedziwny obraz.
- Co ty robisz!? - krzyknęłam do kobiety, która klęczała przy komodzie.
Szukała czegoś.
- Nic. - odpowiedziała zmieszana.
Gwałtownie poderwałam się z łóżka.
- Co ty tu robisz? Kto cię tu wpuścił? Wynoś się! - krzyczałam.
Kobieta zdziwiona moim nagłym wybuchem histerii wybiegła z pokoju trzymając w rękach pudełko. Dogoniłam ją i wyrwałam jej szkatułkę. Uciekła.
Boże. Mam matkę psychopatkę.
W sumie to nie mam matki.
Stałam w osłupieniu. Co to niby było. Nagle wbija mi do pokoju i grzebie w moich rzeczach. Babcia musiała gdzieś wyjść bo nigdzie jej nie ma. Poszłam do kuchni i usiadłam na jednym z obdartych krzeseł. Otworzyłam pudełko, które usiłowano mi odebrać. Bardzo dobrze wiem co w nim jest. Są tam rzeczy mojej zmarłej mamy. Zdjęcia, upominki, ususzone kwiaty... Wszystko co mi o niej przypominało. I po co niby chciano mi to ukraść? Stwierdziłam, że pojadę opowiedzieć o wszystkim Ami. Wiedziałam, że mogło to negatywnie wpłynąć na jej zdrowie ale musiałam z siebie to wszystko wyrzucić. A jeśli ta nienormalna kobieta będzie chciała zrobić coś Ami? Nigdy nic nie wiadomo co może uroić się w chorej głowie tego człowieka. Byłam przerażona ale szybko ubrałam się w kurtkę i wybiegłam na zimne powietrze. Długo biegłam w stronę szpitala. Nigdy nie byłam dobrą biegaczką ale o dziwo biegłam tak szybko jak tylko mogłam. Nie zwracałam na nic uwagi. Wydawało mi się, że widziałam auto przed szpitalem, które należało do matki. Pełna determinacji wbiegłam do szpitala. Byłam prawie pewna, że ta psychopatka będzie chciała zrobić coś Ami.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
Sorry, że taki dziwny ale nie miałam innego pomysłu :D mimo wszystko mam nadzieje, że się podoba i zapraszam do komentowania ;*
Bye ♡
"Nie poznajesz mnie? No tak... Magda, to ja. Twoja biologiczna mama".
Te słowa odbijały się w mojej głowie. Przez te wszystkie lata zawsze wypierałam ją ze swoich myśli. Gdy byłam mała zawsze wyobrażałam sobie jak moja prawdziwa mama jest bohaterką, ratującą ludzi na świecie. Że wróci wieczorem by opowiedzieć nam o swoich niezwykłych przeżyciach i przygodach. I mimo moich oczekiwań nigdy nie wróciła. Nigdy nie pocałowała mnie na dobranoc i nie opowiedziała bajki. Moją przyszywaną mamę zawszę kochałam nade wszystko i na zawsze pozostanie w moim sercu. A ten człowiek, który właśnie stał przede mną był zupełnie obcy i nieznany. Nienawidziłam jej za to, że nas zostawiła. Tak naprawdę nigdy nie zdołałam dowiedzieć się dlaczego odeszła. A teraz po tylu latach nagle wraca i oczekuje, że rzucę jej się w ramiona i będę płakać ze szczęścia. Że wybaczę jej wszystkie lata nieobecności. Jakby to wszystko jej się należało. I jej córka, moja siostra właśnie cierpi tam, w szpitalu ale co ją to obchodzi? Co my ją obchodzimy? I niby po co tu teraz przyszła? Mogłaby w ogóle nie pokazywać się na oczy. To by mniej bolało.
- Magda. - powiedziała cicho. Już chciała złapać moją rękę ale gwałtownie ją cofnęłam. W całym moim ciele buzowała krew z domieszką gniewu i irytacji.
- Zostaw mnie. Mnie, moją siostrę i babcię. - powiedziałam i szybko wybiegłam z kuchni. Schody pokonałam w mgnieniu oka. W ramach protestu i złości z głośnym trzaskiem zamknęłam drzwi od mojego pokoju. W mojej głowie kotłowały się tysiące myśli i pytań, żądając odpowiedzi. Szczerych odpowiedzi. Nie tego co jest wygodniej powiedzieć. Położyłam się na łóżku i zakryłam twarz poduszką. Dlaczego to ja muszę mieć takie życie? Nie dość, że jestem jakąś genetyczną pomyłką, większość z drogich mi ludzi prędzej czy później odchodzi to jeszcze jakaś kobieta przychodzi oznajmiając, że jest moją matką tylko, że w czasie gdy ją najbardziej potrzebuję to ona nagle wyparowuje. I nagle jej nie ma. Nagle zapomina. Nagle nie istnieje. Hmm... Jak by się tu zabić? Tyle możliwości... Myśląc o różnych rozwiązaniach moich problemów odpłynęłam w krainę snów.
Biegłam po lesie. Goniłam Eryka. Gdy tylko się do niego zbliżyłam on przyspieszał. Krzyczał abym się nie zatrzymywała, bym ciągle biegła. Wydawało mi się, że las nie ma końca i ten morderczy maraton nigdy się nie skończy. W pewnej chwili potknęłam się. Wstałam i patrzyłam jak Eryk biegnie dalej, nawet nie patrząc za siebie. I wtedy pojawiły się ręce. Nie mogłam się wyswobodzić z ich stalowych uścisków. Chciały mnie zabić, rozszarpać, zniszczyć. A na końcu pojawiła się ciemność. I tylko ten szept.
- Nie odejdę. Nigdy.
Obudziłam się zalana potem. Wydawało mi się, że właśnie ostatnie ręce opuszczają mój pokój i moją głowę.
Zasnęłam z powrotem lecz był to niespokojny sen. Gdy obudziłam się rano moim oczom ukazał się przedziwny obraz.
- Co ty robisz!? - krzyknęłam do kobiety, która klęczała przy komodzie.
Szukała czegoś.
- Nic. - odpowiedziała zmieszana.
Gwałtownie poderwałam się z łóżka.
- Co ty tu robisz? Kto cię tu wpuścił? Wynoś się! - krzyczałam.
Kobieta zdziwiona moim nagłym wybuchem histerii wybiegła z pokoju trzymając w rękach pudełko. Dogoniłam ją i wyrwałam jej szkatułkę. Uciekła.
Boże. Mam matkę psychopatkę.
W sumie to nie mam matki.
Stałam w osłupieniu. Co to niby było. Nagle wbija mi do pokoju i grzebie w moich rzeczach. Babcia musiała gdzieś wyjść bo nigdzie jej nie ma. Poszłam do kuchni i usiadłam na jednym z obdartych krzeseł. Otworzyłam pudełko, które usiłowano mi odebrać. Bardzo dobrze wiem co w nim jest. Są tam rzeczy mojej zmarłej mamy. Zdjęcia, upominki, ususzone kwiaty... Wszystko co mi o niej przypominało. I po co niby chciano mi to ukraść? Stwierdziłam, że pojadę opowiedzieć o wszystkim Ami. Wiedziałam, że mogło to negatywnie wpłynąć na jej zdrowie ale musiałam z siebie to wszystko wyrzucić. A jeśli ta nienormalna kobieta będzie chciała zrobić coś Ami? Nigdy nic nie wiadomo co może uroić się w chorej głowie tego człowieka. Byłam przerażona ale szybko ubrałam się w kurtkę i wybiegłam na zimne powietrze. Długo biegłam w stronę szpitala. Nigdy nie byłam dobrą biegaczką ale o dziwo biegłam tak szybko jak tylko mogłam. Nie zwracałam na nic uwagi. Wydawało mi się, że widziałam auto przed szpitalem, które należało do matki. Pełna determinacji wbiegłam do szpitala. Byłam prawie pewna, że ta psychopatka będzie chciała zrobić coś Ami.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
Sorry, że taki dziwny ale nie miałam innego pomysłu :D mimo wszystko mam nadzieje, że się podoba i zapraszam do komentowania ;*
Bye ♡
sobota, 18 kwietnia 2015
Rozdział 11 ♥
Siedziałam na łóżku. Było jeszcze ciemno ale ja nie spałam. Tak jak przez większość nocy. Moje serce było pełne bólu, strachu, niepokoju. Obmyślałam plan. Plan jak ukrywać swoje emocje i udawać twardzielkę. Musiałam iść do Eryka. Wytłumaczyć mu... Bo czułam się winna całemu temu zajściu. Wszyscy znaleźliśmy się w nie właściwym miejscu i w niewłaściwym czasie. Ale może właśnie tak miało być? Pójdę dzisiaj do mojej siostry. Ze pewne zauważy, że coś jest nie tak. Ale w głębi serca chcę, żeby zauważyła ze coś jest nie tak. Żeby pocieszała mnie i doradzała tak jak dawniej. Ona jest ode mnie silniejsza, mimo że ciągle leży w szpitalu. Wstałam z łóżka i podeszłam do szafy. Wybrałam białą koszulkę i granatową spódniczkę. Nie lubiłam chodzić w spódniczkach ale ta była wyjątkowa. I od mamy.
Mamo. Tak bardzo za tobą tęsknię.
Zeszłam na dół i ubrałam się w gruby sweter. Wyszłam z domu. Umówiłam się z Edwardem żeby mnie zawiózł do szpitala.
- Hej. Dla kogo się tak wystroiłaś? - zapytał gdy wsiadłam do samochodu.
Nie odpowiedziałam. Nie byłam w nastroju do żartów.
- Uuu. Widzę, że krucho.
- Trochę... - odpowiedziałam.
- Nie martw się. Przejdzie mu.
Spojrzałam na niego ze zdziwieniem. Skąd on wie. W odpowiedzi westchnęłam. Właśnie nie byłam pewna czy mu przejdzie... Gdy dojechaliśmy przed szpital podziękowałam Edwardowi. Poszłam do Amelii. Akurat brała leki.
- Cześć - przywitałam się i przytuliłam ją lekko.
- Hej - powiedziała. Była bardzo blada. - coś się stało? -zapytała.
- Nie.
- Jak to nie? - powiedziała mrużąc oczy - za mocny makijaż oczu jak na ciebie. Za długo cię znam, Magdo.
- Pokłóciłam się z Erykiem. - odpowiedziałam wymijająco. Nie wiedziałam jakby zareagowała na tą sytuację z Tomkiem.
- Użyj swojego uroku osobistego a wszystko będzie dobrze.
- Ja nie potrafię tego tak jak ty - powiedziałam puszczając do niej oczko.
- Urok osobisty na łóżku szpitalnym. Zawsze i wszędzie.
Rozmawiałyśmy jeszcze chwilę. Widziałam, że jest zmęczona więc postanowiłam już iść. Była godzina 14.00. Zadzwoniłam do Eda.
- Hej. Podwieziesz mnie gdzieś jeszcze? Jeśli to nie problem.
- Jasne. Zaraz będę - odpowiedział i rozłączył się.
Po chwili już wsiadałam do auta.
- Szybko przyjechałeś. - powiedziałam.
- Wiem. Zawód taksówkarza jest najbardziej realny przy moich ocenach więc postanowiłem już ćwiczyć. - powiedział uśmiechając się.
- Byłeś u Oli? - zapytałam w pewnej chwili.
- Tak.
- Aha. - powiedziałam robiąc minę pt. " mnie nie oszukasz"
Dalszą drogę rozmawialiśmy o "pogodzie". Gdy dojechaliśmy na miejsce, ścisnął moją dłoń i powiedział:
- Nie bój się. On cię kocha.
A jego ciepłe choć przenikliwe spojrzenie zielonych oczu dodało mi otuchy. Wyszłam z auta i skierowałam się w stronę przestronnych schodów domu. Kilka razy dzwoniłam i pukałam ale nikt nie odpowiadał. Dotknęłam zimnej klamki drzwi. Jak się okazało było otwarte. Nie wiedziałam czy to normalne wbijać tak do czyjegoś domu ale moja intuicja kazała mi znaleźć Eryka. Ostrożnie i cicho stawiałam kroki.
- Jest tu kto?
Brak odpowiedzi. Na parterze nikogo nie było. Postanowiłam więc wejść na górę. Wydawało mi się, że słyszę stamtąd cichą muzykę. Wiedziona swoim przeczuciem i słuchem dotarłam do drzwi na końcu korytarza. Wszystko było w tym domu takie... idealne. Perfekcyjnie wymierzone. Ja zakłócałam harmonię tego miejsca. Po chwili namysłu otworzyłam w końcu drzwi za którymi najprawdopodobniej znajdował się On. Nie myliłam się. Eryk siedział właśnie przy biurku i z pełnym poświęceniem i skupieniem rysował. Gdy tylko mnie zauważył schował szybko rysunek. W całym pokoju było ich pełno. Chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. I co ja mu niby powiem? Nie. Po co w ogóle tu przyszłam? I staliśmy tak w ciszy. W bezpiecznej odległości bo tylko resztkami woli powstrzymywałam się od rzucenia się w jego ramiona.
- Ja... - zaczęłam niepewnie - chciałam...
No właśnie? Czego ja właściwie chciałam? A z resztą on lepiej niż ja orientuje się w moich uczuciach.
- Przepraszam. - szepnęłam.
On popatrzył na mnie, westchnął i odwrócił się w stronę okna. Wiedziałam, że jego serce popękało na wiele szklanych kawałeczków, które mnie raniły. Nie wiedziałam co dalej tu robię bo on już mnie nie chce. Odwróciłam się i zrezygnowana kierowałam się w stronę wyjścia. Prawdopodobnie już nigdy nie spotkam kogoś takiego jak on. Na pewno nie spotkam kogoś takiego jak on. Właśnie schodziłam ze schodów gdy usłyszałam za sobą trzask drzwi.
- Magda! Zaczekaj!
Odwróciłam się.
- Ja... - zaczął mówić, podchodząc do mnie. - zraniłaś mnie.
- Wiem. - przerwałam mu - naprawdę nie chciałam.
- Próbuję o tobie zapomnieć. Próbuję cię nienawidzić. Ale nie potrafię bo... Bo tak cholernie cię kocham. - powiedział patrząc mi w oczy.
Bum. Bomba. Co się dzieje?
- Ja też cię kocham. - szepnęłam, wtulając się w niego bo nie mogłam już wytrzymać.
- Wiem. - odpowiedział uśmiechając się.
- To dlaczego...
- To twoja decyzja. - powiedział cicho.
Po chwili milczenia, patrząc mu w oczy powiedziałam:
- Wybacz mi.
Nic nie odpowiedział.
- Daj mi jeszcze czas.
Westchnęłam. Czas. Taka nieobliczalna rzecz.
Złapałam jego dłoń i mocno ścisnęłam.
- Zadzwoń.
- Zadzwonię. - odpowiedział. Spojrzałam jeszcze na niego i odeszłam.
- Zadzwonię.
To brzmiało jak słabe kłamstwo. Szłam a z moich oczu wydobywały się łzy. On już mi nie wybaczy. Nie pokocha. Zostanę starą panną mieszkającą na odludziu w towarzystwie kotów. O tak. To będzie najlepsze rozwiązanie dla wszystkich. Zniknę i będę udawać, że nie istnieję. Bo nie mam już dla kogo. Nie wiem jak długo już szłam ale po chwili zauważyłam mój dom ukryty w cieniu dęba, na którym nie pozostało dużo liści. Zauważyłam, że przed bramą stoi jakiś nieznany samochód. Pewnie to znajomi sąsiada nie znający się na zasadach ruchu drogowego. Już chciałam do niego iść i nakrzyczeć na niego ale zauważyłam, że w kuchni pali się światło i jest tam ktoś jeszcze oprócz babci. Raczej nie spodziewaliśmy się gości. Wiedziona ciekawością, cichutko wkradłam się do holu. Słyszałam strzępki rozmowy babci i jakiejś kobiety.
- Co pani sobie myśli? Tak nie można! - mówiła babcia.
- Ja myślałam... - zaczęła mówić jakaś kobieta.
- Nie obchodzi mnie co pani myślała ale teraz ani ja ani dziewczynki, nie mamy głowy do takich niespodzianek.
I w tym momencie superman - Magda potknęła się i stłukła wazon na komodzie. Brawo.
- Co tam się dzieje? - zapytała przestraszona babcia, wyłaniając się z kuchni.
- To tylko ja babciu.
- Boże, dziecko, gdzie ty byłaś? I jak wyglądasz? Ja się tak martwiłam!
Ja tylko zrobiłam minę, która mówiła "przepraszam, już nie będę" i weszłam do kuchni. Siedziała tam drobna kobieta o brązowych, kręconych włosach. Miała na sobie różową koszulę i ciemne dżinsy.
- Dobry wieczór. - przywitała się i lekko się uśmiechnęła.
Widziałam jak babcia zabiją ją wzrokiem.
- Ty jesteś Magda?
- Tak... - odpowiedziałam nieśmiało.
A później znowu zapomniałam jak się oddycha.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
Uff i jest następny rozdział :) mam nadzieję, że się podoba bo ostatnio nie mam weny ;/
zapraszam do komentowania ❤
Mamo. Tak bardzo za tobą tęsknię.
Zeszłam na dół i ubrałam się w gruby sweter. Wyszłam z domu. Umówiłam się z Edwardem żeby mnie zawiózł do szpitala.
- Hej. Dla kogo się tak wystroiłaś? - zapytał gdy wsiadłam do samochodu.
Nie odpowiedziałam. Nie byłam w nastroju do żartów.
- Uuu. Widzę, że krucho.
- Trochę... - odpowiedziałam.
- Nie martw się. Przejdzie mu.
Spojrzałam na niego ze zdziwieniem. Skąd on wie. W odpowiedzi westchnęłam. Właśnie nie byłam pewna czy mu przejdzie... Gdy dojechaliśmy przed szpital podziękowałam Edwardowi. Poszłam do Amelii. Akurat brała leki.
- Cześć - przywitałam się i przytuliłam ją lekko.
- Hej - powiedziała. Była bardzo blada. - coś się stało? -zapytała.
- Nie.
- Jak to nie? - powiedziała mrużąc oczy - za mocny makijaż oczu jak na ciebie. Za długo cię znam, Magdo.
- Pokłóciłam się z Erykiem. - odpowiedziałam wymijająco. Nie wiedziałam jakby zareagowała na tą sytuację z Tomkiem.
- Użyj swojego uroku osobistego a wszystko będzie dobrze.
- Ja nie potrafię tego tak jak ty - powiedziałam puszczając do niej oczko.
- Urok osobisty na łóżku szpitalnym. Zawsze i wszędzie.
Rozmawiałyśmy jeszcze chwilę. Widziałam, że jest zmęczona więc postanowiłam już iść. Była godzina 14.00. Zadzwoniłam do Eda.
- Hej. Podwieziesz mnie gdzieś jeszcze? Jeśli to nie problem.
- Jasne. Zaraz będę - odpowiedział i rozłączył się.
Po chwili już wsiadałam do auta.
- Szybko przyjechałeś. - powiedziałam.
- Wiem. Zawód taksówkarza jest najbardziej realny przy moich ocenach więc postanowiłem już ćwiczyć. - powiedział uśmiechając się.
- Byłeś u Oli? - zapytałam w pewnej chwili.
- Tak.
- Aha. - powiedziałam robiąc minę pt. " mnie nie oszukasz"
Dalszą drogę rozmawialiśmy o "pogodzie". Gdy dojechaliśmy na miejsce, ścisnął moją dłoń i powiedział:
- Nie bój się. On cię kocha.
A jego ciepłe choć przenikliwe spojrzenie zielonych oczu dodało mi otuchy. Wyszłam z auta i skierowałam się w stronę przestronnych schodów domu. Kilka razy dzwoniłam i pukałam ale nikt nie odpowiadał. Dotknęłam zimnej klamki drzwi. Jak się okazało było otwarte. Nie wiedziałam czy to normalne wbijać tak do czyjegoś domu ale moja intuicja kazała mi znaleźć Eryka. Ostrożnie i cicho stawiałam kroki.
- Jest tu kto?
Brak odpowiedzi. Na parterze nikogo nie było. Postanowiłam więc wejść na górę. Wydawało mi się, że słyszę stamtąd cichą muzykę. Wiedziona swoim przeczuciem i słuchem dotarłam do drzwi na końcu korytarza. Wszystko było w tym domu takie... idealne. Perfekcyjnie wymierzone. Ja zakłócałam harmonię tego miejsca. Po chwili namysłu otworzyłam w końcu drzwi za którymi najprawdopodobniej znajdował się On. Nie myliłam się. Eryk siedział właśnie przy biurku i z pełnym poświęceniem i skupieniem rysował. Gdy tylko mnie zauważył schował szybko rysunek. W całym pokoju było ich pełno. Chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. I co ja mu niby powiem? Nie. Po co w ogóle tu przyszłam? I staliśmy tak w ciszy. W bezpiecznej odległości bo tylko resztkami woli powstrzymywałam się od rzucenia się w jego ramiona.
- Ja... - zaczęłam niepewnie - chciałam...
No właśnie? Czego ja właściwie chciałam? A z resztą on lepiej niż ja orientuje się w moich uczuciach.
- Przepraszam. - szepnęłam.
On popatrzył na mnie, westchnął i odwrócił się w stronę okna. Wiedziałam, że jego serce popękało na wiele szklanych kawałeczków, które mnie raniły. Nie wiedziałam co dalej tu robię bo on już mnie nie chce. Odwróciłam się i zrezygnowana kierowałam się w stronę wyjścia. Prawdopodobnie już nigdy nie spotkam kogoś takiego jak on. Na pewno nie spotkam kogoś takiego jak on. Właśnie schodziłam ze schodów gdy usłyszałam za sobą trzask drzwi.
- Magda! Zaczekaj!
Odwróciłam się.
- Ja... - zaczął mówić, podchodząc do mnie. - zraniłaś mnie.
- Wiem. - przerwałam mu - naprawdę nie chciałam.
- Próbuję o tobie zapomnieć. Próbuję cię nienawidzić. Ale nie potrafię bo... Bo tak cholernie cię kocham. - powiedział patrząc mi w oczy.
Bum. Bomba. Co się dzieje?
- Ja też cię kocham. - szepnęłam, wtulając się w niego bo nie mogłam już wytrzymać.
- Wiem. - odpowiedział uśmiechając się.
- To dlaczego...
- To twoja decyzja. - powiedział cicho.
Po chwili milczenia, patrząc mu w oczy powiedziałam:
- Wybacz mi.
Nic nie odpowiedział.
- Daj mi jeszcze czas.
Westchnęłam. Czas. Taka nieobliczalna rzecz.
Złapałam jego dłoń i mocno ścisnęłam.
- Zadzwoń.
- Zadzwonię. - odpowiedział. Spojrzałam jeszcze na niego i odeszłam.
- Zadzwonię.
To brzmiało jak słabe kłamstwo. Szłam a z moich oczu wydobywały się łzy. On już mi nie wybaczy. Nie pokocha. Zostanę starą panną mieszkającą na odludziu w towarzystwie kotów. O tak. To będzie najlepsze rozwiązanie dla wszystkich. Zniknę i będę udawać, że nie istnieję. Bo nie mam już dla kogo. Nie wiem jak długo już szłam ale po chwili zauważyłam mój dom ukryty w cieniu dęba, na którym nie pozostało dużo liści. Zauważyłam, że przed bramą stoi jakiś nieznany samochód. Pewnie to znajomi sąsiada nie znający się na zasadach ruchu drogowego. Już chciałam do niego iść i nakrzyczeć na niego ale zauważyłam, że w kuchni pali się światło i jest tam ktoś jeszcze oprócz babci. Raczej nie spodziewaliśmy się gości. Wiedziona ciekawością, cichutko wkradłam się do holu. Słyszałam strzępki rozmowy babci i jakiejś kobiety.
- Co pani sobie myśli? Tak nie można! - mówiła babcia.
- Ja myślałam... - zaczęła mówić jakaś kobieta.
- Nie obchodzi mnie co pani myślała ale teraz ani ja ani dziewczynki, nie mamy głowy do takich niespodzianek.
I w tym momencie superman - Magda potknęła się i stłukła wazon na komodzie. Brawo.
- Co tam się dzieje? - zapytała przestraszona babcia, wyłaniając się z kuchni.
- To tylko ja babciu.
- Boże, dziecko, gdzie ty byłaś? I jak wyglądasz? Ja się tak martwiłam!
Ja tylko zrobiłam minę, która mówiła "przepraszam, już nie będę" i weszłam do kuchni. Siedziała tam drobna kobieta o brązowych, kręconych włosach. Miała na sobie różową koszulę i ciemne dżinsy.
- Dobry wieczór. - przywitała się i lekko się uśmiechnęła.
Widziałam jak babcia zabiją ją wzrokiem.
- Ty jesteś Magda?
- Tak... - odpowiedziałam nieśmiało.
A później znowu zapomniałam jak się oddycha.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
Uff i jest następny rozdział :) mam nadzieję, że się podoba bo ostatnio nie mam weny ;/
zapraszam do komentowania ❤
wtorek, 14 kwietnia 2015
Rozdział 10 ❤
Długo jeszcze siedziałam w sali przy Ami. Byłam taka szczęśliwa, że w końcu się wybudziła. Nadal była słaba ale ważne, że żyła. I to było dla mnie najważniejsze. Może byłam samolubna bo siedziałam obok niej. Szczęśliwa. A Tomek... Powinnam mu pomóc, pocieszyć. Przecież nie mogła zapomnieć, że go kocha. Nagle poczułam na sobie czyjś wzrok. Odwróciłam się. Zobaczyłam Eryka z lekkim uśmiecham. Był ubrany w ciemne spodnie i zielony T-shirt.
- Idziesz? - pomyślał.
Nie wiedziałam co zrobić.
- Już idź do niego. Nie ucieknę. - powiedziała cicho.
Zdziwiły mnie te słowa bo myślałam, że Amelka śpi. W sumie miała racje. Jak miałaby uciec podłączona do setki kabelków? Uśmiechnęła się do mnie i zamknęła oczy. Wstałam i podeszłam do Eryka. Wyszliśmy ze szpitala. Opowiedziałam mu o tym co zdarzyło się w szpitalu. Byłam taka szczęśliwa przy nim. Był jedną z nielicznych osób w moim życiu, które naprawdę mnie rozumiały. Długo jeszcze chodziliśmy po mieście i rozmawialiśmy. Gdy doszliśmy do tematu moich rodziców, po moim policzku spłynęła samotna łza.
- Heej. - szepnął - nie płacz.
Uśmiechnął się, ukazując urocze dołeczki. Popatrzyłam na niego i po prostu nie mogąc się oprzeć, pocałowałam go. A on mnie. Cała jego osoba działała na mnie tak niezwykle kojąco.
- Muszę już iść do domu - powiedziałam niechętnie odrywając się od niego.
- Odprowadzę cię. Jeszcze ktoś cię napadnie. - odpowiedział.
- Jak ze mną pójdziesz to nic się nie zmieni.
- Bardzo śmieszne. - odparł, marszczą nos.
Dalszą drogę do domu spędziliśmy żartując i śmiejąc się. Dawno nie byłam w takim humorze. Coś jednak jest w nim. (Boże, od kiedy myślę tak o chłopaku?) Doszliśmy do bramy mojego domu.
- Widzisz? Nikt cię nie napadł. - powiedział przyciągając mnie do siebie.
Uśmiechnęłam się. Za kogo on się uważa?
- Tylko dlatego, że kiedyś trenowałam karate.
- Nie napadli cię tylko dlatego, że każdy w mieście wie, że ze mną się nie zadziera.
-No tak. Jasne. - odpowiedziałam i wyrwałam się z jego objęć.
- Nie tak prędko - powiedział łapiąc mnie za rękę. - a gdzie "dziękuję"?
- Niby za co?
- Za ochronę. - odpowiedział i znowu chciał mnie pocałować ale zasłoniłam ręką jego usta.
- O nie, nie. - powiedziałam a on zrobił smutną minę.
- No dobrze - powiedziałam i krótko pocałowałam go w usta po czym szybko podbiegłam pod drzwi.
- Kiedyś mi to wynagrodzisz! - krzyknął gdy już odchodził.
- Chciałbyś - powiedziałam pod nosem.
Gdy weszłam do domu, od razu zaczęło się przesłuchanie. Babcia jak to babcia była bardzo ciekawska. Po kolacji położyłam się i po paru chwilach byłam już w krainie snów.
Następnego dnia od rana siedziałam u Amelii. Około 12.00 zabrali ją na szereg badań. Skierowałam się w stronę domu. Ami powiedziała, że Tomek jeszcze kilka razy ją odwiedzał ale ona go nie pamiętała. Lekarz powiedział mi, że jeśli moja siostra wróci do normalnego trybu życia możliwe, że wróci jej pamięć. Wiedziałam, że Tomek się nie podda ale bałam się, że ona nie przypomni sobie tego co do niego czuje. Jeśli w ogóle można o tym zapomnieć... Po paru minutach doszłam do domu. Pod wielkim dębem przed naszym domem siedział Tomek.
- Hej - powiedziałam siadając naprzeciwko niego.
- Cześć - odpowiedział bez entuzjazmu.
- Jak się czujesz? - zapytałam ale po chwili zdałam sobie sprawę jak bezsensowne jest to pytanie. Spojrzał na mnie z rozbawieniem w oczach.
- Nie martw się o mnie Magda. Daję radę.
Taa jasne. Możesz sobie grać twardziela. Ja i tak ci nie wierzę.
- Zbyt długo cie znam, Tomaszu. - odpowiedziałam.
- A tak w ogóle to czy ty i Eryk to coś ten tegos ? - bardzo zdziwiło mnie to niespodziewane pytanie.
- Jesteśmy... Przyjaciółmi. - odpowiedziałam.
- Ale uważaj na niego. On nie jest z tej bajki. - powiedział trochę wrogo.
- Z jakiej bajki? O co ci chodzi? - zapytałam.
- O to, że on tobą manipuluje.
Bum. Bomba.
- Co za bzdura - odpowiedziałam chłodno.
- To nie jest bzdura. Lepiej się z nim nie zadawaj. - warknął.
- Nawet go nie znasz.
- Znam. - burknął pod nosem i już zmierzał w stronę furtki.
- Zaczekaj! Wytłumacz mi, co ci się w nim nie podoba? Nawet nie wiesz jak mi pomógł - powiedziałam zagradzając mu drogę.
- On na ciebie nie zasługuje.
- Że co? O co ci chodzi... - ale nie zdążyłam dokończyć. Krew buzowałam w mojej glowie ze zdenerwowania. A on znowu mnie pocałował. Tak zachłannie. Ten pocałunek wyrażał tysiąc emocji tylko nie tą najważniejszą. Miłość. Całował mnie tylko dlatego, że byłam do niej podobna. Ale nigdy nią nie będę.
- Przynio...
I znowu bum. Bomba.
Eryk przyszedł. I zobaczył. Upuścił. I odszedł. A ja wyrwałam się Tomkowi. I biegłam za nim. Za Erykiem. Za człowiekiem, którego tak bardzo kocham. Słyszałam jego myśli.
- Zostaw mnie.
Ale ja nie zwracałam na to uwagi i podbiegłam do niego. Złapałam go za rękę.
- Nie. - powiedziałam.
- Zostaw mnie. - widziałam w jego oczach ból. I żal.
- Proszę... - powiedziałam, topiąc się we łzach. Ale on już był daleko ode mnie. I ciałem, i duchem. Bum. Bum. Co chwilę w moim wnętrzu wybuchała bomba. Wróciłam do domu. Nie odpowiadając na pytania babci, poszłam do pokoju i położyłam się na łóżku. A miał mnie nie zostawić. Czułam, że stworzyłam w jego sercu głęboką ranę. Muszę to naprawić. Muszę uleczyć jego serce. Wracając wzięłam zeszyty, które dla mnie przyniósł. Długo wpatrywałam się w te piękne litery, stworzone przez jego dłoń.
*-*-*--*-*-**-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
hy no i jest rozdział 10 ;) mam nadzieje, ze się podoba bo mi wydaje sie nudny :/ proszę o opinie w komentarzach :) ❤
Bye :*
7 komentarzy = następny rozdział
- Idziesz? - pomyślał.
Nie wiedziałam co zrobić.
- Już idź do niego. Nie ucieknę. - powiedziała cicho.
Zdziwiły mnie te słowa bo myślałam, że Amelka śpi. W sumie miała racje. Jak miałaby uciec podłączona do setki kabelków? Uśmiechnęła się do mnie i zamknęła oczy. Wstałam i podeszłam do Eryka. Wyszliśmy ze szpitala. Opowiedziałam mu o tym co zdarzyło się w szpitalu. Byłam taka szczęśliwa przy nim. Był jedną z nielicznych osób w moim życiu, które naprawdę mnie rozumiały. Długo jeszcze chodziliśmy po mieście i rozmawialiśmy. Gdy doszliśmy do tematu moich rodziców, po moim policzku spłynęła samotna łza.
- Heej. - szepnął - nie płacz.
Uśmiechnął się, ukazując urocze dołeczki. Popatrzyłam na niego i po prostu nie mogąc się oprzeć, pocałowałam go. A on mnie. Cała jego osoba działała na mnie tak niezwykle kojąco.
- Muszę już iść do domu - powiedziałam niechętnie odrywając się od niego.
- Odprowadzę cię. Jeszcze ktoś cię napadnie. - odpowiedział.
- Jak ze mną pójdziesz to nic się nie zmieni.
- Bardzo śmieszne. - odparł, marszczą nos.
Dalszą drogę do domu spędziliśmy żartując i śmiejąc się. Dawno nie byłam w takim humorze. Coś jednak jest w nim. (Boże, od kiedy myślę tak o chłopaku?) Doszliśmy do bramy mojego domu.
- Widzisz? Nikt cię nie napadł. - powiedział przyciągając mnie do siebie.
Uśmiechnęłam się. Za kogo on się uważa?
- Tylko dlatego, że kiedyś trenowałam karate.
- Nie napadli cię tylko dlatego, że każdy w mieście wie, że ze mną się nie zadziera.
-No tak. Jasne. - odpowiedziałam i wyrwałam się z jego objęć.
- Nie tak prędko - powiedział łapiąc mnie za rękę. - a gdzie "dziękuję"?
- Niby za co?
- Za ochronę. - odpowiedział i znowu chciał mnie pocałować ale zasłoniłam ręką jego usta.
- O nie, nie. - powiedziałam a on zrobił smutną minę.
- No dobrze - powiedziałam i krótko pocałowałam go w usta po czym szybko podbiegłam pod drzwi.
- Kiedyś mi to wynagrodzisz! - krzyknął gdy już odchodził.
- Chciałbyś - powiedziałam pod nosem.
Gdy weszłam do domu, od razu zaczęło się przesłuchanie. Babcia jak to babcia była bardzo ciekawska. Po kolacji położyłam się i po paru chwilach byłam już w krainie snów.
Następnego dnia od rana siedziałam u Amelii. Około 12.00 zabrali ją na szereg badań. Skierowałam się w stronę domu. Ami powiedziała, że Tomek jeszcze kilka razy ją odwiedzał ale ona go nie pamiętała. Lekarz powiedział mi, że jeśli moja siostra wróci do normalnego trybu życia możliwe, że wróci jej pamięć. Wiedziałam, że Tomek się nie podda ale bałam się, że ona nie przypomni sobie tego co do niego czuje. Jeśli w ogóle można o tym zapomnieć... Po paru minutach doszłam do domu. Pod wielkim dębem przed naszym domem siedział Tomek.
- Hej - powiedziałam siadając naprzeciwko niego.
- Cześć - odpowiedział bez entuzjazmu.
- Jak się czujesz? - zapytałam ale po chwili zdałam sobie sprawę jak bezsensowne jest to pytanie. Spojrzał na mnie z rozbawieniem w oczach.
- Nie martw się o mnie Magda. Daję radę.
Taa jasne. Możesz sobie grać twardziela. Ja i tak ci nie wierzę.
- Zbyt długo cie znam, Tomaszu. - odpowiedziałam.
- A tak w ogóle to czy ty i Eryk to coś ten tegos ? - bardzo zdziwiło mnie to niespodziewane pytanie.
- Jesteśmy... Przyjaciółmi. - odpowiedziałam.
- Ale uważaj na niego. On nie jest z tej bajki. - powiedział trochę wrogo.
- Z jakiej bajki? O co ci chodzi? - zapytałam.
- O to, że on tobą manipuluje.
Bum. Bomba.
- Co za bzdura - odpowiedziałam chłodno.
- To nie jest bzdura. Lepiej się z nim nie zadawaj. - warknął.
- Nawet go nie znasz.
- Znam. - burknął pod nosem i już zmierzał w stronę furtki.
- Zaczekaj! Wytłumacz mi, co ci się w nim nie podoba? Nawet nie wiesz jak mi pomógł - powiedziałam zagradzając mu drogę.
- On na ciebie nie zasługuje.
- Że co? O co ci chodzi... - ale nie zdążyłam dokończyć. Krew buzowałam w mojej glowie ze zdenerwowania. A on znowu mnie pocałował. Tak zachłannie. Ten pocałunek wyrażał tysiąc emocji tylko nie tą najważniejszą. Miłość. Całował mnie tylko dlatego, że byłam do niej podobna. Ale nigdy nią nie będę.
- Przynio...
I znowu bum. Bomba.
Eryk przyszedł. I zobaczył. Upuścił. I odszedł. A ja wyrwałam się Tomkowi. I biegłam za nim. Za Erykiem. Za człowiekiem, którego tak bardzo kocham. Słyszałam jego myśli.
- Zostaw mnie.
Ale ja nie zwracałam na to uwagi i podbiegłam do niego. Złapałam go za rękę.
- Nie. - powiedziałam.
- Zostaw mnie. - widziałam w jego oczach ból. I żal.
- Proszę... - powiedziałam, topiąc się we łzach. Ale on już był daleko ode mnie. I ciałem, i duchem. Bum. Bum. Co chwilę w moim wnętrzu wybuchała bomba. Wróciłam do domu. Nie odpowiadając na pytania babci, poszłam do pokoju i położyłam się na łóżku. A miał mnie nie zostawić. Czułam, że stworzyłam w jego sercu głęboką ranę. Muszę to naprawić. Muszę uleczyć jego serce. Wracając wzięłam zeszyty, które dla mnie przyniósł. Długo wpatrywałam się w te piękne litery, stworzone przez jego dłoń.
*-*-*--*-*-**-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
hy no i jest rozdział 10 ;) mam nadzieje, ze się podoba bo mi wydaje sie nudny :/ proszę o opinie w komentarzach :) ❤
Bye :*
7 komentarzy = następny rozdział
sobota, 11 kwietnia 2015
Rozdział 9 ^▽^
Tej nocy długo nie mogłam spać. Przecież tego dnia miało się tak dużo wydarzyć. Mieli wybudzać moją siostrę i wszystko może się zdarzyć. Może mieć jakieś powikłania, problemy z pamięcią. Co kilka godzin budziłam się i myślałam o tym, że pojadę do niej a ona nie będzie pamiętać, że ma siostrę i nie będzie mogła nigdy jej pokochać. Gdy pierwsze, nieśmiałe i dość nikłe promienie słońca wkradły się do mojego pokoju postanowiłam wstawać. I tak bym nie zasnęła. Stałam pod prysznicem dobre pół godziny. Wyobrażałam sobie, że jestem z moją siostrą na naszej tajemnej polance w lesie za domem. Że stoimy i mokniemy od letniej ulewy. Ale nie uciekamy do domu. Bo ciepły deszcz daje nam takie niesamowite uczucie wolności. I fantazjowałam tak pod prysznicem. Z tej cudownej krainy wyrwał mnie tak nienormalnie realny krzyk.
- Co ty tak długo robisz w łazience?! Myślisz, że sama jesteś w tym domu? A za wodę to płacą krasnoludki? W tej chwili wyłaź z łazienki!
Westchnęłam. Musiałam opuścić błogą i beztroską krainę w której właśnie przebywałam. Ubrałam się w przypadkowe ubrania, które zabrałam z szafy. Zjadłam z babcią posiłek. Jechałyśmy małym, niebieskim autkiem. Dziwiło mnie, jaką prędkość wyciska babcia. Naprawdę zadziwiające, że tej kobiecie nie zabrali jeszcze prawa jazdy. Widocznie ta niepozorna postura robi swoje. Niby malutka, słodka babcia dziergająca na drutach a tu prosz. Diabeł nie kobieta. Dojechałyśmy do szpitala. Weszłyśmy do tego znienawidzonego przeze mnie miejsca. Babcia rozmawiała krótko z lekarzem. Był mężczyzną w średnim wieku ale na jego głowie było widać pierwsze, siwe pasma włosów. Z całej jego postaci emanowało takie ciepło i spokój. Zaprowadził nas do sali gdzie leżała Ami. Usiadłam koło niej i obserwowałam te wszystkie znaczki na monitorze obok niej. Nic nie rozumiałam. Ten lekarz naprawdę musiał być mądrym człowiekiem. Trzymałam rękę Amelki. Po chwili zobaczyłam jak powoli otwiera oczy. Błądziła wzrokiem po sali, nie rozumiejąc co się stało ale później musiała sobie wszystko przypomnieć bo jej oczy zaszły mgłą.
- Ami... - powiedziałam cicho ściskając jej rękę. Odwzajemniła lekko uścisk.
Delikatnie przytuliłam ją. Była niczym porcelanowa lalka, która w każdej chwili może rozsypać się na kawałki.
- Kocham cię. - szepnęła.
- Ja ciebie też.
Po moim policzku spłynęła łza. Ale nie taka łza jaka gościła w moim oku ostatnimi czasy. To była upragniona łza szczęścia. Teraz Ami witała się z babcią. Teraz mimo wypadku znowu zaczęła zachowywać się normalnie, jakby nigdy to się nie wydarzyło.
- Magda jak ty się ubrałaś? I czy ty nic nie jadłaś? Uważaj bo będziesz chudsza ode mnie. - gadała z uśmieszkiem. Fakt, ostatnio sporo schudłam ale w porównaniu z nią...
Nagle do sali wpadł Tomek. Widać, że był zestresowany ale gdy zobaczył Ami od razu uśmiechnął się w ten uroczy sposób. Podszedł do niej i chciał dotknąć jej ręki ale ona ją odsunęła. Czyżby...?
- Hej piękna - powiedział cicho.
- Hej... - odparła.
Spojrzała na mnie pytająco.
- My się znamy...? - zapytała cicho Tomka.
Widać, że bardzo zaskoczyło go to pytanie ale po chwili wszystko zrozumiał. Ona go nie pamiętała.
- Jestem twoim chłopakiem. Od czterech lat. - powiedział. Słyszałam jego krzyk w głowie. A w oczach rozpacz. Ami była lekko zdziwiona i zmieszana. Wiedziałam, że Tomek zaraz wybiegnie i będzie krzyczał na lekarza. I tak też się stało.
- Przecież wszystko miało być dobrze! Dlaczego ona mnie nie pamięta?! - krzyczał.
- Mózg jest bardzo nieprzewidywalny. Nie potrafimy zagwarantować, że wszystko będzie... - ale nie dokończył bo Tomek wybiegł. Wiem, że Amelka czuła się winna. Ale to przecież nie jej wina ani lekarza. W końcu "mózg jest bardzo nieprzewidywalny". Czasami zastanawiam się nad tym. Jak on nad nami panuje. Ale byłam pewna, że nie panował nad sobą gdy tylko moje oczy spostrzegły Eryka.
*-*-*-*-*-*-*-*-*
uff obiecałam że będzie i jest :D mam nadzieję że komuś się to podoba bo ja mam wrażenie ze nikt tego nie czyta... Więc bardzo proszę o opinie bo jeśli nikt tego nie czyta to nie widzę sensu w pisaniu tego bloga dalej. ;/
❤
- Co ty tak długo robisz w łazience?! Myślisz, że sama jesteś w tym domu? A za wodę to płacą krasnoludki? W tej chwili wyłaź z łazienki!
Westchnęłam. Musiałam opuścić błogą i beztroską krainę w której właśnie przebywałam. Ubrałam się w przypadkowe ubrania, które zabrałam z szafy. Zjadłam z babcią posiłek. Jechałyśmy małym, niebieskim autkiem. Dziwiło mnie, jaką prędkość wyciska babcia. Naprawdę zadziwiające, że tej kobiecie nie zabrali jeszcze prawa jazdy. Widocznie ta niepozorna postura robi swoje. Niby malutka, słodka babcia dziergająca na drutach a tu prosz. Diabeł nie kobieta. Dojechałyśmy do szpitala. Weszłyśmy do tego znienawidzonego przeze mnie miejsca. Babcia rozmawiała krótko z lekarzem. Był mężczyzną w średnim wieku ale na jego głowie było widać pierwsze, siwe pasma włosów. Z całej jego postaci emanowało takie ciepło i spokój. Zaprowadził nas do sali gdzie leżała Ami. Usiadłam koło niej i obserwowałam te wszystkie znaczki na monitorze obok niej. Nic nie rozumiałam. Ten lekarz naprawdę musiał być mądrym człowiekiem. Trzymałam rękę Amelki. Po chwili zobaczyłam jak powoli otwiera oczy. Błądziła wzrokiem po sali, nie rozumiejąc co się stało ale później musiała sobie wszystko przypomnieć bo jej oczy zaszły mgłą.
- Ami... - powiedziałam cicho ściskając jej rękę. Odwzajemniła lekko uścisk.
Delikatnie przytuliłam ją. Była niczym porcelanowa lalka, która w każdej chwili może rozsypać się na kawałki.
- Kocham cię. - szepnęła.
- Ja ciebie też.
Po moim policzku spłynęła łza. Ale nie taka łza jaka gościła w moim oku ostatnimi czasy. To była upragniona łza szczęścia. Teraz Ami witała się z babcią. Teraz mimo wypadku znowu zaczęła zachowywać się normalnie, jakby nigdy to się nie wydarzyło.
- Magda jak ty się ubrałaś? I czy ty nic nie jadłaś? Uważaj bo będziesz chudsza ode mnie. - gadała z uśmieszkiem. Fakt, ostatnio sporo schudłam ale w porównaniu z nią...
Nagle do sali wpadł Tomek. Widać, że był zestresowany ale gdy zobaczył Ami od razu uśmiechnął się w ten uroczy sposób. Podszedł do niej i chciał dotknąć jej ręki ale ona ją odsunęła. Czyżby...?
- Hej piękna - powiedział cicho.
- Hej... - odparła.
Spojrzała na mnie pytająco.
- My się znamy...? - zapytała cicho Tomka.
Widać, że bardzo zaskoczyło go to pytanie ale po chwili wszystko zrozumiał. Ona go nie pamiętała.
- Jestem twoim chłopakiem. Od czterech lat. - powiedział. Słyszałam jego krzyk w głowie. A w oczach rozpacz. Ami była lekko zdziwiona i zmieszana. Wiedziałam, że Tomek zaraz wybiegnie i będzie krzyczał na lekarza. I tak też się stało.
- Przecież wszystko miało być dobrze! Dlaczego ona mnie nie pamięta?! - krzyczał.
- Mózg jest bardzo nieprzewidywalny. Nie potrafimy zagwarantować, że wszystko będzie... - ale nie dokończył bo Tomek wybiegł. Wiem, że Amelka czuła się winna. Ale to przecież nie jej wina ani lekarza. W końcu "mózg jest bardzo nieprzewidywalny". Czasami zastanawiam się nad tym. Jak on nad nami panuje. Ale byłam pewna, że nie panował nad sobą gdy tylko moje oczy spostrzegły Eryka.
*-*-*-*-*-*-*-*-*
uff obiecałam że będzie i jest :D mam nadzieję że komuś się to podoba bo ja mam wrażenie ze nikt tego nie czyta... Więc bardzo proszę o opinie bo jeśli nikt tego nie czyta to nie widzę sensu w pisaniu tego bloga dalej. ;/
❤
środa, 8 kwietnia 2015
Rozdział 8 ❤
Obudziłam się o szóstej rano. Leżałam na łóżku i rozmyślałam o wydarzeniach z ostatnich kilku dni. Tak wiele się zmieniło. Biedna Ami. Zawsze taka uśmiechnięta, wesoła a teraz leży tam, w tym okropnym szpitalu i walczy o życie. Tak bardzo za nią tęsknię. No i jeszcze Eryk... To, czego wczoraj się od niego dowiedziałam było czymś naprawdę niezwykłym. Bo jak się okazało to właśnie ten Eryk, ten, którego uważałam za zarozumiałego zboczeńca miał ze mną tak wiele wspólnego. Jednak życie to jedna wielka niespodzianka. Usłyszałam kiedyś, że życie to pudełko pełne różnych czekoladek. Codziennie przekonuję się, że to prawda. Och, jak bardzo chciałabym powiedzieć o tym wszystkim mojej siostrze. Już widzę jej pytania. Na wspomnienie o tym, na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Ami zawsze potrafiła mnie rozśmieszyć.
- A co to za tajemniczy uśmieszek? - zapytała babcia.
- O, cześć babciu. Nie słyszałam kiedy weszłaś. - odpowiedziałam.
- Jak o czymś tak intensywnie myślisz to nie dziwię się.
Uśmiechnęłam się do niej i wstałam z mojego wygodnego łóżka. Ubrałam się w ciemnozielony legginsy i w koszulkę Eryka. Głównie dlatego, że nadal miała ten cudowny zapach. Dawała mi takie niezwykłe poczucie bezpieczeństwa. Zeszłam na dół i zjadłam z babcią śniadanie. Pojechałyśmy do szpitala. Obserwowałam Ami. Lekarz mówił, że jej stan nadal jest ciężki ale z dnia na dzień ma być coraz lepiej. Na szpitalnym łóżku, moja siostra, która zawsze mnie broniła, odważna i twarda, wydawała się taka bezbronna, delikatna. Obiecałam sobie, że gdy tylko się wybudzi będę ją bardziej wspierać. Ale ona nie się wybudzała. Czekałam tydzień, dwa tygodnie. Lekarz twierdził, że nie wybudzają jej ze śpiączki farmakologicznej, bo chcą aby jej mózg się zregenerował. Ale ja widziałam, że to ją wykańcza. Lepiej by się poczuła gdyby tylko nas zobaczyła. Mnie, babcie i miłość jej życia. Ciągle przy niej czuwaliśmy. Ja i babcia byłyśmy dobrej myśli ale Tomek chyba tracił nadzieję. Pewnego dnia w szpitalu odwiedził mnie Ed i Ola. Ucieszyłam się na ich widok. W ciągu trzech tygodni, które bez przerwy spędzam w szpitalu, często mnie odwiedzali. Byłam wdzięczna za ich pomoc i współczucie. Mieli bardzo dobre serca. I czułam, że coś ich łączy ale nie chcą mi o tym powiedzieć...
- Magda? - zaczął niepewnie Edward.
- Hmm?
- Czy ciebie i Eryka coś łączy? - zapytał.
Byłam trochę zaskoczona tym pytaniem ale w końcu był moim przyjacielem i miał prawo wiedzieć.
- Może... - odpowiedziałam z lekkim uśmiechem.
- Ahaa. - mruknął z łobuzerskim uśmieszkiem. - Ale ostrzegam cię, że on nie jest taki jak my.
- To prawda, bo on nie jest taki jak my. On jest taki jak ja. - odparłam.
Zdziwiła go moja odpowiedź ale nie pytał o szczegóły.
Pewnego podłego, szarego dnia, nie poszłam do szpitala. Jutro mieli wybudzać Ami ale miałam juz dość tego miejsca. Siedziałam w pokoju i nadrabiałam zaległości ze szkoły. Ostatnio rzadko tam bywałam a niedługo miały być wystawiane oceny. Właśnie toczyłam krwawą wojnę z matematyką, gdy usłyszałam ciche pukanie do pokoju.
- Hej. - przywitał się Tomek.
- Cześć - odpowiedziałam i przytuliłam się do niego.
- Co robisz? - zapytał. W jego oczach widziałam tylko smutek.
- Walczę z matematyką. Niestety jak narazie przegrywam.
- Może ci pomogę?
- Przydałoby się - odpowiedziałam z uśmiechem. W moim sercu też panował niepokój i strach o Ami ale musiałam go jakoś pocieszyć.
Usiadł koło mnie i objął mnie ramieniem. Próbował mi wytłumaczyć to zadanie, które dla mnie było niczym policzenie gwiazd na niebie. W pewnym momencie Tomek dotknął mojego policzka. I tak nagle mnie pocałował. Byłam w takim szoku, że najpierw odwzajemniłam to ale chwile później odsunęłam się od niego. Co ona robi? Co my robimy?
- Przepraszam... - szepnął - nie chciałem...
- Wiem. Nie musisz się tłumaczyć. - odpowiedziałam. - nigdy więcej tego nie rób.
- Tak bardzo za nią tęsknię...
- Wiem. Ja też. - westchnęłam.
- To ja już pójdę. - powiedział i po chwili już go nie było.
To było... Dziwne. Wiem, że to nie był pocałunek z miłości. W tym pocałunku była tylko rozpacz i strach. Strach przed utratą ukochanej osoby. Wiedziałam, że powinnam o tym zapomnieć. Ale to co się teraz zdarzyło było nie w porządku. I czułam, że będę tego żałować. Wyrzuty mojego sumienia są bezlitosnymi potworami.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
uhuhuhu i jak się podoba? Proszę o opinie w komentarzach ;*
- A co to za tajemniczy uśmieszek? - zapytała babcia.
- O, cześć babciu. Nie słyszałam kiedy weszłaś. - odpowiedziałam.
- Jak o czymś tak intensywnie myślisz to nie dziwię się.
Uśmiechnęłam się do niej i wstałam z mojego wygodnego łóżka. Ubrałam się w ciemnozielony legginsy i w koszulkę Eryka. Głównie dlatego, że nadal miała ten cudowny zapach. Dawała mi takie niezwykłe poczucie bezpieczeństwa. Zeszłam na dół i zjadłam z babcią śniadanie. Pojechałyśmy do szpitala. Obserwowałam Ami. Lekarz mówił, że jej stan nadal jest ciężki ale z dnia na dzień ma być coraz lepiej. Na szpitalnym łóżku, moja siostra, która zawsze mnie broniła, odważna i twarda, wydawała się taka bezbronna, delikatna. Obiecałam sobie, że gdy tylko się wybudzi będę ją bardziej wspierać. Ale ona nie się wybudzała. Czekałam tydzień, dwa tygodnie. Lekarz twierdził, że nie wybudzają jej ze śpiączki farmakologicznej, bo chcą aby jej mózg się zregenerował. Ale ja widziałam, że to ją wykańcza. Lepiej by się poczuła gdyby tylko nas zobaczyła. Mnie, babcie i miłość jej życia. Ciągle przy niej czuwaliśmy. Ja i babcia byłyśmy dobrej myśli ale Tomek chyba tracił nadzieję. Pewnego dnia w szpitalu odwiedził mnie Ed i Ola. Ucieszyłam się na ich widok. W ciągu trzech tygodni, które bez przerwy spędzam w szpitalu, często mnie odwiedzali. Byłam wdzięczna za ich pomoc i współczucie. Mieli bardzo dobre serca. I czułam, że coś ich łączy ale nie chcą mi o tym powiedzieć...
- Magda? - zaczął niepewnie Edward.
- Hmm?
- Czy ciebie i Eryka coś łączy? - zapytał.
Byłam trochę zaskoczona tym pytaniem ale w końcu był moim przyjacielem i miał prawo wiedzieć.
- Może... - odpowiedziałam z lekkim uśmiechem.
- Ahaa. - mruknął z łobuzerskim uśmieszkiem. - Ale ostrzegam cię, że on nie jest taki jak my.
- To prawda, bo on nie jest taki jak my. On jest taki jak ja. - odparłam.
Zdziwiła go moja odpowiedź ale nie pytał o szczegóły.
Pewnego podłego, szarego dnia, nie poszłam do szpitala. Jutro mieli wybudzać Ami ale miałam juz dość tego miejsca. Siedziałam w pokoju i nadrabiałam zaległości ze szkoły. Ostatnio rzadko tam bywałam a niedługo miały być wystawiane oceny. Właśnie toczyłam krwawą wojnę z matematyką, gdy usłyszałam ciche pukanie do pokoju.
- Hej. - przywitał się Tomek.
- Cześć - odpowiedziałam i przytuliłam się do niego.
- Co robisz? - zapytał. W jego oczach widziałam tylko smutek.
- Walczę z matematyką. Niestety jak narazie przegrywam.
- Może ci pomogę?
- Przydałoby się - odpowiedziałam z uśmiechem. W moim sercu też panował niepokój i strach o Ami ale musiałam go jakoś pocieszyć.
Usiadł koło mnie i objął mnie ramieniem. Próbował mi wytłumaczyć to zadanie, które dla mnie było niczym policzenie gwiazd na niebie. W pewnym momencie Tomek dotknął mojego policzka. I tak nagle mnie pocałował. Byłam w takim szoku, że najpierw odwzajemniłam to ale chwile później odsunęłam się od niego. Co ona robi? Co my robimy?
- Przepraszam... - szepnął - nie chciałem...
- Wiem. Nie musisz się tłumaczyć. - odpowiedziałam. - nigdy więcej tego nie rób.
- Tak bardzo za nią tęsknię...
- Wiem. Ja też. - westchnęłam.
- To ja już pójdę. - powiedział i po chwili już go nie było.
To było... Dziwne. Wiem, że to nie był pocałunek z miłości. W tym pocałunku była tylko rozpacz i strach. Strach przed utratą ukochanej osoby. Wiedziałam, że powinnam o tym zapomnieć. Ale to co się teraz zdarzyło było nie w porządku. I czułam, że będę tego żałować. Wyrzuty mojego sumienia są bezlitosnymi potworami.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
uhuhuhu i jak się podoba? Proszę o opinie w komentarzach ;*
wtorek, 7 kwietnia 2015
Rozdział 7 ❤
Stałam tam i ciągle patrzyłam w jego piękne oczy. Co ja robię? Byliśmy z dwóch różnych światów. On bogaty, piękny, elegancki. Ja... Ja byłam inna. Ale teraz, w tym momencie, to wszystko się nie liczyło. Liczyły się tylko te oczy wpatrzone we mnie.
- Zrobiło się zimno. Chodźmy do domu. - szepnął.
Nie protestowałam. Rzeczywiście zerwał się zimny wiatr. W lesie nie było tego tak czuć ale byłam ubrana tylko w bluzkę z krótkim rękawem. Szliśmy dróżką w stronę domku w którym, jak się okazało, mieszkał Eryk. Na zewnątrz dom wydawał się tradycyjny ale w środku był bardzo nowoczesny.
- Mój tata jest architektem. - powiedział Eryk. Widocznie na mojej twarzy musiało malować się zdziwienie.
- Aha. A gdzie są twoi rodzice? - zapytałam.
- Mój tata ciągle jest na różnych spotkaniach biznesowych. Bardzo rzadko się widujemy dlatego często przyjeżdża do mnie babcia. - odpowiedział - mieszkam tu od niedawna. Większość życia mieszkałem we Francji.
Zaniemówiłam. No proszę. Czyli on cały czas myślał po francusku.
- Aha.
Brawo, Magda. Stać cię tylko na "aha".
Usiadłam na kanapie w kwiecisty wzór. Eryk poszedł zrobić gorącą czekoladę. Myślałam o Ami. Jestem głupia. Jak mogłam ją teraz zostawić. Ale nie mogłam już tam wytrzymać. To wszystko mnie przerażało. Postanowiłam zadzwonić do babci. Jak przystało na nowoczesną kobietę, miała swój telefon komórkowy. Po kilku sygnałach odebrała.
- Cześć, babciu. I jak Ami?
- Dobrze. Jest już po operacji. Lekarz powiedział, że jej stan z godziny na godzinę poprawia się.
Dobry Boże, jak mam ci dziękować?
- To wspaniale.
- Tak bardzo się cieszę. Nawet zdołałam namówić Tomka, żeby pojechał do domu. Był wykończony.
-Bardzo dobrze zrobiłaś.
- Muszę porozmawiać z lekarzem.
- Dobrze. Do zobaczenia.
I rozłączyła się. Była w lepszym humorze.
Do salonu wszedł Eryk z kubkami w dłoniach.
-Dziękuję.
Wzięłam łyk. Napój był pyszny. Długo rozmawiałam z Erykiem. Tak naprawdę słabo go znałam. Przecież spałam z nim a nawet nie wiedziałam jaki jest jego ulubiony kolor. Czas szybko zleciał. Siedzieliśmy w ciszy. Przyglądałam się jak ogień wesoło tańczy w kominku. W moim dawnym domu też był kominek. Uwielbiałam siedzieć przy nim i rozmyślać.
- Kocham Cię.
W tym momencie wylałam na siebie pół kubka gorącej czekolady. Bo Eryk tego nie powiedział. On to pomyślał. I tak dziwnie na mnie popatrzył
- Gdzie jest łazienka? - zapytałam trochę, zdenerwowana.
Eryk zaprowadził mnie pod drzwi łazienki.
- Zaraz przyniosę ci jakąś koszulkę. - powiedział zmieszany.
Szybko zdjęłam z siebie mokrą koszulkę i zamoczyłam w wannie. Miałam nadzieję, że da się ją uratować. Drzwi od łazienki lekko się uchyliły i Eryk wrzucił zieloną koszulkę. Dobrze, że nie zauważył jak się czerwienie. Co za kompromitacja. Koszulka była troche za duża ale nie była taka zła. I pachniała Erykiem. Przejrzałam się w lustrze. Wyszłam z łazienki trochę zawstydzona.
- Ślicznie wyglądasz. Powinnaś częściej nosić moje ubrania. - powiedział Eryk, szeroko się uśmiechając.
- Bardzo zabawne. - odparłam i usiadłam na kwiecistym fotelu.
- Może chcesz jeszcze czekolady?
- Nie, nie trzeba. - odpowiedziałam.
I nagle zdałam sobie sprawę, że gdy się o to pytał, nie poruszał ustami. To była jego myśl. Myślałam, że to już kres kompromitacji. A tu niespodzianka, bo moja kompromitacja chyba nie ma końca.
- A więc jednak. Czytasz w moich myślach. - spojrzał się na mnie pytająco.
A ja spuściłam głowę. To była wystarczającą odpowiedź. Bałam się jak on zareaguje.
- Już wcześniej to podejrzewałem. Te twoje niespodziewane zmiany nastroju. - popatrzyłam na niego ze strachem w oczach.
A niby skąd on o tym wie?
- Widzisz... Może wyda ci się to dziwne ale ja tez mam dar. Tylko, że je nie czytam w myślach ale w uczuciach.
Nie wierzę.
- Jak to możliwe...?
- Tak samo możliwe jak twoje czytanie w myślach. - odpowiedział. - wiem co w danej chwili czujesz. Tak samo jak ty wiesz, co w danej chwili myślę.
Uśmiechnął się lekko a ja odwzajemniłam uśmiech. Bo myślałam, że tylko ja jestem takim wybrykiem natury. A nawet jeśli istnieli jeszcze inni ludzie podobni do mnie to nie wierzyłam, że kiedykolwiek jakiegoś spotkam.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
Hej :3 wiem, że nudny jest ten rozdział ale nie mam dzisiaj weny. ;/
KOMENTUJESZ=MOTYWUJESZ ❤😊
- Zrobiło się zimno. Chodźmy do domu. - szepnął.
Nie protestowałam. Rzeczywiście zerwał się zimny wiatr. W lesie nie było tego tak czuć ale byłam ubrana tylko w bluzkę z krótkim rękawem. Szliśmy dróżką w stronę domku w którym, jak się okazało, mieszkał Eryk. Na zewnątrz dom wydawał się tradycyjny ale w środku był bardzo nowoczesny.
- Mój tata jest architektem. - powiedział Eryk. Widocznie na mojej twarzy musiało malować się zdziwienie.
- Aha. A gdzie są twoi rodzice? - zapytałam.
- Mój tata ciągle jest na różnych spotkaniach biznesowych. Bardzo rzadko się widujemy dlatego często przyjeżdża do mnie babcia. - odpowiedział - mieszkam tu od niedawna. Większość życia mieszkałem we Francji.
Zaniemówiłam. No proszę. Czyli on cały czas myślał po francusku.
- Aha.
Brawo, Magda. Stać cię tylko na "aha".
Usiadłam na kanapie w kwiecisty wzór. Eryk poszedł zrobić gorącą czekoladę. Myślałam o Ami. Jestem głupia. Jak mogłam ją teraz zostawić. Ale nie mogłam już tam wytrzymać. To wszystko mnie przerażało. Postanowiłam zadzwonić do babci. Jak przystało na nowoczesną kobietę, miała swój telefon komórkowy. Po kilku sygnałach odebrała.
- Cześć, babciu. I jak Ami?
- Dobrze. Jest już po operacji. Lekarz powiedział, że jej stan z godziny na godzinę poprawia się.
Dobry Boże, jak mam ci dziękować?
- To wspaniale.
- Tak bardzo się cieszę. Nawet zdołałam namówić Tomka, żeby pojechał do domu. Był wykończony.
-Bardzo dobrze zrobiłaś.
- Muszę porozmawiać z lekarzem.
- Dobrze. Do zobaczenia.
I rozłączyła się. Była w lepszym humorze.
Do salonu wszedł Eryk z kubkami w dłoniach.
-Dziękuję.
Wzięłam łyk. Napój był pyszny. Długo rozmawiałam z Erykiem. Tak naprawdę słabo go znałam. Przecież spałam z nim a nawet nie wiedziałam jaki jest jego ulubiony kolor. Czas szybko zleciał. Siedzieliśmy w ciszy. Przyglądałam się jak ogień wesoło tańczy w kominku. W moim dawnym domu też był kominek. Uwielbiałam siedzieć przy nim i rozmyślać.
- Kocham Cię.
W tym momencie wylałam na siebie pół kubka gorącej czekolady. Bo Eryk tego nie powiedział. On to pomyślał. I tak dziwnie na mnie popatrzył
- Gdzie jest łazienka? - zapytałam trochę, zdenerwowana.
Eryk zaprowadził mnie pod drzwi łazienki.
- Zaraz przyniosę ci jakąś koszulkę. - powiedział zmieszany.
Szybko zdjęłam z siebie mokrą koszulkę i zamoczyłam w wannie. Miałam nadzieję, że da się ją uratować. Drzwi od łazienki lekko się uchyliły i Eryk wrzucił zieloną koszulkę. Dobrze, że nie zauważył jak się czerwienie. Co za kompromitacja. Koszulka była troche za duża ale nie była taka zła. I pachniała Erykiem. Przejrzałam się w lustrze. Wyszłam z łazienki trochę zawstydzona.
- Ślicznie wyglądasz. Powinnaś częściej nosić moje ubrania. - powiedział Eryk, szeroko się uśmiechając.
- Bardzo zabawne. - odparłam i usiadłam na kwiecistym fotelu.
- Może chcesz jeszcze czekolady?
- Nie, nie trzeba. - odpowiedziałam.
I nagle zdałam sobie sprawę, że gdy się o to pytał, nie poruszał ustami. To była jego myśl. Myślałam, że to już kres kompromitacji. A tu niespodzianka, bo moja kompromitacja chyba nie ma końca.
- A więc jednak. Czytasz w moich myślach. - spojrzał się na mnie pytająco.
A ja spuściłam głowę. To była wystarczającą odpowiedź. Bałam się jak on zareaguje.
- Już wcześniej to podejrzewałem. Te twoje niespodziewane zmiany nastroju. - popatrzyłam na niego ze strachem w oczach.
A niby skąd on o tym wie?
- Widzisz... Może wyda ci się to dziwne ale ja tez mam dar. Tylko, że je nie czytam w myślach ale w uczuciach.
Nie wierzę.
- Jak to możliwe...?
- Tak samo możliwe jak twoje czytanie w myślach. - odpowiedział. - wiem co w danej chwili czujesz. Tak samo jak ty wiesz, co w danej chwili myślę.
Uśmiechnął się lekko a ja odwzajemniłam uśmiech. Bo myślałam, że tylko ja jestem takim wybrykiem natury. A nawet jeśli istnieli jeszcze inni ludzie podobni do mnie to nie wierzyłam, że kiedykolwiek jakiegoś spotkam.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
Hej :3 wiem, że nudny jest ten rozdział ale nie mam dzisiaj weny. ;/
KOMENTUJESZ=MOTYWUJESZ ❤😊
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
Rozdział 6 ❤
- Nie odejdę. Nigdy.
Ten szept prześladuje mnie w snach. Gdy budzę się rano Eryka już nie ma. Musiał wyjść niedawno, ponieważ miejsce obok mnie jest jeszcze ciepłe. I pachnie Erykiem. Zostawił mi kartkę.
" Musiałem już jechać do domu. Przyjadę do szpitala po południu.
Eryk "
Długo wpatrywałam się w kartkę. Wszyscy chłopcy jakich znałam mieli nieładne a pismo. Ale te słowa, które napisał na kartce papieru były napisane starannie. To pismo było kształtne i piękne. Widać, że takie pismo posiada osoba wyjątkowa, utalentowana. Czy taki był Eryk? Na pewno jest wyjątkowy. Był ze mną cały wczorajszy dzień i ( aż trudno w to uwierzyć) całą noc. Mam nadzieję, nie naraziłam go na kłopoty. Jego rodzice pewnie się martwili. Ale czy ten szept, który wczoraj słyszałam był prawdziwy? Równie dobrze mogło mi się to przyśnić. Przeciez wczorajszy dzień był pełen wrażeń. Nie wątpię, że dzisiejszy też taki będzie. Na wspomnienie o Ami od razu łzy napływają mi do oczu. Nie, nie mogę płakać. Muszę być silna. Przecież ona caly czas żyje. Moja starsza siostra nie byłaby zadowolona, że ciągle płacze. Wstałam z łóżka. Postanowiłam ubrać się w zwykłe dżinsy i białą koszulkę, którą dostałam kiedyś od Amelki... Uczesałam się w zwykłego kucyka i przejrzałam się w lustrze. Byłam blada, miałam czerwone oczy i spuchniętą kostkę. Bardzo mnie dziwiło, że Eryk się mnie nie wystraszył. Przecież wczoraj wyglądałam jeszcze gorzej. Zeszłam na dół. W kuchni nie było babci więc weszłam do jej sypialni. Leżała w łóżku. Musiała być wykończona wczorajszym dniem bo zazwyczaj wstawała bardzo wcześnie. Stałam i rozważałam czy położyć się koło niej czy iść do kuchni i poczekać aż sie obudzi. Otworzyła lekko oczy i popatrzyła na mnie jakbym była wciąż tym sześcioletnim dzieckiem, które tak często przychodziło do niej, bo nie mogło zasnąć.
- Chodź do mnie. - powiedziała swoim ciepłym głosem.
A ja, jakbym ciągle była tym samym beztroskim dzieckiem położyłam się obok niej, a ona mnie przytuliła. I znów się rozpłakałam. A miałam być silna i niezależna. Po dłuższej chwili milczenia babcia powiedziała:
- Wstań. Musimy jechać do Ami.
Bez słowa skierowałam się do kuchni. W ponurej atmosferze zjadłyśmy śniadanie. Później ubrałyśmy się w ciepłe kurtki. Na dworze było wietrznie i szaro. Widocznie pogoda też tęskniła za Ami. Za ciepłą, wesołą i kochaną Ami. Gdy jechałam z babcią jej malutkim, niebieskim autkiem, przyglądałam się ruchliwej ulicy. Wszystko wyglądało jak dawniej. Ludzie spieszyli się do pracy, dzieci do szkoły. Ale jednak ta dobrze znana ulica była jakaś inna, odmienna. Gdy weszłyśmy do szpitala znowu jakaś dziwna siła nie pozwalała mi mówić. Szłam z babcią przez długi korytarz z którym znajdowała się sala w której leżała Amelia. Tak bardzo tęskniłam za jej uśmiechem. Weszłyśmy do małego korytarzyka. Od razu podbiegłam do szyby z którą leżała moja siostra. Ale za szybą było widać tylko puste łóżko jakby tam nigdy nikogo nie było. Nie... Tomka tez nigdzie nie było. Na twarzy babci malowało się przerażenie. Nagle na końcu korytarza zauważyłam łóżko. Szybko tam pobiegłam.
- Ami! Słyszysz mnie? - powiedziałam z nutą histerii w głosie.
- Boję się... Magda... - szepnęła. Moja starsza siostra bała się. Dla mnie to było coś... Zadziwiającego
- Wszystko będzie dobrze. Wyjdziesz z tego - powiedziałam i złapałam jej delikatną rękę. Była zimna.
Ami straciła przytomność.
- Gdzie ją zabieracie?! - krzyknęłam do pielęgniarki.
- Na salę operacyjną. Pojawiły się pewne komplikacje.
Niczego więcej się nie dowiedziałam bo pielęgniarki wraz z moją siostrą zniknęły za drzwiami pomieszczenia do którego nie pozwolono mi wejść. Boże... Usiadłam na krześle i schowałam twarz w dłoniach. I z moich oczu znów wypływała rzeka łez. Za tymi drzwiami może właśnie w tej chwili moja siostra umiera... Nie mogłam o tym myśleć. Siedziałam tam, pogrążona w smutnych myślach. Mój mózg świetnie podsuwał mi coraz to czarniejsze scenariusze. Po jednej stronie siedziała babcia i obejmowała mnie. Z drugiej strony siedział Eryk i trzymał mnie za rękę. Nawet nie wiem kiedy przyszedł. Naprzeciwko mnie siedział Tomek. Jego stan psychiczny i fizyczny można opisać jednym słowem: fatalny. Po nieokreślonym czasie spędzonym na siedzeniu i zamartwianiu postanowiłam zmienić plan na spacerowanie i zamartwianie się. Żaden lekarz nie wychodził z sali. Bałam się, że nastąpiło najgorsze. Nie. Na pewno nie. W pewnym momencie zaczęłam się dusić. Nienawidziłam zapachu szpitala. Wybiegłam z korytarza. Biegłam do wyjścia. Nie mogłam więcej przebywać w tej atmosferze. Usiadłam na schodach. Próbowałam przypomnieć sobie jak się oddycha. A on znów usiadł koło mnie. I znów mnie przytulił. A ja znów się rozpłakałam.
- Chodź. Zabiorę cię stąd.
- Nie. Boje się, że... - że wrócę a ona odejdzie. Na zawsze. Zdanie dokończyłam w myślach bo w moim gardle znowu pojawiła się wielka gula.
- Wiem czego się boisz ale ona nigdy cię nie zostawi. Może jej ciało ulegnie zniszczeniu ale ale jej duch zawsze będzie przy tobie. W twoim sercu. Zawsze. - powiedział tonem człowieka, który przeżył 1800 lat a nie 18.
Ja nic na to nie odpowiedziałam. Nie umiałam znaleźć jakichś sensownych, mądrych słów. Westchnęłam.
- Chodź. Twoja babcia jest przy niej. Poznałem ją tylko trochę ale jestem pewny, że nie pozwoli jej odejść. - powiedział i uśmiechnął się do mnie, ukazując urocze dołeczki.
Zgodziłam się, bo czułam że nie kłamie. Weszłam do jego sportowego auta. Jechaliśmy dość długo. W końcu dotarliśmy do celu. Byliśmy przed dużym drewnianym domem. Za domem znajdował się rozległy las. Ominęliśmy dom. Eryk prowadził mnie w głąb lasu. Szliśmy około 30 minut. Las był piękny. Stare drzewa wydawały się takie tajemnicze, mądre. Wśród drzew zauważyłam mały domek. Gdy podeszłam bliżej okazało się, że to duża altana. Weszliśmy do środka. Był tam mały stolik i dwa fotele. Wydawało mi się, że nasza obecność zakłóca niezwykłą aurę tego miejsca.
- Słyszysz? - szepnął Eryk.
- Co? - zapytałam.
- Wsłuchaj się.
Zrobiłam jak mi kazał. Z początku nic nie słyszałam. Tylko szum drzew i śpiew pojedynczych ptaków. A może "aż" szum drzew i śpiew ptaków? I nagle zrozumiałam o co chodzi.
- Słyszysz jak oddycha? - zapytał Eryk.
- Tak - odpowiedziałam.
Szum drzew układał się w rytm. Zupełnie jakby oddychał. Ja również uspokoiłam i wyrównałam swój oddech, który jak dotąd był niespokojny. I teraz mój oddech i oddech lasu był jedną całością. Mogłabym tak stać godzinami, dniami, latami.
- Dziękuję - szepnęłam do Eryka i przytuliłam się.
- Nie ma za co - odpowiedział również szeptem i odwzajemnił mój gest.
- Eryk... Mam pytanie - powiedziałam.
- Hmm?
- Dlaczego ty to robisz? Dlaczego jesteś dla mnie taki dobry? Dlaczego po prostu nie zostawiłeś mnie w spokoju, kiedy cię o to prosiłam? - zapytałam.
Widziałam, że zaskoczyło go moje pytanie, ponieważ troche odsunął się ode mnie.
- Bo widzisz... Wtedy w szkole... Próbowałem cię zostawić w spokoju, próbowałem o tobie nie myśleć. Ale nie mogłem. Po prostu nie potrafię o tobie zapomnieć. - powiedział.
A ja patrzyłam w te jego piękne oczy, które jednak nie były piwne. Miały takie piękne, złote plamki. I wtedy stało się. Pocałował mnie. A ja zamiast się wyrwać, zamiast nakrzyczeć na niego za to co zrobił, po prostu odwzajemniłam to. I nie mogłam tego nie zrobić. Bo jakaś dziwna siła przyciągała mnie do niego a ja nie mogłam się oderwać od jego ust. A może nie chciałam?
*-*-*-*-**-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
I jak się podoba? :) przepraszam, że nie dodałam wczesniej ale miałam drobne kłopoty techniczne :) bardzo proszę o komentarze :*
Ten szept prześladuje mnie w snach. Gdy budzę się rano Eryka już nie ma. Musiał wyjść niedawno, ponieważ miejsce obok mnie jest jeszcze ciepłe. I pachnie Erykiem. Zostawił mi kartkę.
" Musiałem już jechać do domu. Przyjadę do szpitala po południu.
Eryk "
Długo wpatrywałam się w kartkę. Wszyscy chłopcy jakich znałam mieli nieładne a pismo. Ale te słowa, które napisał na kartce papieru były napisane starannie. To pismo było kształtne i piękne. Widać, że takie pismo posiada osoba wyjątkowa, utalentowana. Czy taki był Eryk? Na pewno jest wyjątkowy. Był ze mną cały wczorajszy dzień i ( aż trudno w to uwierzyć) całą noc. Mam nadzieję, nie naraziłam go na kłopoty. Jego rodzice pewnie się martwili. Ale czy ten szept, który wczoraj słyszałam był prawdziwy? Równie dobrze mogło mi się to przyśnić. Przeciez wczorajszy dzień był pełen wrażeń. Nie wątpię, że dzisiejszy też taki będzie. Na wspomnienie o Ami od razu łzy napływają mi do oczu. Nie, nie mogę płakać. Muszę być silna. Przecież ona caly czas żyje. Moja starsza siostra nie byłaby zadowolona, że ciągle płacze. Wstałam z łóżka. Postanowiłam ubrać się w zwykłe dżinsy i białą koszulkę, którą dostałam kiedyś od Amelki... Uczesałam się w zwykłego kucyka i przejrzałam się w lustrze. Byłam blada, miałam czerwone oczy i spuchniętą kostkę. Bardzo mnie dziwiło, że Eryk się mnie nie wystraszył. Przecież wczoraj wyglądałam jeszcze gorzej. Zeszłam na dół. W kuchni nie było babci więc weszłam do jej sypialni. Leżała w łóżku. Musiała być wykończona wczorajszym dniem bo zazwyczaj wstawała bardzo wcześnie. Stałam i rozważałam czy położyć się koło niej czy iść do kuchni i poczekać aż sie obudzi. Otworzyła lekko oczy i popatrzyła na mnie jakbym była wciąż tym sześcioletnim dzieckiem, które tak często przychodziło do niej, bo nie mogło zasnąć.
- Chodź do mnie. - powiedziała swoim ciepłym głosem.
A ja, jakbym ciągle była tym samym beztroskim dzieckiem położyłam się obok niej, a ona mnie przytuliła. I znów się rozpłakałam. A miałam być silna i niezależna. Po dłuższej chwili milczenia babcia powiedziała:
- Wstań. Musimy jechać do Ami.
Bez słowa skierowałam się do kuchni. W ponurej atmosferze zjadłyśmy śniadanie. Później ubrałyśmy się w ciepłe kurtki. Na dworze było wietrznie i szaro. Widocznie pogoda też tęskniła za Ami. Za ciepłą, wesołą i kochaną Ami. Gdy jechałam z babcią jej malutkim, niebieskim autkiem, przyglądałam się ruchliwej ulicy. Wszystko wyglądało jak dawniej. Ludzie spieszyli się do pracy, dzieci do szkoły. Ale jednak ta dobrze znana ulica była jakaś inna, odmienna. Gdy weszłyśmy do szpitala znowu jakaś dziwna siła nie pozwalała mi mówić. Szłam z babcią przez długi korytarz z którym znajdowała się sala w której leżała Amelia. Tak bardzo tęskniłam za jej uśmiechem. Weszłyśmy do małego korytarzyka. Od razu podbiegłam do szyby z którą leżała moja siostra. Ale za szybą było widać tylko puste łóżko jakby tam nigdy nikogo nie było. Nie... Tomka tez nigdzie nie było. Na twarzy babci malowało się przerażenie. Nagle na końcu korytarza zauważyłam łóżko. Szybko tam pobiegłam.
- Ami! Słyszysz mnie? - powiedziałam z nutą histerii w głosie.
- Boję się... Magda... - szepnęła. Moja starsza siostra bała się. Dla mnie to było coś... Zadziwiającego
- Wszystko będzie dobrze. Wyjdziesz z tego - powiedziałam i złapałam jej delikatną rękę. Była zimna.
Ami straciła przytomność.
- Gdzie ją zabieracie?! - krzyknęłam do pielęgniarki.
- Na salę operacyjną. Pojawiły się pewne komplikacje.
Niczego więcej się nie dowiedziałam bo pielęgniarki wraz z moją siostrą zniknęły za drzwiami pomieszczenia do którego nie pozwolono mi wejść. Boże... Usiadłam na krześle i schowałam twarz w dłoniach. I z moich oczu znów wypływała rzeka łez. Za tymi drzwiami może właśnie w tej chwili moja siostra umiera... Nie mogłam o tym myśleć. Siedziałam tam, pogrążona w smutnych myślach. Mój mózg świetnie podsuwał mi coraz to czarniejsze scenariusze. Po jednej stronie siedziała babcia i obejmowała mnie. Z drugiej strony siedział Eryk i trzymał mnie za rękę. Nawet nie wiem kiedy przyszedł. Naprzeciwko mnie siedział Tomek. Jego stan psychiczny i fizyczny można opisać jednym słowem: fatalny. Po nieokreślonym czasie spędzonym na siedzeniu i zamartwianiu postanowiłam zmienić plan na spacerowanie i zamartwianie się. Żaden lekarz nie wychodził z sali. Bałam się, że nastąpiło najgorsze. Nie. Na pewno nie. W pewnym momencie zaczęłam się dusić. Nienawidziłam zapachu szpitala. Wybiegłam z korytarza. Biegłam do wyjścia. Nie mogłam więcej przebywać w tej atmosferze. Usiadłam na schodach. Próbowałam przypomnieć sobie jak się oddycha. A on znów usiadł koło mnie. I znów mnie przytulił. A ja znów się rozpłakałam.
- Chodź. Zabiorę cię stąd.
- Nie. Boje się, że... - że wrócę a ona odejdzie. Na zawsze. Zdanie dokończyłam w myślach bo w moim gardle znowu pojawiła się wielka gula.
- Wiem czego się boisz ale ona nigdy cię nie zostawi. Może jej ciało ulegnie zniszczeniu ale ale jej duch zawsze będzie przy tobie. W twoim sercu. Zawsze. - powiedział tonem człowieka, który przeżył 1800 lat a nie 18.
Ja nic na to nie odpowiedziałam. Nie umiałam znaleźć jakichś sensownych, mądrych słów. Westchnęłam.
- Chodź. Twoja babcia jest przy niej. Poznałem ją tylko trochę ale jestem pewny, że nie pozwoli jej odejść. - powiedział i uśmiechnął się do mnie, ukazując urocze dołeczki.
Zgodziłam się, bo czułam że nie kłamie. Weszłam do jego sportowego auta. Jechaliśmy dość długo. W końcu dotarliśmy do celu. Byliśmy przed dużym drewnianym domem. Za domem znajdował się rozległy las. Ominęliśmy dom. Eryk prowadził mnie w głąb lasu. Szliśmy około 30 minut. Las był piękny. Stare drzewa wydawały się takie tajemnicze, mądre. Wśród drzew zauważyłam mały domek. Gdy podeszłam bliżej okazało się, że to duża altana. Weszliśmy do środka. Był tam mały stolik i dwa fotele. Wydawało mi się, że nasza obecność zakłóca niezwykłą aurę tego miejsca.
- Słyszysz? - szepnął Eryk.
- Co? - zapytałam.
- Wsłuchaj się.
Zrobiłam jak mi kazał. Z początku nic nie słyszałam. Tylko szum drzew i śpiew pojedynczych ptaków. A może "aż" szum drzew i śpiew ptaków? I nagle zrozumiałam o co chodzi.
- Słyszysz jak oddycha? - zapytał Eryk.
- Tak - odpowiedziałam.
Szum drzew układał się w rytm. Zupełnie jakby oddychał. Ja również uspokoiłam i wyrównałam swój oddech, który jak dotąd był niespokojny. I teraz mój oddech i oddech lasu był jedną całością. Mogłabym tak stać godzinami, dniami, latami.
- Dziękuję - szepnęłam do Eryka i przytuliłam się.
- Nie ma za co - odpowiedział również szeptem i odwzajemnił mój gest.
- Eryk... Mam pytanie - powiedziałam.
- Hmm?
- Dlaczego ty to robisz? Dlaczego jesteś dla mnie taki dobry? Dlaczego po prostu nie zostawiłeś mnie w spokoju, kiedy cię o to prosiłam? - zapytałam.
Widziałam, że zaskoczyło go moje pytanie, ponieważ troche odsunął się ode mnie.
- Bo widzisz... Wtedy w szkole... Próbowałem cię zostawić w spokoju, próbowałem o tobie nie myśleć. Ale nie mogłem. Po prostu nie potrafię o tobie zapomnieć. - powiedział.
A ja patrzyłam w te jego piękne oczy, które jednak nie były piwne. Miały takie piękne, złote plamki. I wtedy stało się. Pocałował mnie. A ja zamiast się wyrwać, zamiast nakrzyczeć na niego za to co zrobił, po prostu odwzajemniłam to. I nie mogłam tego nie zrobić. Bo jakaś dziwna siła przyciągała mnie do niego a ja nie mogłam się oderwać od jego ust. A może nie chciałam?
*-*-*-*-**-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
I jak się podoba? :) przepraszam, że nie dodałam wczesniej ale miałam drobne kłopoty techniczne :) bardzo proszę o komentarze :*
niedziela, 5 kwietnia 2015
Rozdział 5 ❤
Chyba każdy krzyczał kiedyś tylko po to by usłyszeć jak echo powtarza nasze słowa. I w mojej głowie było tak samo. Ktoś krzyczał a echo zwielokrotniało potęgę tego głosu.
- Twoja siostra miała wypadek. Leży w szpitalu. Jej stan jest krytyczny ale stabilny. - powiedziała nauczycielka ze smutkiem w oczach po czym położyła swoją dłoń na moim ramieniu. I odeszła.
A ja stałam. I nie wierzyłam w to. Nie reagowałam na pytania Oli i Eda. Widziałam tylko jak poruszali ustami. Ale ja nie słyszałam ich. Słyszałam tylko ten krzyk w mojej głowie. Krzyk mojej siostry. Mój krzyk. To niemożliwe. Przecież jeszcze dzisiaj rozmawiałam z nią, żartowałyśmy, śmiałyśmy się... A teraz... Ona. Wypadek. Szpital. Stan krytyczny. Niemożliwe... Chwilę później zorientowałam się że znajduję się w pustej klasie. Siedziałam i nawet nie próbowałam powstrzymać potoku łez, jaki wydobywał się z moich oczu. Nie wiedziałam nawet kiedy cała szkoła opustoszała. Siedziałam sama w klasie. Nagle ktoś do mnie podszedł i usiadł koło mnie. Siedział ze mną w ciszy. Eryk. Dlaczego ten człowiek mnie prześladuje? Nic mu nie zrobiłam.
- Sorry ale nie mam czasu na pogaduszki - powiedziałam patrząc się pustym wzrokiem w ścianę.
- Chodź. Zawiozę cię do szpitala. - odpowiedział cicho.
- Nie potrzebuje twojej łaski! - krzyknęłam
- Chcę tylko pomóc...
- Nie! Ty nic nie rozumiesz! Zostaw mnie w spokoju! - krzyczałam na niego. Teraz rozpacz ustąpiła złości. Nienawidziłam tego świata. Ale on jakby nie słyszał moich słów i przytulił mnie. Chciałam się wyrwać, chciałam uciec. Ale po chwili to uczucie ustąpiło i znów się rozpłakałam. Nie chciałam żeby wypuszczał mnie ze swoich silnych, ciepłych ramion. Miał taki cudowny zapach. "Magda co ty wygadujesz? To nie jest twój przyjaciel. On pochodzi z innego świata." Powiedział jakiś duszek wewnątrz mnie. Ale ja go nie słuchałam. Tylko jeszcze bardziej się rozpłakałam. Teraz cała jego koszulka była mokra od moich łez.
- Przepraszam - szepnęłam. Zauważyłam, że ma piwne oczy.
- Nic się nie stało - odpowiedział mi również szeptem. - chodź, pojedziemy do twojej siostry.
Wstałam i skierowałam się do wyjścia. Eryk szedł za mną. Siedziałam w jego samochodzie z zamkniętymi oczami. Eryk chciał mnie zapytać czy dobrze się czuje ale zrezygnował bo odpowiedź była jasna. Czułam się fatalnie. Moja jedyna, ukochana siostra miała poważny wypadek i nie wiadomo czy z tego wyjdzie. Jak miałam czuć się dobrze? Gdy dojechaliśmy przed szpital chciałam zobaczyć Ami ale z drugiej strony... Nie chciałam widzieć jej w takim stanie. W recepcji Eryk pytał się o moją siostrę. Jak tylko chciałam się o nią spytać, w gardle stawała mi wielka gula, która uniemożliwiała mi mówienie. Eryk złapał mnie za rękę i zaprowadził mnie na salę w której leżała Ami. Niestety nie mogliśmy wejść do środka. Obserwowaliśmy ją przez szybę. Jej klatka piersiowa z trudnością podnosiła się i opadała. Unosiła się i opadała... Próbowałam oddychać w tym samym rytmie co ona. Po moich policzkach cały czas spływały łzy. Nagle ktoś dotknął mojej ręki. To był Tomek, chłopak Ami. Od razu przytuliłam się do niego. Próbował powstrzymać łzy. Na krześle siedziała babcia. Była taka smutna. Bez swojej energii i determinacji. Usiadłam koło niej uśmiechnęła się smutno.
- Wszystko będzie dobrze. - szepnęła.
- Na pewno. Amelka jest silna. Bardzo silna - odpowiedziałam.
Cały czas obserwowałam siostrę. Była przypięta do tysięcy kabelków. Na jej policzku widoczna była głęboka rana. Podobno miała połamanych kilka żeber, złamaną nogę, wstrząs mózgu... Ale żyła. Nie wiem jak długo stałam przy szybie. Całe moje ciało zdrętwiało a chora kostka dawała o sobie znać. Przedtem nie zwracałam na nią uwagi i teraz czuję skutki. Ale co to jest w porównaniu z zetknięciem Ami z autem? Nie przeżyje jeśli ją stracę. Jesteśmy niezwykle do siebie przywiązane.
- Magda... - usłyszałam ciche nawoływanie
- Magda...
Odwróciłam się i zobaczyłam Eryka. On cały czas tu był...
- Magda, zawiozę cię do domu. Jest druga w nocy.
- Nigdzie nie idę - odpowiedziałam zachrypniętym głosem. Co prawda byłam wykończona ale musiałam zostać przy Ami.
- Magda, idź. - powiedział Tomek. Spojrzałam się na niego niespokojnym wzrokiem. - ja przy niej zostanę.
Usiadł i wbił wzrok w podłogę. Był przybity, zmęczony. Wiedziałam jak bardzo kochał Ami i jak bardzo teraz cierpiał.
- Gdzie jest babcia? - zapytałam cicho.
- Pojechała do domu. - powiedział Tomek - ale rano ma wrócić. Jedź. Ona też potrzebuje wsparcia.
Nie chciałam jechać. Bałam się, że jak wrócę już jej tu nie będzie.
- Nie martw się - szepnął Eryk.
Spojrzałam na niego. On też był zmęczony. Szliśmy szarymi korytarzami szpitala. Pamiętam dzień kiedy to mama miała wypadek ale jej nie zdążyli uratować... Myślałam o dzisiejszych wydarzeniach. Rano było wszystko w porządku. To było zaledwie kilkanaście godzin wczesniej. Doszliśmy do pięknego samochodu Eryka. No właśnie... Eryk. Co on ze mną ma wspólnego? Co on robi w moim życiu? Kto to tak naprawdę jest? On to jedna, wielka niewiadoma. Od szpitala do mojego domu była dość długa droga. Zasnęłam. Ocknęłam się dopiero wtedy, kiedy Eryk delikatnie kładł mnie na łóżku i przykrywał kołdrą. Patrzył się na mnie chwilkę i już miał wychodzić ale zatrzymał go mój szept.
- Nie odchodź.
Otworzyłam lekko oczy. Był lekko zdziwiony moją prośbą ale spełnił ją. Położył się koło mnie a ja wtuliłam się w niego. Miał taki cudowny zapach. W jednej chwili zasnęłam. Usłyszałam jeszcze jego szept.
- Nie odejdę. Nigdy.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-**-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
i jak się podoba? :) tak w ogóle to wesołych świąt 😊! Bardzo proszę o komentarze bo nie wiem czy mam dalej kontynuować opowiadanie :/
KOMENTUJESZ=MOTYWUJESZ ❤
- Twoja siostra miała wypadek. Leży w szpitalu. Jej stan jest krytyczny ale stabilny. - powiedziała nauczycielka ze smutkiem w oczach po czym położyła swoją dłoń na moim ramieniu. I odeszła.
A ja stałam. I nie wierzyłam w to. Nie reagowałam na pytania Oli i Eda. Widziałam tylko jak poruszali ustami. Ale ja nie słyszałam ich. Słyszałam tylko ten krzyk w mojej głowie. Krzyk mojej siostry. Mój krzyk. To niemożliwe. Przecież jeszcze dzisiaj rozmawiałam z nią, żartowałyśmy, śmiałyśmy się... A teraz... Ona. Wypadek. Szpital. Stan krytyczny. Niemożliwe... Chwilę później zorientowałam się że znajduję się w pustej klasie. Siedziałam i nawet nie próbowałam powstrzymać potoku łez, jaki wydobywał się z moich oczu. Nie wiedziałam nawet kiedy cała szkoła opustoszała. Siedziałam sama w klasie. Nagle ktoś do mnie podszedł i usiadł koło mnie. Siedział ze mną w ciszy. Eryk. Dlaczego ten człowiek mnie prześladuje? Nic mu nie zrobiłam.
- Sorry ale nie mam czasu na pogaduszki - powiedziałam patrząc się pustym wzrokiem w ścianę.
- Chodź. Zawiozę cię do szpitala. - odpowiedział cicho.
- Nie potrzebuje twojej łaski! - krzyknęłam
- Chcę tylko pomóc...
- Nie! Ty nic nie rozumiesz! Zostaw mnie w spokoju! - krzyczałam na niego. Teraz rozpacz ustąpiła złości. Nienawidziłam tego świata. Ale on jakby nie słyszał moich słów i przytulił mnie. Chciałam się wyrwać, chciałam uciec. Ale po chwili to uczucie ustąpiło i znów się rozpłakałam. Nie chciałam żeby wypuszczał mnie ze swoich silnych, ciepłych ramion. Miał taki cudowny zapach. "Magda co ty wygadujesz? To nie jest twój przyjaciel. On pochodzi z innego świata." Powiedział jakiś duszek wewnątrz mnie. Ale ja go nie słuchałam. Tylko jeszcze bardziej się rozpłakałam. Teraz cała jego koszulka była mokra od moich łez.
- Przepraszam - szepnęłam. Zauważyłam, że ma piwne oczy.
- Nic się nie stało - odpowiedział mi również szeptem. - chodź, pojedziemy do twojej siostry.
Wstałam i skierowałam się do wyjścia. Eryk szedł za mną. Siedziałam w jego samochodzie z zamkniętymi oczami. Eryk chciał mnie zapytać czy dobrze się czuje ale zrezygnował bo odpowiedź była jasna. Czułam się fatalnie. Moja jedyna, ukochana siostra miała poważny wypadek i nie wiadomo czy z tego wyjdzie. Jak miałam czuć się dobrze? Gdy dojechaliśmy przed szpital chciałam zobaczyć Ami ale z drugiej strony... Nie chciałam widzieć jej w takim stanie. W recepcji Eryk pytał się o moją siostrę. Jak tylko chciałam się o nią spytać, w gardle stawała mi wielka gula, która uniemożliwiała mi mówienie. Eryk złapał mnie za rękę i zaprowadził mnie na salę w której leżała Ami. Niestety nie mogliśmy wejść do środka. Obserwowaliśmy ją przez szybę. Jej klatka piersiowa z trudnością podnosiła się i opadała. Unosiła się i opadała... Próbowałam oddychać w tym samym rytmie co ona. Po moich policzkach cały czas spływały łzy. Nagle ktoś dotknął mojej ręki. To był Tomek, chłopak Ami. Od razu przytuliłam się do niego. Próbował powstrzymać łzy. Na krześle siedziała babcia. Była taka smutna. Bez swojej energii i determinacji. Usiadłam koło niej uśmiechnęła się smutno.
- Wszystko będzie dobrze. - szepnęła.
- Na pewno. Amelka jest silna. Bardzo silna - odpowiedziałam.
Cały czas obserwowałam siostrę. Była przypięta do tysięcy kabelków. Na jej policzku widoczna była głęboka rana. Podobno miała połamanych kilka żeber, złamaną nogę, wstrząs mózgu... Ale żyła. Nie wiem jak długo stałam przy szybie. Całe moje ciało zdrętwiało a chora kostka dawała o sobie znać. Przedtem nie zwracałam na nią uwagi i teraz czuję skutki. Ale co to jest w porównaniu z zetknięciem Ami z autem? Nie przeżyje jeśli ją stracę. Jesteśmy niezwykle do siebie przywiązane.
- Magda... - usłyszałam ciche nawoływanie
- Magda...
Odwróciłam się i zobaczyłam Eryka. On cały czas tu był...
- Magda, zawiozę cię do domu. Jest druga w nocy.
- Nigdzie nie idę - odpowiedziałam zachrypniętym głosem. Co prawda byłam wykończona ale musiałam zostać przy Ami.
- Magda, idź. - powiedział Tomek. Spojrzałam się na niego niespokojnym wzrokiem. - ja przy niej zostanę.
Usiadł i wbił wzrok w podłogę. Był przybity, zmęczony. Wiedziałam jak bardzo kochał Ami i jak bardzo teraz cierpiał.
- Gdzie jest babcia? - zapytałam cicho.
- Pojechała do domu. - powiedział Tomek - ale rano ma wrócić. Jedź. Ona też potrzebuje wsparcia.
Nie chciałam jechać. Bałam się, że jak wrócę już jej tu nie będzie.
- Nie martw się - szepnął Eryk.
Spojrzałam na niego. On też był zmęczony. Szliśmy szarymi korytarzami szpitala. Pamiętam dzień kiedy to mama miała wypadek ale jej nie zdążyli uratować... Myślałam o dzisiejszych wydarzeniach. Rano było wszystko w porządku. To było zaledwie kilkanaście godzin wczesniej. Doszliśmy do pięknego samochodu Eryka. No właśnie... Eryk. Co on ze mną ma wspólnego? Co on robi w moim życiu? Kto to tak naprawdę jest? On to jedna, wielka niewiadoma. Od szpitala do mojego domu była dość długa droga. Zasnęłam. Ocknęłam się dopiero wtedy, kiedy Eryk delikatnie kładł mnie na łóżku i przykrywał kołdrą. Patrzył się na mnie chwilkę i już miał wychodzić ale zatrzymał go mój szept.
- Nie odchodź.
Otworzyłam lekko oczy. Był lekko zdziwiony moją prośbą ale spełnił ją. Położył się koło mnie a ja wtuliłam się w niego. Miał taki cudowny zapach. W jednej chwili zasnęłam. Usłyszałam jeszcze jego szept.
- Nie odejdę. Nigdy.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-**-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
i jak się podoba? :) tak w ogóle to wesołych świąt 😊! Bardzo proszę o komentarze bo nie wiem czy mam dalej kontynuować opowiadanie :/
KOMENTUJESZ=MOTYWUJESZ ❤
piątek, 3 kwietnia 2015
Rozdział 4 ❤
Rano obudziłam się w świetnym humorze. Ubrałam się w obowiązkowy mundurek szkolny. Składał się z fioletowej spódniczki i białej koszuli z godłem szkoły. Nie wyglądało to tak źle. Dzisiaj musiałam iść do szkoły sama, ponieważ Ami się rozchorowała.
- Cześć śpiochu - powiedziałam wchodząc do pokoju Amelki.
- Cześć - odpowiedziała, nie otwierając oczu.
- Jak się czujesz?
- Tak sobie.
- Zaszkodził ci wczorajszy spacer z Tomkiem. W nocy. -powiedziałam dając nacisk na wyraz "noc".
- Oj tam, oj tam. -odpowiedziała z łobuzerskim uśmieszkiem.
- I oczywiście babcia nic o tym nie wie?
- Po co miała się martwić.
- No jasne. Jak przyjdę ze szkoły masz być zdrowa. - powiedziałam i dalam jej całusa w policzek.
Ami uśmiechnęła się do mnie i zakryła się kołdrą po sam czubek głowy. Zeszłam na dół i przywitałam się z babcią. Usiadłam przy stole i przyglądałam jak krząta się po kuchni i przygotowuje mi śniadanie. Była niską kobietą, o wesołych oczach i siwych włosach, które zawsze czesała w koka. Szybko zjadłam i wyszłam z domu. Dzień był słoneczny i bezchmurny. Mimo początku jesieni było bardzo ciepło. Nagle koło mnie zatrzymał się samochód.
- Hej Magda! Może pojedziesz ze mną do szkoły? - powiedział Eryk. Był ubrany w ciemne dżinsy i w podobną koszule do mojej. Zawsze byłam raczej cierpliwa i trzymałam nerwy na wodzy ale on był tak irytującą osobą, że od razu traciłam nad sobą panowanie.
- Nie, dziękuję. Z resztą twoi koledzy będą się z ciebie śmiać jeśli pojadę z tobą. - odpowiedziałam i zaczęłam iść dalej.
- Niby dlaczego? - zapytał i znów podjechał autem.
- Dlatego, że... - nie wiedziałam jakie podać argumenty - że twoi koledzy i koleżanki mnie nie lubią. Bardzo dobrze o tym wiesz. I jak masz się ze mnie nabijać to lepiej jedź dalej bo z naszej wspólnej przejażdżki nic nie będzie - odpowiedziałam.
- Nie denerwuj się tak. Chcę tylko podwieźć cię do szkoły.
Westchnęłam. Nagle zorientowałam się, że przyjechał mój autobus. Szybko do niego podbiegłam i wsiadłam w ostatnim momencie. Widziałam, że Eryk patrzył się zdezorientowany jak uciekam. No trudno. Przynajmniej nie musiałam z nim jechać. Po 15 minutach jazdy dojechałam przed szkołę. Pierwszą miałam matematykę a ponieważ klasa znajduję się na trzecim piętrze, minęło trochę czasu zanim znalazłam klasę. Gdy weszłam do sali byłam już spóźniona. Na szczęście pan jeszcze nie przyszedł. Ola siedziała z Klarą, klasową pięknością, więc zajęłam miejsce przy jakimś chłopaku.
- Cześć, mogę się dosiąść? - zapytałam.
- Tak, jasne. Siadaj. - odpowiedział - jestem Edward.
- Magda - przedstawiłam się.
- I jak ci się podoba w nowej szkole?
- Nie jest źle - odpowiedziałam.
Pan od matematyki nie przyszedł na lekcje więc cały czas rozmawiałam z Edwardem. Okazał się świetnym przyjacielem.
- A czy ty wiesz, że Klara kocha się w Eryku? - powiedział i uśmiechnął się z sarkazmem.
- No możliwe. I co z tego? - spytałam.
- Mnie też to by nie obchodziło gdyby nie to, że ona jest zazdrosna... Nie zgadniesz o kogo? - Ed po co mi to mówisz? Nie obchodzą mnie jakieś szkolne zauroczenia. - odpowiedziałam
- Ona jest zazdrosna o ciebie! - z wrażenia wytrzeszczyłam oczy. Ale Ed kontynuował - kiedyś się pokłócili i jako członek 'elity' był zapraszany na różne rodzaje imprezy ale nie rozmawiał z Klarą. Podobno wczoraj gadała swoim laluniom, że chce się na tobie zemścić. Ona uważa, że ty zabierasz jej Eryka.
Zaczęłam się śmiać. Ty było całkiem bez sensu.
- Ale ja i Eryk prawie się nie znamy - powiedziałam przez śmiech.
- Radzę ci uważać. Jak ona coś wymyśli to już nie odpuszcza. - powiedział z powagą.
- Co za bzdury - odpowiedziałam.
Postanowiłam się nie przejmować Klarą. Reszta lekcji minęła bez większych sensacji. Na moje nieszczęściem przedostatnią lekcją był w-f. Razem z wszystkimi poszłam do szatni i przebrałam się w strój od w- f. Razem z resztą klasy wkroczyłam na wielką nowoczesną salę. Przywitała nas pan Nil od w- f. Jej mąż też był nauczycielem w- f i właśnie wyciskał pot z uczniów drugiej klasy.
- Witam. Dzisiaj będziemy grać w siatkówkę. - powiedziała i kazała ustawić się nam w szeregu. Wybierały dwie osoby a mianowicie Ola i Michał. Pierwsza wybierała Ola. Jej wybór padł na Klarę. Zdziwiło mnie to, ponieważ wczoraj odniosłam wrażenie, że jej nie lubi. Michał wybrał mnie ale jeszcze nie wiedział, że popełnił wielki błąd. Byłam beznadziejna w siatkówce i koszykówce. Zawsze uciekałam przed piłką i chowałam się za plecami innych. Oczywiście teraz robiłam tak samo. Klasa szybko się zorientowała jaki ze mnie sportowiec. Piłka leciała w moim kierunku a nikogo nie było w pobliżu kto mógłby ją odbić za mnie. Udało mi się jakoś ją odbić ale upadłam przy tym i poczułam straszny ból w kostce.
- Magda, nic ci nie jest? - zapytała nauczycielka - ten wypadek wyglądał na groźny.
Chciałam udawać twardzielkę ale nie wychodziło mi. Ból był naprawdę nie do wytrzymania.
- Musisz iść do pielęgniarki. - zwróciła się do mnie.
- Nie trzeba. Zaraz samo przejdzie - powiedziałam. Niestety nie było to kłamstwo doskonałe.
- Kto pomoże koleżance? - zapytała się klasy.
Nikt nie miał zamiaru mi pomóc. Myślałam że klasa w miarę mnie polubiła. Widocznie nikt nie chciał pomagać wrogom Krwawej Klary. Nawet Ola nie chciała mi pomóc. Może się na mnie obraziła?
- Dam sobie radę, proszę pani - powiedziałam. Patrzyła się na mnie z troską w oczach więc dodałam jeszcze - Naprawdę.
Było mi przykro ale przynajmniej zobaczyłam jacy oni są. Nagle odezwał się ktoś głośno.
- Ja pomogę. - no jasne. Eryk.
Zdziwiło mnie to. Najwyraźniej chciał zrobić na złość Klarze.
- Nie trzeba. Doskonale dam sobie radę - syknęłam.
Zrobiłam kilka kroków w stronę drzwi i już byłam pewna, że nie dam sobie rady. Ból był okropny. Eryk podszedł do mnie i pomógł mi. Nie mogłam odmówić bo dzięki temu mogłam przynajmniej trochę chodzić. Gdy wyszliśmy z sali odsunęłam się od Eryka.
- Dziękuję za pomoc ale możesz już wrócić na salę. Dam sobie radę.
- Jasne. Już widzę jak dajesz sobie radę - odpowiedział z uśmieszkiem.
Zmierzałam już w stronę schodów kiedy nagle Eryk wziął mnie na ręce.
- Postaw mnie na ziemi. Teraz - powiedziałam wolno, żeby nie stracić nad sobą panowania.
- Postawie ale dopiero w gabinecie.
Jak powiedział tak zrobił. Pielęgniarka kazała zrobić mi prześwietlenie kostki.
- Zaraz zadzwonię do rodziców by cię zabrali. Tylko podaj mi numer telefonu.
- Obecnie mieszkam z babcią ale niech pani do niej nie dzwoni. Nie chcę jej martwić.
- No dobrze ale musisz teraz jechać do domu.
- Ja ją odwiozę - powiedział Eryk, uśmiechając się do pielęgniarki.
- Nie, nie. Wezmę taksówkę. - odrzekłam twardo.
Eryk nic się nie odpowiedział ale wiedziałam, że nie da się tak łatwo spławić. Wyszliśmy z gabinetu. Zaciskając zęby skierowałam się do wyjścia. Nagle przypomniało mi się że nie wzięłam swoich rzeczy z szatni.
- Eryczku... Byłbyś tak dobry i przyniósłbyś mi moje rzeczy? - zapytałam sztucznym głosem.
- Jasne.
Po chwili wrócił z moim plecakiem i kurtką. Dojście do szatni zajęłoby mi całą wieczność. Już miałam odchodzić ale chłopak koniecznie chciał mnie zawieźć do domu. Nie chciałam ani jego pomocy ani jego łaski.
- Już i tak dużo mi pomogłeś. Powinieneś wracać na lekcje. Klara jeszcze sobie coś pomyśli i będzie chciała nas ośmieszyć. Nie potrzebnie narobi ci złej reputacji - ?powiedziałam.
Zaczął się śmiać.
- Odwiozę cię i koniec. - powiedział stanowczo.
Nie miałam już siły na kłótnie więc zgodziłam się. Chłopak znów wziął mnie na ręce. Nie stawiałam oporu bo byłam wykończona a dojście do jego auta byłoby długie i męczące. Jechaliśmy w ciszy. Eryk prowadził wolno i ostrożnie.
-Dziękuję - powiedziałam gdy dojechaliśmy już przed mój dom. ?
- Nie ma za co. - powiedział, szeroko się uśmiechając.
No proszę. Może ten bogaty zarozumialec nie jest taki zły? Może zbyt pochopnie go oceniłam? Nie mogę go rozgryźć. On ciągle myśli w jakimś nieznanym języku. Pewnie jest z tych co myślą, że mogą mieć każdą. Nagle z kuchni wybiegła babcia.
- Boże! Dziecko co ci się stało w nogę?!
- Nic. Prawdopodobnie skręciłam kostkę...
- Z tym jak najszybciej trzeba jechać do szpitala! - krzyknęła i nie czekając na moją odpowiedź już zakładała kurtkę i brała dokumenty. Jak na swój wiek była bardzo energiczna. Nie miałam nawet prawa zaprotestować i nim się zorientowałam, już dojechałyśmy przed szpital.
- Jesteś szalona babciu - powiedziałam ale ona mnie nie słuchała i już szła do recepcji. Chwilę później, moja noga była już usztywniona. Tak jak podejrzewałam, miałam skręconą kostkę. Gdy wróciłam do domu Ami miała milion pytań ale pierwsze jakie zadała to "co to za przystojniak przywiózł cię do domu?". Moja siostra zawsze była taka bezpośrednia. Nie chciałam odpowiadać na jej pytania więc gdy tylko weszłam do pokoju, położyłam się na łóżku i zasnęłam. Następny dzień w szkole mijał mi zwyczajnie. Na przerwie podeszła do mnie nauczycielka.
- Mam dla ciebie smutną wiadomość...
Późniejsze słowa sprawiły, że przestałam oddychać.
- Cześć śpiochu - powiedziałam wchodząc do pokoju Amelki.
- Cześć - odpowiedziała, nie otwierając oczu.
- Jak się czujesz?
- Tak sobie.
- Zaszkodził ci wczorajszy spacer z Tomkiem. W nocy. -powiedziałam dając nacisk na wyraz "noc".
- Oj tam, oj tam. -odpowiedziała z łobuzerskim uśmieszkiem.
- I oczywiście babcia nic o tym nie wie?
- Po co miała się martwić.
- No jasne. Jak przyjdę ze szkoły masz być zdrowa. - powiedziałam i dalam jej całusa w policzek.
Ami uśmiechnęła się do mnie i zakryła się kołdrą po sam czubek głowy. Zeszłam na dół i przywitałam się z babcią. Usiadłam przy stole i przyglądałam jak krząta się po kuchni i przygotowuje mi śniadanie. Była niską kobietą, o wesołych oczach i siwych włosach, które zawsze czesała w koka. Szybko zjadłam i wyszłam z domu. Dzień był słoneczny i bezchmurny. Mimo początku jesieni było bardzo ciepło. Nagle koło mnie zatrzymał się samochód.
- Hej Magda! Może pojedziesz ze mną do szkoły? - powiedział Eryk. Był ubrany w ciemne dżinsy i w podobną koszule do mojej. Zawsze byłam raczej cierpliwa i trzymałam nerwy na wodzy ale on był tak irytującą osobą, że od razu traciłam nad sobą panowanie.
- Nie, dziękuję. Z resztą twoi koledzy będą się z ciebie śmiać jeśli pojadę z tobą. - odpowiedziałam i zaczęłam iść dalej.
- Niby dlaczego? - zapytał i znów podjechał autem.
- Dlatego, że... - nie wiedziałam jakie podać argumenty - że twoi koledzy i koleżanki mnie nie lubią. Bardzo dobrze o tym wiesz. I jak masz się ze mnie nabijać to lepiej jedź dalej bo z naszej wspólnej przejażdżki nic nie będzie - odpowiedziałam.
- Nie denerwuj się tak. Chcę tylko podwieźć cię do szkoły.
Westchnęłam. Nagle zorientowałam się, że przyjechał mój autobus. Szybko do niego podbiegłam i wsiadłam w ostatnim momencie. Widziałam, że Eryk patrzył się zdezorientowany jak uciekam. No trudno. Przynajmniej nie musiałam z nim jechać. Po 15 minutach jazdy dojechałam przed szkołę. Pierwszą miałam matematykę a ponieważ klasa znajduję się na trzecim piętrze, minęło trochę czasu zanim znalazłam klasę. Gdy weszłam do sali byłam już spóźniona. Na szczęście pan jeszcze nie przyszedł. Ola siedziała z Klarą, klasową pięknością, więc zajęłam miejsce przy jakimś chłopaku.
- Cześć, mogę się dosiąść? - zapytałam.
- Tak, jasne. Siadaj. - odpowiedział - jestem Edward.
- Magda - przedstawiłam się.
- I jak ci się podoba w nowej szkole?
- Nie jest źle - odpowiedziałam.
Pan od matematyki nie przyszedł na lekcje więc cały czas rozmawiałam z Edwardem. Okazał się świetnym przyjacielem.
- A czy ty wiesz, że Klara kocha się w Eryku? - powiedział i uśmiechnął się z sarkazmem.
- No możliwe. I co z tego? - spytałam.
- Mnie też to by nie obchodziło gdyby nie to, że ona jest zazdrosna... Nie zgadniesz o kogo? - Ed po co mi to mówisz? Nie obchodzą mnie jakieś szkolne zauroczenia. - odpowiedziałam
- Ona jest zazdrosna o ciebie! - z wrażenia wytrzeszczyłam oczy. Ale Ed kontynuował - kiedyś się pokłócili i jako członek 'elity' był zapraszany na różne rodzaje imprezy ale nie rozmawiał z Klarą. Podobno wczoraj gadała swoim laluniom, że chce się na tobie zemścić. Ona uważa, że ty zabierasz jej Eryka.
Zaczęłam się śmiać. Ty było całkiem bez sensu.
- Ale ja i Eryk prawie się nie znamy - powiedziałam przez śmiech.
- Radzę ci uważać. Jak ona coś wymyśli to już nie odpuszcza. - powiedział z powagą.
- Co za bzdury - odpowiedziałam.
Postanowiłam się nie przejmować Klarą. Reszta lekcji minęła bez większych sensacji. Na moje nieszczęściem przedostatnią lekcją był w-f. Razem z wszystkimi poszłam do szatni i przebrałam się w strój od w- f. Razem z resztą klasy wkroczyłam na wielką nowoczesną salę. Przywitała nas pan Nil od w- f. Jej mąż też był nauczycielem w- f i właśnie wyciskał pot z uczniów drugiej klasy.
- Witam. Dzisiaj będziemy grać w siatkówkę. - powiedziała i kazała ustawić się nam w szeregu. Wybierały dwie osoby a mianowicie Ola i Michał. Pierwsza wybierała Ola. Jej wybór padł na Klarę. Zdziwiło mnie to, ponieważ wczoraj odniosłam wrażenie, że jej nie lubi. Michał wybrał mnie ale jeszcze nie wiedział, że popełnił wielki błąd. Byłam beznadziejna w siatkówce i koszykówce. Zawsze uciekałam przed piłką i chowałam się za plecami innych. Oczywiście teraz robiłam tak samo. Klasa szybko się zorientowała jaki ze mnie sportowiec. Piłka leciała w moim kierunku a nikogo nie było w pobliżu kto mógłby ją odbić za mnie. Udało mi się jakoś ją odbić ale upadłam przy tym i poczułam straszny ból w kostce.
- Magda, nic ci nie jest? - zapytała nauczycielka - ten wypadek wyglądał na groźny.
Chciałam udawać twardzielkę ale nie wychodziło mi. Ból był naprawdę nie do wytrzymania.
- Musisz iść do pielęgniarki. - zwróciła się do mnie.
- Nie trzeba. Zaraz samo przejdzie - powiedziałam. Niestety nie było to kłamstwo doskonałe.
- Kto pomoże koleżance? - zapytała się klasy.
Nikt nie miał zamiaru mi pomóc. Myślałam że klasa w miarę mnie polubiła. Widocznie nikt nie chciał pomagać wrogom Krwawej Klary. Nawet Ola nie chciała mi pomóc. Może się na mnie obraziła?
- Dam sobie radę, proszę pani - powiedziałam. Patrzyła się na mnie z troską w oczach więc dodałam jeszcze - Naprawdę.
Było mi przykro ale przynajmniej zobaczyłam jacy oni są. Nagle odezwał się ktoś głośno.
- Ja pomogę. - no jasne. Eryk.
Zdziwiło mnie to. Najwyraźniej chciał zrobić na złość Klarze.
- Nie trzeba. Doskonale dam sobie radę - syknęłam.
Zrobiłam kilka kroków w stronę drzwi i już byłam pewna, że nie dam sobie rady. Ból był okropny. Eryk podszedł do mnie i pomógł mi. Nie mogłam odmówić bo dzięki temu mogłam przynajmniej trochę chodzić. Gdy wyszliśmy z sali odsunęłam się od Eryka.
- Dziękuję za pomoc ale możesz już wrócić na salę. Dam sobie radę.
- Jasne. Już widzę jak dajesz sobie radę - odpowiedział z uśmieszkiem.
Zmierzałam już w stronę schodów kiedy nagle Eryk wziął mnie na ręce.
- Postaw mnie na ziemi. Teraz - powiedziałam wolno, żeby nie stracić nad sobą panowania.
- Postawie ale dopiero w gabinecie.
Jak powiedział tak zrobił. Pielęgniarka kazała zrobić mi prześwietlenie kostki.
- Zaraz zadzwonię do rodziców by cię zabrali. Tylko podaj mi numer telefonu.
- Obecnie mieszkam z babcią ale niech pani do niej nie dzwoni. Nie chcę jej martwić.
- No dobrze ale musisz teraz jechać do domu.
- Ja ją odwiozę - powiedział Eryk, uśmiechając się do pielęgniarki.
- Nie, nie. Wezmę taksówkę. - odrzekłam twardo.
Eryk nic się nie odpowiedział ale wiedziałam, że nie da się tak łatwo spławić. Wyszliśmy z gabinetu. Zaciskając zęby skierowałam się do wyjścia. Nagle przypomniało mi się że nie wzięłam swoich rzeczy z szatni.
- Eryczku... Byłbyś tak dobry i przyniósłbyś mi moje rzeczy? - zapytałam sztucznym głosem.
- Jasne.
Po chwili wrócił z moim plecakiem i kurtką. Dojście do szatni zajęłoby mi całą wieczność. Już miałam odchodzić ale chłopak koniecznie chciał mnie zawieźć do domu. Nie chciałam ani jego pomocy ani jego łaski.
- Już i tak dużo mi pomogłeś. Powinieneś wracać na lekcje. Klara jeszcze sobie coś pomyśli i będzie chciała nas ośmieszyć. Nie potrzebnie narobi ci złej reputacji - ?powiedziałam.
Zaczął się śmiać.
- Odwiozę cię i koniec. - powiedział stanowczo.
Nie miałam już siły na kłótnie więc zgodziłam się. Chłopak znów wziął mnie na ręce. Nie stawiałam oporu bo byłam wykończona a dojście do jego auta byłoby długie i męczące. Jechaliśmy w ciszy. Eryk prowadził wolno i ostrożnie.
-Dziękuję - powiedziałam gdy dojechaliśmy już przed mój dom. ?
- Nie ma za co. - powiedział, szeroko się uśmiechając.
No proszę. Może ten bogaty zarozumialec nie jest taki zły? Może zbyt pochopnie go oceniłam? Nie mogę go rozgryźć. On ciągle myśli w jakimś nieznanym języku. Pewnie jest z tych co myślą, że mogą mieć każdą. Nagle z kuchni wybiegła babcia.
- Boże! Dziecko co ci się stało w nogę?!
- Nic. Prawdopodobnie skręciłam kostkę...
- Z tym jak najszybciej trzeba jechać do szpitala! - krzyknęła i nie czekając na moją odpowiedź już zakładała kurtkę i brała dokumenty. Jak na swój wiek była bardzo energiczna. Nie miałam nawet prawa zaprotestować i nim się zorientowałam, już dojechałyśmy przed szpital.
- Jesteś szalona babciu - powiedziałam ale ona mnie nie słuchała i już szła do recepcji. Chwilę później, moja noga była już usztywniona. Tak jak podejrzewałam, miałam skręconą kostkę. Gdy wróciłam do domu Ami miała milion pytań ale pierwsze jakie zadała to "co to za przystojniak przywiózł cię do domu?". Moja siostra zawsze była taka bezpośrednia. Nie chciałam odpowiadać na jej pytania więc gdy tylko weszłam do pokoju, położyłam się na łóżku i zasnęłam. Następny dzień w szkole mijał mi zwyczajnie. Na przerwie podeszła do mnie nauczycielka.
- Mam dla ciebie smutną wiadomość...
Późniejsze słowa sprawiły, że przestałam oddychać.
środa, 1 kwietnia 2015
Rozdział 3 :)
Nagle ktoś mnie objął. Przerażona spojrzałam na Eryka.
- Łapy precz - powiedziałam zdenerwowana.
- Spokojnie. Myślałem, że chcesz skoczyć. - powiedział i uśmiechnął się.
- Tak. Gdy tylko cię zobaczę, chce skakać przez okno.
Widziałam, że bawi go cała ta sytuacja ale po moich ostatnich slowach był trochę zaskoczony. Nie chciałam dłużej prowadzić tej bezsensownej rozmowy więc zeszłam z parapetu i skierowałam się w stronę Oli. Rozmawiała z jakimś chlopakiem.
- Damian, poznaj moją nową koleżankę Magdę. Magda to mój chłopak Damian. - powiedziała Ola.
Damian... Nigdy nie podobało mi się to imię. Chlopak Oli był ubrany na czarno i nosił ciężkie, wysokie buty. Miał takie chłodne spojrzenie.
- Cześć - przywitałam się.
- Hej.
Ola niewątpliwie była w nim zakochana. Patrzyła na niego z takim uwielbieniem. Zastanawiałam się jak taka drobna, przyjacielska dziewczyna może być z kimś takim jak on. Nie znałam go i nie miałam prawa go oceniać. Ale jakoś nie pasowali do siebie. Nie chciałam nic mówić ale ewidentnie Damian nie kochał Oli. Nawet człowiek bez daru czytania w myślach to widział. Gdy tylko koło nas przechodziła jakaś "super laska" jego myśli skupiały się na niej.
Po lekcjach spotkałam się przed szkołą z Ami.
- I jak tam w twojej nowej klasie? - spytała uśmiechnięta.
- W miarę dobrze. Poznałam kilku fajnych ludzi. - i kilku nie fajnych, pomyslałam - a jak u ciebie?
- Świetnie. Poznałam takiego fajnego... - zaczęła opowiadać.
Ami zawsze była bardzo przebojowa i otwarta. Z nas dwóch to zawsze ja byłam ta nieśmiała. Ale ja pierwsza poznaję się na ludziach. Zazwyczaj pod skórą są bezwzględnymi potworami gotowymi pożreć gdy tylko stanie się im na drodze. Oczywiście nie wszyscy tacy są. Gdy jechałyśmy autobusem Ami cały czas gadała a ja byłam zatopiona w myślach. Nagle zauważyłam jadący z zabójczą prędkością czerwony samochód. Nienawidziłam ludzi którzy jeździli szybko autami tylko zeby się popisać. Moją mame potrącił pijany, bogaty nastolatek, który wypił o jedno piwo za dużo. Wspominając te straszne wydarzenia łza spłynęła po moim policzku. Ami zauważyła to. Od razu się domyśliła co jest powodem mojego smutku. Przytulone do siebie dojechałyśmy do domu. Wieczorem do Ami przyszła jej sympatia. Był to Tomek, lider szkolnej drużyny koszykarskiej. Jak przystało na sportowca, był dobrze zbudowany i wysoki. On i moja siostra znali się od zawsze. Był naszym sąsiadem więc czesto sie spotykali. Tomek jest dla mnie jak brat. Między nami nigdy nic nie było. Dla mnie to było jasne że on i Ami są dla siebie stworzeni. Ja nigdy nie miałam chłopaka i nie jestem smutna z tego powodu. Zawsze kochałam muzykę. Umiem grać na skrzypcach i na gitarze. Dla mnie to nie tylko hobby ale równiż rodzaj terapii. Gdy mam doła lub w mojej głowie krążą niespokojne, nieznajome mysli gram i to mnie uspokaja. Po kolacji która, upłynęła w wesołej atmosferze wzięłam prysznic i położyłam się do łóżka. Próbowałam zasnąć ale dręczyła mnie myśl, dlaczego Eryk pomyślał że chce skoczyć przez okno z trzeciego piętra. Odpowiedź była prosta. Uznał mnie za wariatkę a później chciał mnie zdenerwować. Mimo to nie mogłam przestać mysleć o dzisiejszym dniu.
*. *. *. *. *. *. *. *. *. *. *. *
I jest już trzeci rozdział ;). Jest troche nudny ale nie mam weny :/ bardzo proszę o komentarze :*
- Łapy precz - powiedziałam zdenerwowana.
- Spokojnie. Myślałem, że chcesz skoczyć. - powiedział i uśmiechnął się.
- Tak. Gdy tylko cię zobaczę, chce skakać przez okno.
Widziałam, że bawi go cała ta sytuacja ale po moich ostatnich slowach był trochę zaskoczony. Nie chciałam dłużej prowadzić tej bezsensownej rozmowy więc zeszłam z parapetu i skierowałam się w stronę Oli. Rozmawiała z jakimś chlopakiem.
- Damian, poznaj moją nową koleżankę Magdę. Magda to mój chłopak Damian. - powiedziała Ola.
Damian... Nigdy nie podobało mi się to imię. Chlopak Oli był ubrany na czarno i nosił ciężkie, wysokie buty. Miał takie chłodne spojrzenie.
- Cześć - przywitałam się.
- Hej.
Ola niewątpliwie była w nim zakochana. Patrzyła na niego z takim uwielbieniem. Zastanawiałam się jak taka drobna, przyjacielska dziewczyna może być z kimś takim jak on. Nie znałam go i nie miałam prawa go oceniać. Ale jakoś nie pasowali do siebie. Nie chciałam nic mówić ale ewidentnie Damian nie kochał Oli. Nawet człowiek bez daru czytania w myślach to widział. Gdy tylko koło nas przechodziła jakaś "super laska" jego myśli skupiały się na niej.
Po lekcjach spotkałam się przed szkołą z Ami.
- I jak tam w twojej nowej klasie? - spytała uśmiechnięta.
- W miarę dobrze. Poznałam kilku fajnych ludzi. - i kilku nie fajnych, pomyslałam - a jak u ciebie?
- Świetnie. Poznałam takiego fajnego... - zaczęła opowiadać.
Ami zawsze była bardzo przebojowa i otwarta. Z nas dwóch to zawsze ja byłam ta nieśmiała. Ale ja pierwsza poznaję się na ludziach. Zazwyczaj pod skórą są bezwzględnymi potworami gotowymi pożreć gdy tylko stanie się im na drodze. Oczywiście nie wszyscy tacy są. Gdy jechałyśmy autobusem Ami cały czas gadała a ja byłam zatopiona w myślach. Nagle zauważyłam jadący z zabójczą prędkością czerwony samochód. Nienawidziłam ludzi którzy jeździli szybko autami tylko zeby się popisać. Moją mame potrącił pijany, bogaty nastolatek, który wypił o jedno piwo za dużo. Wspominając te straszne wydarzenia łza spłynęła po moim policzku. Ami zauważyła to. Od razu się domyśliła co jest powodem mojego smutku. Przytulone do siebie dojechałyśmy do domu. Wieczorem do Ami przyszła jej sympatia. Był to Tomek, lider szkolnej drużyny koszykarskiej. Jak przystało na sportowca, był dobrze zbudowany i wysoki. On i moja siostra znali się od zawsze. Był naszym sąsiadem więc czesto sie spotykali. Tomek jest dla mnie jak brat. Między nami nigdy nic nie było. Dla mnie to było jasne że on i Ami są dla siebie stworzeni. Ja nigdy nie miałam chłopaka i nie jestem smutna z tego powodu. Zawsze kochałam muzykę. Umiem grać na skrzypcach i na gitarze. Dla mnie to nie tylko hobby ale równiż rodzaj terapii. Gdy mam doła lub w mojej głowie krążą niespokojne, nieznajome mysli gram i to mnie uspokaja. Po kolacji która, upłynęła w wesołej atmosferze wzięłam prysznic i położyłam się do łóżka. Próbowałam zasnąć ale dręczyła mnie myśl, dlaczego Eryk pomyślał że chce skoczyć przez okno z trzeciego piętra. Odpowiedź była prosta. Uznał mnie za wariatkę a później chciał mnie zdenerwować. Mimo to nie mogłam przestać mysleć o dzisiejszym dniu.
*. *. *. *. *. *. *. *. *. *. *. *
I jest już trzeci rozdział ;). Jest troche nudny ale nie mam weny :/ bardzo proszę o komentarze :*
Subskrybuj:
Posty (Atom)