Teraz myślę nad szalonymi zdarzeniami z przed wielu lat i zastanawiam się czy to wszystko musiało się wydarzyć, czy można było czegoś uniknąć. Choć było to dawno i nie cofnę czasu nadal rozmyślam nad tym i ciągle dochodzę do jednego wniosku, bo przecież właśnie te rzeki łez, morza bólu i strachu, oceany emocji i uczuć oraz nasze przywiązanie, które niczym liny łączyło nas i nie pozwalało odejść sprawiły, że znajduję się w miejscu do którego bezgranicznie należę i w którym powinnam być. W miejscu w którym jestem szczęśliwa. Patrzę na Eryka, który przygląda mi się i choć czyta we mnie jak z książki z lekkim uśmiechem próbuje rozgryźć o czym myślę. Cieszę, że nie słyszy moich myśli tak jak ja słyszę jego. Delektujemy się ciszą, jaką przynosi morska woda. Nagle drewniane drzwi skrzypią i słychać lekkie kroki dziecka zmierzającego w naszą stronę.
- Co robisz mamusiu? - pyta mnie dziewczynka, która posiada te magiczne orzechowe oczy zdolne przekonać mnie do wszystkiego.
Wyciągam do niej ręce a ona podchodzi do mnie z uśmiechem i wtula się we mnie. Gładzę jej jasne loczki a Eryk patrzy na nas, a jego twarz wyraża to uwielbienie którym zawsze obdarza naszą córkę. Wiem, że jest szczęśliwy. Wiem, że pozostaniemy razem już na zawsze. Zastanawiając się nad przyszłym losem mojego małego szczęścia i dziecka które niedługo przyjdzie na świat napotykam wesołe spojrzenie córeczki. Pragnę dla niej stworzyć dla niej jak najlepsze życie i najpiękniejszy świat ale boję się, że kiedyś ją stracę, że kiedyś zostawi mnie i pójdzie sama odkrywać tajemnice losu.
- Nie bój się mamusiu, nigdy cię nie zostawię. - mówi i wtula się we mnie jeszcze mocniej.
Patrzę zdziwiona na Eryka i oboje uśmiechamy się, bo mimo, że nie zdążyłam zadać pytania dostałam już odpowiedź.
*-*-*-**-*-**-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
No i to koniec tego opowiadania. :) mam nadzieję, że podoba wam się. Dziękuję za wszystkie wyświetlenia i komentarze. Mam zamiar stworzyć nowe opowiadanie jeśli ktoś będzie chciał je czytać ;).
Do zobaczenia i niech los zawsze wam sprzyja!
wtorek, 21 lipca 2015
czwartek, 9 lipca 2015
Rozdział 22 ~ więcej pogrzebów
Siedziałam na łóżku już całkiem znużona czekaniem na Alice. Ciągle "brak nowości, brak informacji". Tyle na mój temat. Ale ciągle czułam to dziwne, niepewne uczucie gdzieś tam, w środku, które zżerało mnie od środka i nie pozwalało pogodzić się z utratą. Tak wielką i bolesną utratą. Siedząc na łóżku i obgryzając paznokcie usłyszałam trzaskanie drzwiami, co zasygnalizowało powrót Alice.
- Hej!
- Hej. - odpowiedziała mi dziwnym smutnym głosem.
- Coś się stało?
Przełknęła nerwowo ślinę i popatrzyłam na mnie.
- Nie... To znaczy...
- Co? Powiedz o co chodzi.
Spuściła na chwilę wzrok.
- Już przedtem o tym słyszałam ale nie mogłam w to uwierzyć.
- O czym ty mówisz?
- Dowiedziałam się dzisiaj, że znaleziono w rzece zwłoki młodej dziewczyny. Zrobiono badania i... stwierdzili, że tą dziewczyną jest Magda Wilczyńska.
- Że co?! - zapytałam niedowierzając.
W jaki sposób niby znaleźli mnie w rzece, kiedy w rzeczywistości siedzę tu, w tym pokoju i najzwyczajniej w świecie rozmawiam?
- Jak mogli popełnić taki błąd?! - zapytałam a w zasadzie wykrzyczałam, wstając z łóżka.
- Nie wiem...
- Czego jeszcze się dowiedziałaś?
Próbowałam mówić najspokojniejszym głosem na jaki mogłam się zdobyć.
- Widziałam informacje... O twoim pogrzebie. Ma się odbyć o 14.00.
Irytacja dopadła mój umysł ze zdwojoną siłą. Mój pogrzeb... Kiedy ja jestem żywa.
- No nieźle. - skomentowała moja przyjaciółka wbijając wzrok w jakiś obiekt za moimi plecami.
- I co ja mam teraz zrobić? - zapytałam chyba nie tyle Alice, co samą siebie.
Całkiem skołowana tymi informacjami wstałam i skierowałam się w stronę wyjścia. Trzeba było to naprawić, odkręcić.
- Gdzie idziesz?
Nie odpowiedziałam.
- Zobaczą cię.
Po chwili przerwałam uciążliwą ciszę.
- Co z tego? Przecież i tak jestem martwa.
Gdy znalazłam się przed starą kamienicą wzięłam głęboki oddech i zaczęłam układać wszystko w całość. W rzece znaleziono ciało dziewczyny, rzekomo moje ciało. Leżę w trumnie zaraz, będzie pogrzeb. Na pewno przyjechała moja rodzina. Dziwne, że nie zostanę pochowana w Polsce, przecież to nasz kraj... Chyba wariujesz, Magda, przecież to nie ty... No tak, racja, ale wszyscy są przekonani, że to ja. Boże, nie mogę tego zrobić, nie mogę się uśmiercić, nie mogę dobrowolnie wymazać się z serc mojej rodziny, Eryka... Eryk.
Co z nim?
Nie, muszę wszystko naprawić.
I biegłam ulicami, jak szalona, nie mogąc złapać oddechu, czując kłujący bólu w sercu i głowie ale biegłam na cmentarz, gdzie na dobre miałam umrzeć w ich umysłach. Może przedtem o to mi chodziło, może przedtem sama tego chciałam ale nie w taki sposób. To zbyt długo się ciągnie. Ta droga na cmentarz, Paryż, strach. Zbyt długo przerażenie trzymało mnie w swoich sidłach, ale chciałam to zakończyć, wkroczyć w nowy świat, a te drzwi zamknąć na klucz i wrzucić do oceanu, aby nikt nigdy ich nie szukał i nie odnalazł. Biegłam przez cmentarz, szukając. I w końcu znalazłam jedynego człowieka, w czarnym garniturze i rozczochranych ciemnych włosach, stojącego przed grobem na którym widniało MOJE imię i MOJE nazwisko, choć pod ziemią nie było mojego ciała. Stanęłam obok Edwarda i potrząsnęłam nim, dziwnie, szybko i nerwowo.
Krzyczałam na niego, aż w końcu odwrócił głowę i popatrzył na mnie, ale tak jak by patrzył przez szybę, gdzieś w dal.
- To ty...
I odpowiadałam na jego głupie pytania, bo przecież było oczywiste, że żyłam, że nic mi się nie stało, że on nie miał omamów ani żadnych wizji. I tak staliśmy płacząc, krzycząc i śmiejąc się jednocześnie. Wytłumaczyłam mu, żeby poszedł wszystkich powiadomić o tej fatalnej pomyłce. Szliśmy powoli, Edward trzymał moją rękę tak jakby nigdy nie zamierzał jej puścić.
- Chodźmy najpierw do Eryka. - powiedziałam, bo nie chciałam tego zostawiać na koniec.
Musiał wiedzieć jako pierwszy.
- Ale... Ja nie wiem gdzie on jest. Nie było go na pogrzebie.
- Co? Jak to? - zapytałam nie wiedząc o co chodzi.
- Nie można się z nim skontaktować odkąd dowiedział się, że... No wiesz.
Nie rozumiałam. Może... Nie, na pewno nie, nie byłby taki głupi... A moze jednak był.
- Ja... musze go odnaleźć! - krzyknęłam, wyrywając się Edwardowi. Złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy do domu Eryka. Wszystko poruszało się jak w zwolnionym tempie. Gdy dojechaliśmy na miejsce, wyskoczyłam z samochodu i pognałam do drzwi otwierając je, z nadzieją, że gdzieś za nimi jest On.
Ale nie było go.
Jakoś nagle straciłam słuch, ponieważ widziałam ludzi, którzy poruszali ustami, ale nie wydobywały się z nich żadne dźwięki. Za chwilę ujrzałam bladego Edwarda, wychodzącego z pokoju, z kartką papieru w ręce. Na kartce widniały słowa napisane pięknym stylem, choć najwyraźniej w pośpiechu.
"Do widzenia. Przepraszam. Musiałem".
Wydałam z siebie dziwną mieszankę krzyku, pisku i jęku.
Nie. Nie mógł tego zrobić.
Co ja bym zrobiła na jego miejscu? Gdzie bym poszła?
I nagle żarówka nad moją głową, która chyba już dawno się popsuła, zaświeciła. Znów wybiegłam z domu.
Moje nogi pędziły prosto na most nad Sekwaną.
Gdy znalazłam się na miejscu, nie widziałam Eryka, tylko kilku nieznajomych, szczęśliwych ludzi. Złapałam się za głowę, która chciała eksplodować. Bo było już za późno. Spóźniłam się. Zbliżyłam się do barierki, chwytając się jej kurczowo, bo mało co widziałam przez potok łez. Moje ciało nic nie czuło tylko zwijało się pod wpływem nagłego bólu. I trzymając się barierki zauważyłam, że tam na brzegu siedzi jakiś człowiek. Nadzieja znowu dodała mi sił i zeszłam na brzeg. Mężczyzna klęczał, twarz schował w dłoniach. Uklęknęłam przed nim i delikatnie chwyciłam dłonie. Tak, ta twarz, te myśli pełne bólu i cierpienia przekonały mnie, że to człowiek którego szukałam. Którego w końcu znalazłam i nie zamierzałam stracić.
- Eryk... To ja Magda... Słyszysz mnie? Powiedz czy mnie słyszysz?! - krzyczałam.
I krzyczałam.
A on w końcu podniósł wzrok. Wzrok nieobecny i tak bardzo smutny.
- Nie. Nie wierzę. Magda nie żyje. On ją zabił. - szeptał ale z coraz mniejszym przekonaniem.
- Eryk, przecież to ja.
Serce biło jak oszalałe i nie chciało się uspokoić.
Później jednak popatrzył na mnie, bardziej przytomnie i wiedziałam, że zrozumiał.
Patrzył mi w oczy i dotykał twarzy, jak by nadal nie wiedział czy jestem prawdziwa, czy jestem halucynacją i za chwilę zniknę razem z podmuchem wiatru. Później płakaliśmy ze szczęścia, nadal nie rozumiejąc jak właściwie to wszystko się stało. Wiedziałam wtedy tylko jak bardzo go kocham i że będzie dobrze. Bo po takiej dawce przeżyć MUSIAŁO być dobrze.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
No i proszę, mamy kolejną część opowiadania. :) zapraszam do komentowania. Mam nadzieję, że komuś się spodoba.
- Hej!
- Hej. - odpowiedziała mi dziwnym smutnym głosem.
- Coś się stało?
Przełknęła nerwowo ślinę i popatrzyłam na mnie.
- Nie... To znaczy...
- Co? Powiedz o co chodzi.
Spuściła na chwilę wzrok.
- Już przedtem o tym słyszałam ale nie mogłam w to uwierzyć.
- O czym ty mówisz?
- Dowiedziałam się dzisiaj, że znaleziono w rzece zwłoki młodej dziewczyny. Zrobiono badania i... stwierdzili, że tą dziewczyną jest Magda Wilczyńska.
- Że co?! - zapytałam niedowierzając.
W jaki sposób niby znaleźli mnie w rzece, kiedy w rzeczywistości siedzę tu, w tym pokoju i najzwyczajniej w świecie rozmawiam?
- Jak mogli popełnić taki błąd?! - zapytałam a w zasadzie wykrzyczałam, wstając z łóżka.
- Nie wiem...
- Czego jeszcze się dowiedziałaś?
Próbowałam mówić najspokojniejszym głosem na jaki mogłam się zdobyć.
- Widziałam informacje... O twoim pogrzebie. Ma się odbyć o 14.00.
Irytacja dopadła mój umysł ze zdwojoną siłą. Mój pogrzeb... Kiedy ja jestem żywa.
- No nieźle. - skomentowała moja przyjaciółka wbijając wzrok w jakiś obiekt za moimi plecami.
- I co ja mam teraz zrobić? - zapytałam chyba nie tyle Alice, co samą siebie.
Całkiem skołowana tymi informacjami wstałam i skierowałam się w stronę wyjścia. Trzeba było to naprawić, odkręcić.
- Gdzie idziesz?
Nie odpowiedziałam.
- Zobaczą cię.
Po chwili przerwałam uciążliwą ciszę.
- Co z tego? Przecież i tak jestem martwa.
Gdy znalazłam się przed starą kamienicą wzięłam głęboki oddech i zaczęłam układać wszystko w całość. W rzece znaleziono ciało dziewczyny, rzekomo moje ciało. Leżę w trumnie zaraz, będzie pogrzeb. Na pewno przyjechała moja rodzina. Dziwne, że nie zostanę pochowana w Polsce, przecież to nasz kraj... Chyba wariujesz, Magda, przecież to nie ty... No tak, racja, ale wszyscy są przekonani, że to ja. Boże, nie mogę tego zrobić, nie mogę się uśmiercić, nie mogę dobrowolnie wymazać się z serc mojej rodziny, Eryka... Eryk.
Co z nim?
Nie, muszę wszystko naprawić.
I biegłam ulicami, jak szalona, nie mogąc złapać oddechu, czując kłujący bólu w sercu i głowie ale biegłam na cmentarz, gdzie na dobre miałam umrzeć w ich umysłach. Może przedtem o to mi chodziło, może przedtem sama tego chciałam ale nie w taki sposób. To zbyt długo się ciągnie. Ta droga na cmentarz, Paryż, strach. Zbyt długo przerażenie trzymało mnie w swoich sidłach, ale chciałam to zakończyć, wkroczyć w nowy świat, a te drzwi zamknąć na klucz i wrzucić do oceanu, aby nikt nigdy ich nie szukał i nie odnalazł. Biegłam przez cmentarz, szukając. I w końcu znalazłam jedynego człowieka, w czarnym garniturze i rozczochranych ciemnych włosach, stojącego przed grobem na którym widniało MOJE imię i MOJE nazwisko, choć pod ziemią nie było mojego ciała. Stanęłam obok Edwarda i potrząsnęłam nim, dziwnie, szybko i nerwowo.
Krzyczałam na niego, aż w końcu odwrócił głowę i popatrzył na mnie, ale tak jak by patrzył przez szybę, gdzieś w dal.
- To ty...
I odpowiadałam na jego głupie pytania, bo przecież było oczywiste, że żyłam, że nic mi się nie stało, że on nie miał omamów ani żadnych wizji. I tak staliśmy płacząc, krzycząc i śmiejąc się jednocześnie. Wytłumaczyłam mu, żeby poszedł wszystkich powiadomić o tej fatalnej pomyłce. Szliśmy powoli, Edward trzymał moją rękę tak jakby nigdy nie zamierzał jej puścić.
- Chodźmy najpierw do Eryka. - powiedziałam, bo nie chciałam tego zostawiać na koniec.
Musiał wiedzieć jako pierwszy.
- Ale... Ja nie wiem gdzie on jest. Nie było go na pogrzebie.
- Co? Jak to? - zapytałam nie wiedząc o co chodzi.
- Nie można się z nim skontaktować odkąd dowiedział się, że... No wiesz.
Nie rozumiałam. Może... Nie, na pewno nie, nie byłby taki głupi... A moze jednak był.
- Ja... musze go odnaleźć! - krzyknęłam, wyrywając się Edwardowi. Złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy do domu Eryka. Wszystko poruszało się jak w zwolnionym tempie. Gdy dojechaliśmy na miejsce, wyskoczyłam z samochodu i pognałam do drzwi otwierając je, z nadzieją, że gdzieś za nimi jest On.
Ale nie było go.
Jakoś nagle straciłam słuch, ponieważ widziałam ludzi, którzy poruszali ustami, ale nie wydobywały się z nich żadne dźwięki. Za chwilę ujrzałam bladego Edwarda, wychodzącego z pokoju, z kartką papieru w ręce. Na kartce widniały słowa napisane pięknym stylem, choć najwyraźniej w pośpiechu.
"Do widzenia. Przepraszam. Musiałem".
Wydałam z siebie dziwną mieszankę krzyku, pisku i jęku.
Nie. Nie mógł tego zrobić.
Co ja bym zrobiła na jego miejscu? Gdzie bym poszła?
I nagle żarówka nad moją głową, która chyba już dawno się popsuła, zaświeciła. Znów wybiegłam z domu.
Moje nogi pędziły prosto na most nad Sekwaną.
Gdy znalazłam się na miejscu, nie widziałam Eryka, tylko kilku nieznajomych, szczęśliwych ludzi. Złapałam się za głowę, która chciała eksplodować. Bo było już za późno. Spóźniłam się. Zbliżyłam się do barierki, chwytając się jej kurczowo, bo mało co widziałam przez potok łez. Moje ciało nic nie czuło tylko zwijało się pod wpływem nagłego bólu. I trzymając się barierki zauważyłam, że tam na brzegu siedzi jakiś człowiek. Nadzieja znowu dodała mi sił i zeszłam na brzeg. Mężczyzna klęczał, twarz schował w dłoniach. Uklęknęłam przed nim i delikatnie chwyciłam dłonie. Tak, ta twarz, te myśli pełne bólu i cierpienia przekonały mnie, że to człowiek którego szukałam. Którego w końcu znalazłam i nie zamierzałam stracić.
- Eryk... To ja Magda... Słyszysz mnie? Powiedz czy mnie słyszysz?! - krzyczałam.
I krzyczałam.
A on w końcu podniósł wzrok. Wzrok nieobecny i tak bardzo smutny.
- Nie. Nie wierzę. Magda nie żyje. On ją zabił. - szeptał ale z coraz mniejszym przekonaniem.
- Eryk, przecież to ja.
Serce biło jak oszalałe i nie chciało się uspokoić.
Później jednak popatrzył na mnie, bardziej przytomnie i wiedziałam, że zrozumiał.
Patrzył mi w oczy i dotykał twarzy, jak by nadal nie wiedział czy jestem prawdziwa, czy jestem halucynacją i za chwilę zniknę razem z podmuchem wiatru. Później płakaliśmy ze szczęścia, nadal nie rozumiejąc jak właściwie to wszystko się stało. Wiedziałam wtedy tylko jak bardzo go kocham i że będzie dobrze. Bo po takiej dawce przeżyć MUSIAŁO być dobrze.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
No i proszę, mamy kolejną część opowiadania. :) zapraszam do komentowania. Mam nadzieję, że komuś się spodoba.
poniedziałek, 29 czerwca 2015
Rozdział 21 ♥ ~ Pogrzeb
Spadałam chyba długie godziny. Długie godziny wraz z człowiekiem który nieustannie pragnął spotkać się z moją śmiercią. Jego zdezorientowana twarz wykrzywiona wściekłością, ręce zaciśnięte w pięści i obnażone zęby, świadczyły, że to nie miało się tak skończyć, że to miał być koniec pełen tortur i krwi, że o tym miał dowiedzieć się cały Paryż. I Eryk. A ból fizyczny jaki miałam doznać miał nie dorównywać cierpieniu Eryka i moich bliskich.
To nie tak miało się skończyć.
Wiedział, że nasza wspólna udręka życia miała się właśnie skończyć, ale mimo to ciągle kierował w moją stronę ząbkowany nóż. Czując zimno ostrza na skórze, sama odsunęłam jego rękę i wtedy to na jego ubraniu zaczęła pojawiać się wielka, czerwona plama. I nagle pochłonęła nas ciemność wód, kończąc ten morderczy taniec.
- Słyszysz mnie? Proszę odpowiedzieć!
Odpowiedzieć? Czy rzeczywiście słyszałam głos śmierci?
- Słyszysz mnie?
Nie, to na pewno nie jest głos śmierci. Z pewnością nie mojej.
- Ona chyba nie żyje...
I w tym momencie otworzyłam oczy, by dowiedzieć się, co się dzieje. Kto by pomyślał... Jednak się spóźniłaś.
- Halo, niech pani coś powie.
Westchnęłam a zaniepokojone oczy blondynki bezustannie wpatrywały się we mnie.
- Spokojnie, niech się pani nie rusza, karetka zaraz przyjedzie.
- Co?! Nie... Nie mogę... Powiedz, że mnie tu nie było! - panika nagle mnie ożywiła.
Nie mogli wiedzieć, że przeżyłam, nie dam im tej satysfakcji.
Zdezorientowana dziewczyna patrzyła jak niezdarnie próbowałam się podnieść.
- Ale... Co ja im powiem?
- Nie wiem. Powiedz, że wydawało ci się, że ktoś tu jest... Wymyśl coś!
Z przerażenia zaczęłam cofać się na czworaka i nagle trafiłam na coś miękkiego...
Patrząc na zmarłego oprawcę, czułam... Trudno opisać to, co czułam w tej chwili.
Z bólem wstałam i złapałam dziewczynę za rękę błagając, aby gdzieś mnie ukryła. Po chwili biegłyśmy już w stronę starej kamienicy, gdzie znajdowało się jej mieszkanie. Weszłyśmy do ciemnego pokoju, ja usiadłam na łóżku, a dziewczyna wybiegła, aby wrócić na miejsce gdzie mnie znalazła. Westchnęłam i położyłam się, czując w końcu skutki ostatnich zdarzeń. Całe moje ciało protestowało, domagało się większego zainteresowania ale gdy tylko moja zmęczona i obolała głowa zetknęła się z poduszką od razu pogrążyłam się w głębokim śnie.
Zielone światło, zaciągnięte zasłony. Co się stało? Gdzie ja jestem? Oto pierwsze pytania które nasuwają mi się na myśl, choć doskonale znam odpowiedź. Bardzo powoli podniosłam się z łóżka, ale pulsujący ból kostki nie dawał o sobie zapomnieć. Już kiedyś skręciłam tą kostkę w zupełnie innych okolicznościach. I choć było to całkiem niedawno, czuje jakby od tego momentu do tej chwili minęły co najmniej wieki.
- Jak się czujesz?
Nawet zapomniałam.
- Dobrze.
Tak, Madziu, kłam dalej, może kiedyś ktoś ci uwierzy.
- Wybacz mi, ale nie wiele z tego wszystkiego rozumiem... Mogłabyś mi to wszystko wytłumaczyć? Albo chociaż się przedstawić?
No cóż, nie powinnam się dziwić. Spałam u kogoś zupełnie obcego, kogoś kto uratował mi życie, spełnił jakąś absurdalną prośbę, bez jakichkolwiek wyjaśnień.
Zaczęłam więc opowiadać jej o moich przeżyciach i nim się zorientowałam, opowiedziałam jej pół życia, śmiejąc się i płacząc na przemian. Alice opatrzyła wszystkie moje rany i zgodziła się być moim łącznikiem ze światem. Następnego dnia, obudziłam się sama w mieszkaniu. Kartka obok mnie informowała, że mam czuć się jak u siebie. Stwierdzając, że moje ubrania nadają się tylko do ścierania podłogi, rzuciłam je w kąt i rozpoczęłam poszukiwania. Sąsiednie drzwi okazały się prowadzić do malutkiej garderoby. Pożyczyłam ciemną, długą bluzę i ciemne spodnie, mając nadzieję, że właścicielka nie jest do tego specjalnie przywiązana. Po zjedzeniu bardzo ubogiego śniadania przystąpiłam do czytania świeżej, francuskiej prasy. Z tego co zdołałam odczytać dowiedziałam się o śmierci długo poszukiwanego przestępcy... Ciekawe.
Jedyne co tak bardzo mnie niepokoiło to reakcja Eryka. Bo jeśli on umarł, a mnie nie ma... Na pewno ma to ze sobą związek. Niestety nie potrafię odtworzyć toku jego myślenia. A co z Edwardem? Czy powinnam ich powiadomić o tym, że nie umarłam i nie mam jeszcze tego w planach? Że żyje ale nie chcę aby coś stało się właśnie im? Że mam dosyć tego wszystkiego, mam dosyć uciekania i strachu, ale mimo wszystko to właśnie strach przed ich utratą doprowadził mnie do miejsca w którym się znajduję? Rozsądniej byłoby gdyby zapomnieli o mnie ale to ja nie mogę zapomnieć. Tak, to egoizm przemawia przeze mnie, ten pieprzony egoizm może doprowadzić mnie do szału a ich do śmierci. Nie, nie mam pojęcia co zrobić. Tak, zależy mi na ich dobru. I nagle tak po prostu zaczęłam przypominać sobie każdy centymetr twarzy i ciała Eryka, każdy uśmiech i każdą łzę, jaką zarejestrowałam swoim wzrokiem. I to jak patrzył na mnie, a jak ja patrzyłam na niego. I ten zapach, niezapomniany, niezrównany zapach...
- Cześć! - usłyszałam trzaskanie drzwiami.
- Musiałaś... - powiedziałam cicho, chowając głowę w poduszkę.
- Czytałam, że wszyscy cię poszukują i przeszukują rzekę.
Świetnie. Będę zaginioną, biedną dziewczynką, której nikt nigdy nie znajdzie. Właśnie tego mi trzeba. Wszyscy o mnie zapomną, nigdy mnie nie zobaczą i będzie tak jakby nigdy mnie nie było. Tak, to najlepsze rozwiązanie.
- Dlaczego nic nie mówisz? - zapytała Alice, mierząc mnie zielonymi laserami, które natura umieściła w jej oczach.
- A co mam mówić? To bardzo dobrze, bo nic nie znajdą. - odpowiedziałam po francusku.
- Ale... Mam przez to rozumieć, że nie wrócisz już do domu?
- Tak.
Krótka i dobitna odpowiedź.
- Mam jeszcze kilka spraw na mieście, ale niedługo wrócę. - powiedziała moja współlokatorka i już była na korytarzu.
- Okey. - powiedziałam, choć i tak mnie nie słyszała.
A więc umarłam. Jestem martwa. Dla nich już nie istnieję.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
Hej! Gratuluję wszystkim, którzy dotarli do końca rozdziału i nie zasnęli. ;) Przepraszam, że tak rzadko dodawałam rozdziały, ale teraz są wakacje i z pewnością to nadrobię. Jak zawsze czekam na wasze komentarze.
Bye ;*
To nie tak miało się skończyć.
Wiedział, że nasza wspólna udręka życia miała się właśnie skończyć, ale mimo to ciągle kierował w moją stronę ząbkowany nóż. Czując zimno ostrza na skórze, sama odsunęłam jego rękę i wtedy to na jego ubraniu zaczęła pojawiać się wielka, czerwona plama. I nagle pochłonęła nas ciemność wód, kończąc ten morderczy taniec.
- Słyszysz mnie? Proszę odpowiedzieć!
Odpowiedzieć? Czy rzeczywiście słyszałam głos śmierci?
- Słyszysz mnie?
Nie, to na pewno nie jest głos śmierci. Z pewnością nie mojej.
- Ona chyba nie żyje...
I w tym momencie otworzyłam oczy, by dowiedzieć się, co się dzieje. Kto by pomyślał... Jednak się spóźniłaś.
- Halo, niech pani coś powie.
Westchnęłam a zaniepokojone oczy blondynki bezustannie wpatrywały się we mnie.
- Spokojnie, niech się pani nie rusza, karetka zaraz przyjedzie.
- Co?! Nie... Nie mogę... Powiedz, że mnie tu nie było! - panika nagle mnie ożywiła.
Nie mogli wiedzieć, że przeżyłam, nie dam im tej satysfakcji.
Zdezorientowana dziewczyna patrzyła jak niezdarnie próbowałam się podnieść.
- Ale... Co ja im powiem?
- Nie wiem. Powiedz, że wydawało ci się, że ktoś tu jest... Wymyśl coś!
Z przerażenia zaczęłam cofać się na czworaka i nagle trafiłam na coś miękkiego...
Patrząc na zmarłego oprawcę, czułam... Trudno opisać to, co czułam w tej chwili.
Z bólem wstałam i złapałam dziewczynę za rękę błagając, aby gdzieś mnie ukryła. Po chwili biegłyśmy już w stronę starej kamienicy, gdzie znajdowało się jej mieszkanie. Weszłyśmy do ciemnego pokoju, ja usiadłam na łóżku, a dziewczyna wybiegła, aby wrócić na miejsce gdzie mnie znalazła. Westchnęłam i położyłam się, czując w końcu skutki ostatnich zdarzeń. Całe moje ciało protestowało, domagało się większego zainteresowania ale gdy tylko moja zmęczona i obolała głowa zetknęła się z poduszką od razu pogrążyłam się w głębokim śnie.
Zielone światło, zaciągnięte zasłony. Co się stało? Gdzie ja jestem? Oto pierwsze pytania które nasuwają mi się na myśl, choć doskonale znam odpowiedź. Bardzo powoli podniosłam się z łóżka, ale pulsujący ból kostki nie dawał o sobie zapomnieć. Już kiedyś skręciłam tą kostkę w zupełnie innych okolicznościach. I choć było to całkiem niedawno, czuje jakby od tego momentu do tej chwili minęły co najmniej wieki.
- Jak się czujesz?
Nawet zapomniałam.
- Dobrze.
Tak, Madziu, kłam dalej, może kiedyś ktoś ci uwierzy.
- Wybacz mi, ale nie wiele z tego wszystkiego rozumiem... Mogłabyś mi to wszystko wytłumaczyć? Albo chociaż się przedstawić?
No cóż, nie powinnam się dziwić. Spałam u kogoś zupełnie obcego, kogoś kto uratował mi życie, spełnił jakąś absurdalną prośbę, bez jakichkolwiek wyjaśnień.
Zaczęłam więc opowiadać jej o moich przeżyciach i nim się zorientowałam, opowiedziałam jej pół życia, śmiejąc się i płacząc na przemian. Alice opatrzyła wszystkie moje rany i zgodziła się być moim łącznikiem ze światem. Następnego dnia, obudziłam się sama w mieszkaniu. Kartka obok mnie informowała, że mam czuć się jak u siebie. Stwierdzając, że moje ubrania nadają się tylko do ścierania podłogi, rzuciłam je w kąt i rozpoczęłam poszukiwania. Sąsiednie drzwi okazały się prowadzić do malutkiej garderoby. Pożyczyłam ciemną, długą bluzę i ciemne spodnie, mając nadzieję, że właścicielka nie jest do tego specjalnie przywiązana. Po zjedzeniu bardzo ubogiego śniadania przystąpiłam do czytania świeżej, francuskiej prasy. Z tego co zdołałam odczytać dowiedziałam się o śmierci długo poszukiwanego przestępcy... Ciekawe.
Jedyne co tak bardzo mnie niepokoiło to reakcja Eryka. Bo jeśli on umarł, a mnie nie ma... Na pewno ma to ze sobą związek. Niestety nie potrafię odtworzyć toku jego myślenia. A co z Edwardem? Czy powinnam ich powiadomić o tym, że nie umarłam i nie mam jeszcze tego w planach? Że żyje ale nie chcę aby coś stało się właśnie im? Że mam dosyć tego wszystkiego, mam dosyć uciekania i strachu, ale mimo wszystko to właśnie strach przed ich utratą doprowadził mnie do miejsca w którym się znajduję? Rozsądniej byłoby gdyby zapomnieli o mnie ale to ja nie mogę zapomnieć. Tak, to egoizm przemawia przeze mnie, ten pieprzony egoizm może doprowadzić mnie do szału a ich do śmierci. Nie, nie mam pojęcia co zrobić. Tak, zależy mi na ich dobru. I nagle tak po prostu zaczęłam przypominać sobie każdy centymetr twarzy i ciała Eryka, każdy uśmiech i każdą łzę, jaką zarejestrowałam swoim wzrokiem. I to jak patrzył na mnie, a jak ja patrzyłam na niego. I ten zapach, niezapomniany, niezrównany zapach...
- Cześć! - usłyszałam trzaskanie drzwiami.
- Musiałaś... - powiedziałam cicho, chowając głowę w poduszkę.
- Czytałam, że wszyscy cię poszukują i przeszukują rzekę.
Świetnie. Będę zaginioną, biedną dziewczynką, której nikt nigdy nie znajdzie. Właśnie tego mi trzeba. Wszyscy o mnie zapomną, nigdy mnie nie zobaczą i będzie tak jakby nigdy mnie nie było. Tak, to najlepsze rozwiązanie.
- Dlaczego nic nie mówisz? - zapytała Alice, mierząc mnie zielonymi laserami, które natura umieściła w jej oczach.
- A co mam mówić? To bardzo dobrze, bo nic nie znajdą. - odpowiedziałam po francusku.
- Ale... Mam przez to rozumieć, że nie wrócisz już do domu?
- Tak.
Krótka i dobitna odpowiedź.
- Mam jeszcze kilka spraw na mieście, ale niedługo wrócę. - powiedziała moja współlokatorka i już była na korytarzu.
- Okey. - powiedziałam, choć i tak mnie nie słyszała.
A więc umarłam. Jestem martwa. Dla nich już nie istnieję.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
Hej! Gratuluję wszystkim, którzy dotarli do końca rozdziału i nie zasnęli. ;) Przepraszam, że tak rzadko dodawałam rozdziały, ale teraz są wakacje i z pewnością to nadrobię. Jak zawsze czekam na wasze komentarze.
Bye ;*
poniedziałek, 15 czerwca 2015
Rozdział 20 ❤ - Powinnam, nie powinnam.
Siedziałam w pokoju czekając na powrót mojego przyjaciela. Mój stan nadal nie pozwalał mi (a raczej to nie stan, ale Edward) wychodzić na zewnątrz. Myśleli, że umieram teraz ze strachu, po tym co się stało ale tak naprawdę to oni wszyscy żyli w uczuciu nieustającego, narastającego niebezpieczeństwa. A Eryk... Hmmm Eryk to skomplikowana sprawa. Przez ostatnie kilka dni był istną zagadką. Niby wiedziałam o czym myśli ale nie mogłam zajrzeć gdzieś głębiej, poznać wcześniejsze wydarzenia. Słyszałam tylko o czym myśli obecnie i tylko czasami cieszyłam się z tego, że mam takie zdolności. Ale tylko czasami. Bo gdyby nie to nigdy bym go nie odgadła, choć tak naprawdę jeszcze tego nie zrobiłam.
- Cześć kaleko.
Edward opadł na łóżko obok mnie. No tak, on to co innego. Jedyny, który nie obchodził się ze mną jak z jajkiem.
Gdy nie usłyszał odpowiedzi, dźgnął mnie w bok.
- O czym myślisz? - zapytał.
- O wszystkim.
- Aha. No widzę, że rozmowna jesteś dzisiaj.
- Oczywiście.
- Jak zwykle. - odpowiedział uśmiechając się do mnie. Mimo, że jego usta wykrzywiały się w uśmiechu jego oczy wyrażały jak bardzo się o mnie martwił.
- I co? Odlecieli? -zapytałam aby odwrócić jego uwagę od bandaży na moich nogach.
- Tak. Twoja babcia była bardzo zaniepokojona, że nie chcesz jeszcze wracać.
Nie odpowiedziałam. Nie mogłam jeszcze stąd wyjeżdżać.
- Dlaczego?
- Mam kilka spraw do załatwienia.
- No tak jasne. Raczej kogoś. - powiedział unosząc jedną brew.
Już miałam się odgryźć i przypomnieć mu, że to on nie chciał wyjeżdżać, bo wciąż pilnuje mnie jak małe dziecko ale usłyszeliśmy ciche pukanie do pokoju. W miare moich możliwości zerwałam się z łóżka i podeszłam do drzwi. Spojrzałam jeszcze na Edwarda, który westchnął i zapytał się w myślach czy to Eryk. Nie musiałam mu odpowiadać.
- Hej. - przywitał się i delikatnie złapał moje dłonie.
- Hej.
Jego wargi musnęły mój policzek.
Jeszcze jedno westchnięcie.
Edward wstał i wyszedł z zapowiedzią, że zaraz wróci. Wiedziałam, że nienawidzi go za to co się stało i, że nie ufa mu w najmniejszym stopniu.
- Wszystko okey? - zapytał siadając na małej kanapie w rogu pokoju.
- Tak, jasne.
- Na pewno? A co z Edwardem?
- Nic. Po prostu jest zmęczony.
- Mhmm. Przemyślałaś może ostatnią ofertę jaką ci złożyłem?
- Tak, a moja odpowiedź się nie zmieniła. Nie będę się do ciebie przeprowadzać. To nie ma sensu, bo tu też jestem bezpieczna a po drugie nie chcę narzucać się twojej rodzinie.
- Przecież wiesz, że mój dom jest wystarczająco wielki i nie będziesz nikomu sprawiać kłopotu. A teraz jak mieszkasz z nim...
- To tym bardziej jestem bezpieczna. Zaufaj mi. - powiedziałam kładząc głowę na jego ramieniu.
- Ze mną byłabyś bezpieczniejsza. - powiedział składając słodki pocałunek na moich ustach.
I mogłabym trwać tak wiecznie, gdyby nie to, że czasami trzeba oddychać.
- Może pójdziemy gdzieś na miasto? Siedzę w tym hotelu jak w klatce, nigdzie nie wolno mi się ruszyć a czuję się całkiem dobrze.
Spojrzał na mnie jak na cenną rzecz, która została roztrzaskana, ale po chwili zgodził się jednak. Nie trudno było go przekonać.
- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł. - powiedział Edward stając w drzwiach.
- Jak najlepszy. - odpowiedziałam, osobie która nieubłagalnie chciał uwięzić mnie w wieży bez okien i drzwi, gdzieś na bezludnej wyspie.
- Nikt cię nie nauczył, że nie ładnie jest podsłuchiwać? - zapytał Eryk, wyraźnie zirytowany.
- Czy ja kogoś podsłuchiwałem? Akurat przechodziłem, to usłyszałem. - odparł, opierając się o ścianę i mierzwiąc swoje ciemne włosy.
Eryk ścisnął dłonie w pięści. Widząc, że sytuacja staje się delikatnie mówiąc nieprzyjemna odchrząknęłam i złapałam Eryka za rękę.
- Okey, chodźmy już. - powiedziałam ciągnąc go w stronę drzwi.
Bez słowa zdjął swój zimny wzrok z Edwarda i przeniósł na mnie momentalnie się ocieplając.
- Super, a więc idę z wami. - powiedział Edward patrząc na mnie niby zabawnie ale tak naprawdę nie chciał mnie zostawiać samą.
- Ale...
- Wiem, że się cieszycie.
Nie próbowałam już go przekonywać, bo i tak nie zachwiałabym jego pewności. Szłam jak w obstawie. Z jednej strony Eryk trzymając mnie za rękę, wyraźnie zły, że nie jesteśmy sami a z drugiej Edward, który co jakiś czas krzywo patrzył na nasze splecione dłonie.
- Edward, naprawdę możesz sobie iść. Damy sobie radę. - powiedział Edward, z naciskiem na ostatnie słowa.
- Nie sądzę. Ostatnio skończyło się na szpitalu. O mało jej nie zabiłeś. - odpowiedział z namacalną wręcz furią.
Na twarzy Eryka odbił się ból, nieodłącznie związany z tamtymi wydarzeniami.
- Przecież wiesz, że ja... - zaczął cicho.
Edward trafił w czuły punkt.
- Chłopaki, przestańcie. - powiedziałam stanowczo.
Mierzyli się jeszcze chwile wzrokiem ale potem oboje spojrzeli na mnie.
- Wiesz co powinienem chyba już iść.
Wiedziałam, że tak to się skończy.
- Nie, nie musisz. - powiedziałam tuż przy jego twarzy.
- Muszę. - odpowiedział i przycisnął swoje wargi do moich ust. Zapomniałam gdzie jestem ale sfrustrowane myśli Edwarda nieubłagalnie ściągnęły mnie na ziemie.
- Do zobaczenia.
Nie odpowiedziałam tylko mocniej ścisnęłam jego dłoń. Uśmiechnął się smutno, bo wciąż o wszystko się obwiniał. Bez trudu uwolnił się z mojego uścisku. I poszedł.
A Edward ani trochę nie żałował swoich słów.
Popatrzył na mnie ale ja odwróciłam się tylko na pięcie i ruszyłam w stronę nowoczesnego wieżowca.
- Ejj Magda, nie obrażaj się.
- Za późno.
- Należało mu się, bo taka jest prawda. To wszystko, te wszystkie cierpienia jakie przeżyłaś były i wyłącznie przez niego. A ty jeszcze mu to wybaczasz, mało tego on ma czelność cię dotykać po tych torturach jakie ci zafundował.
- Co?! Nie masz pojęcia o czym mówisz! Jak możesz go tak obwiniać i obrażać? Napadł mnie jakiś psychopata, a on próbując mnie ratować, ryzykował własne życie, i ty teraz uważasz, że to jego wina? Jesteś żałosny! - wykrzyczałam.
- Magda...
- Zostaw mnie.
- Ale czy nie widzisz, że od kiedy go poznałaś dzieją się same złe rzeczy? Nie widzisz tego, że on do ciebie nie pasuje i naraża cię tylko na niebezpieczeństwa?
- Nie, nie widzę.
W jego głowie huczał niespokojny wir myśli.
Popatrzyłam na niego z bólem, nie chciałam się z nim kłócić, bo był moim najlepszym przyjacielem i kochałam go, ale to co o nim myślał...
- Magda zaczekaj.
Ale ja go nie słuchałam, tylko szłam dalej.
- Magda...
Później usłyszałam huk i obraz upadającego Edward. Podbiegłam do niego i uklękłam, wpatrzona w już całkiem nasiąkniętą krwią koszulkę.
- Boże, Edward...
Złapałam go za rękę. Wywiercał we mnie dziurę swoim zaskoczonym wzrokiem. Wokół nas zebrała się już spora grupa ludzi, wzywająca pomoc lecz ja tego nie widziałam bo czułam ten sam ból co on. Nie miałam tej realnej rany ale... Czułam to. Czułam to przerażenie. Twarz Edwarda stopniowa pokazywała wszystkie odcienie bladości.
- Przepraszam. - szepnęłam, mocniej ściskając jego zdrową rękę.
Nie byłam pewna czy mnie słyszy. Tak bardzo żałowałam tych wszystkich słów.
- Już zapomniałem.
Uśmiechnęłam się blado. Nie mógł odejść. Nie mógł mi tego zrobić. Po chwili przyjechała karetka. Szybko zabrali mojego przyjaciela do auta ale mnie nie wpuścili. Stałam patrząc jak karetka znika, wraz z Edwardem i kulą w jego ramieniu. Jedyne co teraz po nim zostało to krew na chodniku.
Nie pamiętam w jaki sposób znalazłam się w szpitalu lecz najważniejsze, że jakoś się tam dostałam. Od razu dopadły mnie mdłości związane z każdym moim pobytem w szpitalu. Po przepytaniu chyba wszystkich pracowników w końcu znalazłam go. Nie pozwolono mi wejść, bo przygotowywano go do zabiegu ale ta jedna chwila gdy go zobaczyłam uświadomiła mi, że muszę to skończyć. Raz na zawsze, bez ofiar, świadków, sama. Bo ta kula była przeznaczona dla mnie. Miała znaleźć się we mnie. Starłam łzy z policzków, które znalazły się na nich nie widomo kiedy. Wyszłam ze szpitala i skierowałam się z powrotem w stronę ulicy na której postrzelono Edwarda ulicy na której to ja miałam być postrzelona. Zatrzymałam się i czekałam. Nie wiedziałam na co, ale czułam, że coś się wydarzy. Po chwili komórka w mojej kieszeni zasygnalizowała, że dostałam SMS - a.
"Zakończmy to. Przy moście."
Odczytałam tą wiadomość i pierwszy raz przyznałam mu racje. Powinniśmy to zakończyć.
Nie darowałabym sobie, jeśli Edward miałby umrzeć przeze mnie... A gdyby były jeszcze inne osoby, nigdy bym sobie tego nie wybaczyła. Nie miałam wątpliwości co do decyzji. Ruszyłam więc w stronę mostu, bo co do którego też nie miałam wątpliwości. Cel mojej podróży był dość daleko więc pokonanie drogi zajęło mi sporo czasu. W końcu dotarłam do tego miejsca. Ostatniego miejsca, które dane będzie mi widzieć.
- Miło, że przyszłaś. Już myślałem, że odrzucisz moje zaproszenie. - powiedział mężczyzna z głęboką blizną na twarzy. Ostatnio to właśnie ta twarz nieustannie nawiedzała mnie w snach.
Popatrzył na mnie z rozbawieniem. Właśnie uświadamiał sobie, że nie potrzebnie tak zaciekle walczył o zwierzynę, bo po czasie sama przyszła. Wystarczyło ją odpowiednio zwabić.
- Hmm... Szkoda będzie... - powiedział podchodząc do mnie. Ja cofnęłam się o kilka kroków. - takiej... - dwa kroki w przód, dwa kroki do tyłu - ślicznej... - trzy kroki w przód, trzy kroki w tył - buzi. - odpowiedział śmiejąc się do swoich myśli. Niestety, ja jedyna wiedziałam dlaczego się śmieje.
- Chociaż nie... - znów rozpoczęliśmy ten dziwny taniec - jednak nie będzie szkoda. - powiedział znowu się śmiejąc. Dwa kroki w przód, dwa kroki w tył. Z kieszeni wyjął ten, tak dobrze mi znany, ząbkowany nóż. Trzy kroki w przód... dwa kroki w tył. Teraz on stał tak blisko, a za mną daleko w dole, płynęła rzeka. Przełknęłam ślinę, bo dopiero teraz się bałam. Lecz gdy tylko pomyślałam o tym, że wszyscy ludzie, których kocham będą żyli jeszcze długo i szczęśliwie, to uczucie minęło.
- To co? Kończymy? - zapytał tuż przy mojej twarzy.
Dreszcz obrzydzenia przebiegł po moich plecach.
- Byle szybko. - szepnęłam.
- A więc... Zróbmy ostatni krok w tym tańcu.
I właśnie to zrobiłam. Dosłownie.
*-*-*-*-*-*-*-**-*-*-*-*-*-*
Hej. :) a więc mamy następny rozdział! Nie wiem czy się wam podoba bo ostatnio nie miałam weny ;/ jak myślicie, co potoczy się dalej? Piszcie swoje opinie, uwagi, rady i pomysły w komentarzach! Czekam :)
Bye :*
- Cześć kaleko.
Edward opadł na łóżko obok mnie. No tak, on to co innego. Jedyny, który nie obchodził się ze mną jak z jajkiem.
Gdy nie usłyszał odpowiedzi, dźgnął mnie w bok.
- O czym myślisz? - zapytał.
- O wszystkim.
- Aha. No widzę, że rozmowna jesteś dzisiaj.
- Oczywiście.
- Jak zwykle. - odpowiedział uśmiechając się do mnie. Mimo, że jego usta wykrzywiały się w uśmiechu jego oczy wyrażały jak bardzo się o mnie martwił.
- I co? Odlecieli? -zapytałam aby odwrócić jego uwagę od bandaży na moich nogach.
- Tak. Twoja babcia była bardzo zaniepokojona, że nie chcesz jeszcze wracać.
Nie odpowiedziałam. Nie mogłam jeszcze stąd wyjeżdżać.
- Dlaczego?
- Mam kilka spraw do załatwienia.
- No tak jasne. Raczej kogoś. - powiedział unosząc jedną brew.
Już miałam się odgryźć i przypomnieć mu, że to on nie chciał wyjeżdżać, bo wciąż pilnuje mnie jak małe dziecko ale usłyszeliśmy ciche pukanie do pokoju. W miare moich możliwości zerwałam się z łóżka i podeszłam do drzwi. Spojrzałam jeszcze na Edwarda, który westchnął i zapytał się w myślach czy to Eryk. Nie musiałam mu odpowiadać.
- Hej. - przywitał się i delikatnie złapał moje dłonie.
- Hej.
Jego wargi musnęły mój policzek.
Jeszcze jedno westchnięcie.
Edward wstał i wyszedł z zapowiedzią, że zaraz wróci. Wiedziałam, że nienawidzi go za to co się stało i, że nie ufa mu w najmniejszym stopniu.
- Wszystko okey? - zapytał siadając na małej kanapie w rogu pokoju.
- Tak, jasne.
- Na pewno? A co z Edwardem?
- Nic. Po prostu jest zmęczony.
- Mhmm. Przemyślałaś może ostatnią ofertę jaką ci złożyłem?
- Tak, a moja odpowiedź się nie zmieniła. Nie będę się do ciebie przeprowadzać. To nie ma sensu, bo tu też jestem bezpieczna a po drugie nie chcę narzucać się twojej rodzinie.
- Przecież wiesz, że mój dom jest wystarczająco wielki i nie będziesz nikomu sprawiać kłopotu. A teraz jak mieszkasz z nim...
- To tym bardziej jestem bezpieczna. Zaufaj mi. - powiedziałam kładząc głowę na jego ramieniu.
- Ze mną byłabyś bezpieczniejsza. - powiedział składając słodki pocałunek na moich ustach.
I mogłabym trwać tak wiecznie, gdyby nie to, że czasami trzeba oddychać.
- Może pójdziemy gdzieś na miasto? Siedzę w tym hotelu jak w klatce, nigdzie nie wolno mi się ruszyć a czuję się całkiem dobrze.
Spojrzał na mnie jak na cenną rzecz, która została roztrzaskana, ale po chwili zgodził się jednak. Nie trudno było go przekonać.
- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł. - powiedział Edward stając w drzwiach.
- Jak najlepszy. - odpowiedziałam, osobie która nieubłagalnie chciał uwięzić mnie w wieży bez okien i drzwi, gdzieś na bezludnej wyspie.
- Nikt cię nie nauczył, że nie ładnie jest podsłuchiwać? - zapytał Eryk, wyraźnie zirytowany.
- Czy ja kogoś podsłuchiwałem? Akurat przechodziłem, to usłyszałem. - odparł, opierając się o ścianę i mierzwiąc swoje ciemne włosy.
Eryk ścisnął dłonie w pięści. Widząc, że sytuacja staje się delikatnie mówiąc nieprzyjemna odchrząknęłam i złapałam Eryka za rękę.
- Okey, chodźmy już. - powiedziałam ciągnąc go w stronę drzwi.
Bez słowa zdjął swój zimny wzrok z Edwarda i przeniósł na mnie momentalnie się ocieplając.
- Super, a więc idę z wami. - powiedział Edward patrząc na mnie niby zabawnie ale tak naprawdę nie chciał mnie zostawiać samą.
- Ale...
- Wiem, że się cieszycie.
Nie próbowałam już go przekonywać, bo i tak nie zachwiałabym jego pewności. Szłam jak w obstawie. Z jednej strony Eryk trzymając mnie za rękę, wyraźnie zły, że nie jesteśmy sami a z drugiej Edward, który co jakiś czas krzywo patrzył na nasze splecione dłonie.
- Edward, naprawdę możesz sobie iść. Damy sobie radę. - powiedział Edward, z naciskiem na ostatnie słowa.
- Nie sądzę. Ostatnio skończyło się na szpitalu. O mało jej nie zabiłeś. - odpowiedział z namacalną wręcz furią.
Na twarzy Eryka odbił się ból, nieodłącznie związany z tamtymi wydarzeniami.
- Przecież wiesz, że ja... - zaczął cicho.
Edward trafił w czuły punkt.
- Chłopaki, przestańcie. - powiedziałam stanowczo.
Mierzyli się jeszcze chwile wzrokiem ale potem oboje spojrzeli na mnie.
- Wiesz co powinienem chyba już iść.
Wiedziałam, że tak to się skończy.
- Nie, nie musisz. - powiedziałam tuż przy jego twarzy.
- Muszę. - odpowiedział i przycisnął swoje wargi do moich ust. Zapomniałam gdzie jestem ale sfrustrowane myśli Edwarda nieubłagalnie ściągnęły mnie na ziemie.
- Do zobaczenia.
Nie odpowiedziałam tylko mocniej ścisnęłam jego dłoń. Uśmiechnął się smutno, bo wciąż o wszystko się obwiniał. Bez trudu uwolnił się z mojego uścisku. I poszedł.
A Edward ani trochę nie żałował swoich słów.
Popatrzył na mnie ale ja odwróciłam się tylko na pięcie i ruszyłam w stronę nowoczesnego wieżowca.
- Ejj Magda, nie obrażaj się.
- Za późno.
- Należało mu się, bo taka jest prawda. To wszystko, te wszystkie cierpienia jakie przeżyłaś były i wyłącznie przez niego. A ty jeszcze mu to wybaczasz, mało tego on ma czelność cię dotykać po tych torturach jakie ci zafundował.
- Co?! Nie masz pojęcia o czym mówisz! Jak możesz go tak obwiniać i obrażać? Napadł mnie jakiś psychopata, a on próbując mnie ratować, ryzykował własne życie, i ty teraz uważasz, że to jego wina? Jesteś żałosny! - wykrzyczałam.
- Magda...
- Zostaw mnie.
- Ale czy nie widzisz, że od kiedy go poznałaś dzieją się same złe rzeczy? Nie widzisz tego, że on do ciebie nie pasuje i naraża cię tylko na niebezpieczeństwa?
- Nie, nie widzę.
W jego głowie huczał niespokojny wir myśli.
Popatrzyłam na niego z bólem, nie chciałam się z nim kłócić, bo był moim najlepszym przyjacielem i kochałam go, ale to co o nim myślał...
- Magda zaczekaj.
Ale ja go nie słuchałam, tylko szłam dalej.
- Magda...
Później usłyszałam huk i obraz upadającego Edward. Podbiegłam do niego i uklękłam, wpatrzona w już całkiem nasiąkniętą krwią koszulkę.
- Boże, Edward...
Złapałam go za rękę. Wywiercał we mnie dziurę swoim zaskoczonym wzrokiem. Wokół nas zebrała się już spora grupa ludzi, wzywająca pomoc lecz ja tego nie widziałam bo czułam ten sam ból co on. Nie miałam tej realnej rany ale... Czułam to. Czułam to przerażenie. Twarz Edwarda stopniowa pokazywała wszystkie odcienie bladości.
- Przepraszam. - szepnęłam, mocniej ściskając jego zdrową rękę.
Nie byłam pewna czy mnie słyszy. Tak bardzo żałowałam tych wszystkich słów.
- Już zapomniałem.
Uśmiechnęłam się blado. Nie mógł odejść. Nie mógł mi tego zrobić. Po chwili przyjechała karetka. Szybko zabrali mojego przyjaciela do auta ale mnie nie wpuścili. Stałam patrząc jak karetka znika, wraz z Edwardem i kulą w jego ramieniu. Jedyne co teraz po nim zostało to krew na chodniku.
Nie pamiętam w jaki sposób znalazłam się w szpitalu lecz najważniejsze, że jakoś się tam dostałam. Od razu dopadły mnie mdłości związane z każdym moim pobytem w szpitalu. Po przepytaniu chyba wszystkich pracowników w końcu znalazłam go. Nie pozwolono mi wejść, bo przygotowywano go do zabiegu ale ta jedna chwila gdy go zobaczyłam uświadomiła mi, że muszę to skończyć. Raz na zawsze, bez ofiar, świadków, sama. Bo ta kula była przeznaczona dla mnie. Miała znaleźć się we mnie. Starłam łzy z policzków, które znalazły się na nich nie widomo kiedy. Wyszłam ze szpitala i skierowałam się z powrotem w stronę ulicy na której postrzelono Edwarda ulicy na której to ja miałam być postrzelona. Zatrzymałam się i czekałam. Nie wiedziałam na co, ale czułam, że coś się wydarzy. Po chwili komórka w mojej kieszeni zasygnalizowała, że dostałam SMS - a.
"Zakończmy to. Przy moście."
Odczytałam tą wiadomość i pierwszy raz przyznałam mu racje. Powinniśmy to zakończyć.
Nie darowałabym sobie, jeśli Edward miałby umrzeć przeze mnie... A gdyby były jeszcze inne osoby, nigdy bym sobie tego nie wybaczyła. Nie miałam wątpliwości co do decyzji. Ruszyłam więc w stronę mostu, bo co do którego też nie miałam wątpliwości. Cel mojej podróży był dość daleko więc pokonanie drogi zajęło mi sporo czasu. W końcu dotarłam do tego miejsca. Ostatniego miejsca, które dane będzie mi widzieć.
- Miło, że przyszłaś. Już myślałem, że odrzucisz moje zaproszenie. - powiedział mężczyzna z głęboką blizną na twarzy. Ostatnio to właśnie ta twarz nieustannie nawiedzała mnie w snach.
Popatrzył na mnie z rozbawieniem. Właśnie uświadamiał sobie, że nie potrzebnie tak zaciekle walczył o zwierzynę, bo po czasie sama przyszła. Wystarczyło ją odpowiednio zwabić.
- Hmm... Szkoda będzie... - powiedział podchodząc do mnie. Ja cofnęłam się o kilka kroków. - takiej... - dwa kroki w przód, dwa kroki do tyłu - ślicznej... - trzy kroki w przód, trzy kroki w tył - buzi. - odpowiedział śmiejąc się do swoich myśli. Niestety, ja jedyna wiedziałam dlaczego się śmieje.
- Chociaż nie... - znów rozpoczęliśmy ten dziwny taniec - jednak nie będzie szkoda. - powiedział znowu się śmiejąc. Dwa kroki w przód, dwa kroki w tył. Z kieszeni wyjął ten, tak dobrze mi znany, ząbkowany nóż. Trzy kroki w przód... dwa kroki w tył. Teraz on stał tak blisko, a za mną daleko w dole, płynęła rzeka. Przełknęłam ślinę, bo dopiero teraz się bałam. Lecz gdy tylko pomyślałam o tym, że wszyscy ludzie, których kocham będą żyli jeszcze długo i szczęśliwie, to uczucie minęło.
- To co? Kończymy? - zapytał tuż przy mojej twarzy.
Dreszcz obrzydzenia przebiegł po moich plecach.
- Byle szybko. - szepnęłam.
- A więc... Zróbmy ostatni krok w tym tańcu.
I właśnie to zrobiłam. Dosłownie.
*-*-*-*-*-*-*-**-*-*-*-*-*-*
Hej. :) a więc mamy następny rozdział! Nie wiem czy się wam podoba bo ostatnio nie miałam weny ;/ jak myślicie, co potoczy się dalej? Piszcie swoje opinie, uwagi, rady i pomysły w komentarzach! Czekam :)
Bye :*
sobota, 6 czerwca 2015
Rozdział 19 ~ testy
Bezkresna nicość otaczała mnie ze wszystkich stron. Chciałam krzyczeć, lecz nie mogłam. Wydawało mi się, że moje wyostrzone zmysły nie uchwycają nawet najmniejszych bodźców. A może były już całkiem wyłączone, martwe? Nie miałam pojęcia co się stało.
- Mówiłem... miałeś... a co jeśli... nasz... nawet... i to będzie...
Czy to niebo? Czy to piekło? Czy już po wszystkim? Umarłam?
- To... on... nie... musiałem... żyje...
Urywki rozmowy jakie dosłyszałam, sygnalizowały, że chyba jednak żyłam. Coś się stało. Powoli, powolutku do mojego mózgu docierało coraz więcej informacji. Słyszałam wiele tak niespokojnych, agresywnych myśli. I przy pomocy tego, czego dowiadywałam się z głów tych ludzi przypominałam sobie kolejne fakty. I, że wszystko co się ostatnio działo, nie było dziełem przypadku. Gdy otworzyłam oczy ujrzałam stary, opuszczony magazyn. Walało się tu mnóstwo rzeczy, a w oddali, gdzieś za wielką stertą gratów słyszałam stłumione głosy. Potworny ból głowy, ręki i nogi sygnalizował, że coś jest nie tak. A jak miało być cokolwiek na "tak" skoro byłam przywiązana do krzesła?
Modliłam się aby ci ludzie zapomnieli o mnie, nie zbliżali się na krok, bo byłam pewna, że ich intencję wobec mnie nie są dobre.
Najwyraźniej nikt nie chciał wysłuchać moich próśb.
- No proszę, jednak żyje. Już myślałem, że się nie obudzi.
Powiedział wyłaniający się zza piramidy mężczyzna. Oślepiające światło lampy ciągle nie pozwalało mi w pełni dostrzec sylwetki wyłaniających się postaci.
- Idź po szefa. - szepnął do drugiego chłopaka.
Nadal nie rozumiałam, po co ta cała szopka. Chcieli mnie zabić, nie wiadomo za co, więc niech zrobią to chociaż dobrze. Słyszałam, że człowiek, który został ze mną w pewnym sensie mi współczuję ale chyba tylko dlatego, że sam bał się owego "szefa".
Pogwizdywał cicho i od czasu do czasu coś do mnie powiedział. Lecz moje usta były zaklejone taśmą. Czego ode mnie chcieli? Po chwili usłyszałam ciężkie kroki, tak jakby ktoś kulał. Moje serce zabiło szybciej, instynktownie czując zagrożenie.
- To ona? - zapytał zdziwionym głosem mężczyzna o kruczoczarnych włosach. Jego już nie najmłodszą twarz przeszywała głęboka blizna. - na pewno ona? No cóż całkiem przeciętna. Ale chyba nie jest tak całkiem zwykła skoro zauroczyła Eryczka bardziej niż tamta. - uśmiechnął się krzywo i podszedł bliżej mnie.
- Oj biedna. Nikt ci nie powiedział dlaczego tu jesteś? Smutne. - patrzyłam na niego twarzą wypraną z wszelkich emocji. Jego twarz znalazła się niebezpiecznie blisko mojej. - Nie martw się, nie długo się dowiesz. - powiedział tuż przy moim uchu.
Poczułam dziwną mieszankę smrodu gdy już się ode mnie odsunął. Jęknęłam.
- Spokojnie. Nie długo się zobaczycie. Prawdopodobnie już za chwilę.
W głowie"szefa" ciągle pojawiały się obrazy. Moje obrazy. Mojej śmierci. Coraz bardziej mnie to przerażało ale jeszcze bardziej przeraziłam się słysząc szybkie kroki i moje imię wykrzyczane wręcz panicznie.
- Uciekaj, uciekaj! To pułapka! - mówiłam w głowie ale wiedziałam, że to nic nie da. Zaczęłam więc krzyczeć, choć taśma nie przepuszczała mojego głosu. Słyszałam jak bardzo się boi. A jego krzyki były coraz wyraźniejsze. Eryk wbiegł i zatrzymał się gwałtownie. Wzrok od razu skierował na mnie. A potem na mężczyznę który siedział koło mnie.
- Cieszę się że znów się widzimy. - powiedział uśmiechając się do Eryka.
Nie odpowiedział. Jego klatka piersiowa niespokojnie falowała a oczy już wyrażały ból patrząc na mnie. A moje serce biło w szaleńczym tempie.
- Mam rozumieć, że niczego jej nie powiedziałeś?
Brak odpowiedzi.
- Aha. No ta posłuchaj mnie Madziu. - teraz przeniósł wzrok na mnie. - Twój ukochany Eryk, jest mordercą. Tak, zwykłym mordercą.
Patrzyłam na niego nie do końca rozumiejąc o czym mówił. Eryk nie mógł być mordercą. Był na to za dobry, zbyt idealny.
- Patrzył jak mój brat cierpi umierając. Umierając przez niego. Miał wtedy piętnaście lat. Miał przed sobą całe życie, cały świat, niezliczone możliwości. Ale ON to wszystko zniszczył i nigdy nie został pokarany. On nadal żył pełnią a mój brat już nigdy nie otworzył oczu.
Teraz krzyczał mi to wszystko w twarz.
Widziałam, że Eryk wyrywał się abym mnie uwolnić, ale stalowe uściski napastników nie pozwalały mu.
- Więc teraz on będzie patrzył, jak jego najdroższa osoba umiera w mękach.
Co? Nic nie rozumiałam.
- Przez ostatnie dni robiłem testy. I wiesz co? - zapytał bawiąc się ostrym, ząbkowanym nożem jaki trzymał w dłoniach. - nie zmartwił się tak bardzo ani tą lalą Alex, ani swoim najlepszym kumplem, ani nikim z rodziny. Tylko tobą.
Widząc mieszaninę uczuć na mojej twarzy zaśmiał się sztucznie.
- Tak, tobą. A moje przekonanie potwierdziło to gdy tylko przyjechał na lotnisko, dowiedziawszy się, że coś ci się stanie.
Jeszcze chwila. Jeszcze chwila, a uwolnię jedną rękę z węzłów.
- Eryczek chcąc nie chcąc musi ponieść konsekwencje. To nie moja wina, że to właśnie ty.
Podszedł do mnie z nożem w ręku. Wiedziałam, że ciągle się waha. Lecz w tej chwili najbardziej bałam się o Eryka. Bo bez względu na wszystko on też miał umrzeć. Mężczyzna szybkim ruchem zerwał z moich ust taśmę. Czubkiem noża zaczął obrysowywać kontury moich ust. Poczułam charakterystyczny rdzawy, słony smak. Słyszałam krzyki Eryka. Krzyczał, że mam to wytrzymać. Robiłam co w mojej mocy ale gdy zerwał bandaże na mojej nodze, odsłonił głęboką ranę i zaczął drążyć ją nożem, zapomniałam, że mam być twarda. Później zabrał się za drugą, zdrową nogę. Słyszałam krzyki pełne bólu i rozpaczy. Jakieś odległe i obce ale wydobywające się z moich ust.
Moja ręka ciągle tkwiła w węzłach lecz była coraz bliżej uwolnienia się.
Tortury trwały, krzyki nie ustawały, a niespokojne myśli krążyły po magazynie jak złe duchy. Kałuża krwi obok mnie powiększała się z każdą sekundą a twarz Eryka wyrażała coraz większą rozpacz. Mimo, że cierpiałam coraz bardziej, nie poddawałam się. Udało mi się. Wyjęłam obie ręce i uderzyłam tego potwora. Był to tak niespodziewany i mocny cios, że uzyskałam czas aby odwiązać zmasakrowane nogi. Wstałam z wielkim bólem i chwiejnymi nogami przeszłam kilka kroków. Otumaniony oprawca popatrzył na mnie i momentalnie, zrozumiał, że próbuję uciec. Bez problemu powalił mnie na podłogę i zaśmiewając się wrócił do poprzedniej czynności. Wyrysował na moim przedramieniu dziwny kształt, jakby zniekształcone "O". Zebrałam w sobie siły i przy najbliższej okazji ugryzłam go w dłoń. Krzyczał z bólu. Wykorzystałam z tej chwili nie uwagi. Tak bardzo mnie nienawidził. I nie zamierzał pozostawić przy życiu. Stanęłam i popatrzyłam na Eryka, który śledził wszystkie moje poczynania. Kazał mi walczyć. Uciekać. Zdezorientowani mężczyźni bezsilnością szefa, patrzyli na mnie. Eryk wyrwał się gdy chwilę rozluźnili uściski i ruszył w moją stronę. Weszliśmy w labirynt wąskich korytarzy, ścigani przez tych ludzi. Mieliśmy małe szanse na ucieczkę zwłaszcza w moim stanie. Eryk trzymał moje ręce i popychał mnie w stronę wyjścia. Nasi prześladowcy byli bardzo blisko. Biegliśmy przez wąski korytarz. Byliśmy coraz bliżej. Ja też. Ale bliżej śmierci. Obraz ciągle przesłaniała mi mgła. W końcu dotarliśmy do wyjścia i znaleźliśmy się na zewnątrz. Wiedziałam, że zaraz nas znajdą, zaraz nas dogonią.
- Zostaw mnie. - szepnęłam.
- Nie.
- Zaraz nas złapią. - krzyki napastników były coraz wyraźniejsze. - zostaw mnie. Uciekaj.
Nie odpowiedział. Widząc, że nie potrafię ustać na nogach wziął mnie na ręce. Kiedy ostatni raz miałam okazje znaleźć się w tym cudownym miejscu? Eryk dzielnie biegł w stronę ulicy. Magda, nie mdlej. Nie rób tego. Dasz radę.
Byliśmy już blisko ulicy ale wiedziałam, że był już zmęczony. Ja coraz mnie rozumiałam. Zmysły były jakby otumanione lecz ból nie ustawał. Eryk nie wiedząc co zrobić, wszedł do najbliższego sklepu i zaczął błagać o pomoc. Starsza kobieta z przerażeniem spoglądała na moje zakrwawione ciało i wskazała Erykowi drzwi do pomieszczenia gdzie mieliśmy się schronić. Chłopak położył mnie na stosie tkanin, lecz ja już mało czuła, mało słyszałam i widziałam. Po chwili zaczął nasłuchiwać odgłosów ze sklepu. Chyba to nasi oprawcy. Szukali nas. Lecz nie widziałam sensu aby nas szukać. Dostali to, czego chcieli.
- Magda, dasz radę, nie umieraj. Jesteś najsilniejszą osobą na świecie. Nie pozwól, żeby wygrali i nie zostawiaj mnie. Kocham cię.
I właśnie takie słowa chciałam usłyszeć przed śmiercią. Życie jednak jest piękne.
A co mnie przy nim trzymało?...
Gdy tylko otworzyłam oczy, miałam ochotę zamknąć je z powrotem ale Edward już zauważył, że się obudziłam. Czułam się taka słaba. Nikt oczywiście nie wziął tego pod uwagę i zostałam zmuszona wysłuchać kazań Edwarda, babci, Ami i Tomka. Sprowadzili ich chyba tylko po to, żeby zrobić mi na złość. Na szczęście w połowie dramatycznego przemówienia babci, przyszła pielęgniarka wybawiając mnie słowami.
- Pacjentka, jest zmęczona. Straciła bardzo dużo krwi. Proszę ją odwiedzić jutro.
Z wdzięcznością popatrzyłam na pielęgniarkę i w jednej chwili pogrążyłam się w głębokim śnie...
Kilka dni później wypisano mnie ze szpitala. Nadal byłam osłabiona a moje rany nie prezentowały się najlepiej lecz mój stan nie był już krytyczny. Eryk nadal się ze mną nie kontaktował. Facet w magazynie twierdził, że jest mordercą. Że jest potworem. Ale twierdził również, że to mnie kocha najbardziej. Podobno był w szpitalu kiedy byłam nieprzytomna. Lecz pomimo tego co się stało on chyba nadal mnie nie chciał. Zastanawiałam się dlaczego taki inteligentny człowiek jak on nie może zrozumieć, że razem cierpimy ale oddzielnie krzywdzimy siebie jeszcze bardziej. Przynajmniej takie było moje zdanie... Gdy zmuszona byłam siedzieć bezczynnie w pokoju i odpoczywać usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Rzuciłam tylko obojętne "Proszę" i dalej pochłonęło mnie oglądanie panoramy miasta. Tego pięknego i szalonego miasta.
- Hej.
Momentalnie zadrżałam pod wpływem tego głosu. Nie było wątpliwości do kogo on należał.
Odwróciłam się i zatonęłam w głębi tych oczu. Nie mogłam przyzwyczaić się do tego jak na mnie działały.
- Co tutaj robisz? - zapytałam cicho lecz w jego głowie znalazłam już odpowiedzi na wszystkie nurtujące mnie pytania.
- Komplikuję sobie życie. - powiedział tuż przy moich wargach.
I pocałował mnie tak jak nigdy dotąd, a ja zrobiłam to samo. Przycisnął mnie do siebie pragnąc mojej bliskości a ja poczułam okropny ból w ręce. Ale czymże był ból w tej chwili?
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
No i jak się wam podoba? Chcecie abym kontynuowała opowiadanie? Bardzo proszę aby każdy kto dotrwa do końca pozostawił po sobie ślad w postaci komentarza. :)
;*
- Mówiłem... miałeś... a co jeśli... nasz... nawet... i to będzie...
Czy to niebo? Czy to piekło? Czy już po wszystkim? Umarłam?
- To... on... nie... musiałem... żyje...
Urywki rozmowy jakie dosłyszałam, sygnalizowały, że chyba jednak żyłam. Coś się stało. Powoli, powolutku do mojego mózgu docierało coraz więcej informacji. Słyszałam wiele tak niespokojnych, agresywnych myśli. I przy pomocy tego, czego dowiadywałam się z głów tych ludzi przypominałam sobie kolejne fakty. I, że wszystko co się ostatnio działo, nie było dziełem przypadku. Gdy otworzyłam oczy ujrzałam stary, opuszczony magazyn. Walało się tu mnóstwo rzeczy, a w oddali, gdzieś za wielką stertą gratów słyszałam stłumione głosy. Potworny ból głowy, ręki i nogi sygnalizował, że coś jest nie tak. A jak miało być cokolwiek na "tak" skoro byłam przywiązana do krzesła?
Modliłam się aby ci ludzie zapomnieli o mnie, nie zbliżali się na krok, bo byłam pewna, że ich intencję wobec mnie nie są dobre.
Najwyraźniej nikt nie chciał wysłuchać moich próśb.
- No proszę, jednak żyje. Już myślałem, że się nie obudzi.
Powiedział wyłaniający się zza piramidy mężczyzna. Oślepiające światło lampy ciągle nie pozwalało mi w pełni dostrzec sylwetki wyłaniających się postaci.
- Idź po szefa. - szepnął do drugiego chłopaka.
Nadal nie rozumiałam, po co ta cała szopka. Chcieli mnie zabić, nie wiadomo za co, więc niech zrobią to chociaż dobrze. Słyszałam, że człowiek, który został ze mną w pewnym sensie mi współczuję ale chyba tylko dlatego, że sam bał się owego "szefa".
Pogwizdywał cicho i od czasu do czasu coś do mnie powiedział. Lecz moje usta były zaklejone taśmą. Czego ode mnie chcieli? Po chwili usłyszałam ciężkie kroki, tak jakby ktoś kulał. Moje serce zabiło szybciej, instynktownie czując zagrożenie.
- To ona? - zapytał zdziwionym głosem mężczyzna o kruczoczarnych włosach. Jego już nie najmłodszą twarz przeszywała głęboka blizna. - na pewno ona? No cóż całkiem przeciętna. Ale chyba nie jest tak całkiem zwykła skoro zauroczyła Eryczka bardziej niż tamta. - uśmiechnął się krzywo i podszedł bliżej mnie.
- Oj biedna. Nikt ci nie powiedział dlaczego tu jesteś? Smutne. - patrzyłam na niego twarzą wypraną z wszelkich emocji. Jego twarz znalazła się niebezpiecznie blisko mojej. - Nie martw się, nie długo się dowiesz. - powiedział tuż przy moim uchu.
Poczułam dziwną mieszankę smrodu gdy już się ode mnie odsunął. Jęknęłam.
- Spokojnie. Nie długo się zobaczycie. Prawdopodobnie już za chwilę.
W głowie"szefa" ciągle pojawiały się obrazy. Moje obrazy. Mojej śmierci. Coraz bardziej mnie to przerażało ale jeszcze bardziej przeraziłam się słysząc szybkie kroki i moje imię wykrzyczane wręcz panicznie.
- Uciekaj, uciekaj! To pułapka! - mówiłam w głowie ale wiedziałam, że to nic nie da. Zaczęłam więc krzyczeć, choć taśma nie przepuszczała mojego głosu. Słyszałam jak bardzo się boi. A jego krzyki były coraz wyraźniejsze. Eryk wbiegł i zatrzymał się gwałtownie. Wzrok od razu skierował na mnie. A potem na mężczyznę który siedział koło mnie.
- Cieszę się że znów się widzimy. - powiedział uśmiechając się do Eryka.
Nie odpowiedział. Jego klatka piersiowa niespokojnie falowała a oczy już wyrażały ból patrząc na mnie. A moje serce biło w szaleńczym tempie.
- Mam rozumieć, że niczego jej nie powiedziałeś?
Brak odpowiedzi.
- Aha. No ta posłuchaj mnie Madziu. - teraz przeniósł wzrok na mnie. - Twój ukochany Eryk, jest mordercą. Tak, zwykłym mordercą.
Patrzyłam na niego nie do końca rozumiejąc o czym mówił. Eryk nie mógł być mordercą. Był na to za dobry, zbyt idealny.
- Patrzył jak mój brat cierpi umierając. Umierając przez niego. Miał wtedy piętnaście lat. Miał przed sobą całe życie, cały świat, niezliczone możliwości. Ale ON to wszystko zniszczył i nigdy nie został pokarany. On nadal żył pełnią a mój brat już nigdy nie otworzył oczu.
Teraz krzyczał mi to wszystko w twarz.
Widziałam, że Eryk wyrywał się abym mnie uwolnić, ale stalowe uściski napastników nie pozwalały mu.
- Więc teraz on będzie patrzył, jak jego najdroższa osoba umiera w mękach.
Co? Nic nie rozumiałam.
- Przez ostatnie dni robiłem testy. I wiesz co? - zapytał bawiąc się ostrym, ząbkowanym nożem jaki trzymał w dłoniach. - nie zmartwił się tak bardzo ani tą lalą Alex, ani swoim najlepszym kumplem, ani nikim z rodziny. Tylko tobą.
Widząc mieszaninę uczuć na mojej twarzy zaśmiał się sztucznie.
- Tak, tobą. A moje przekonanie potwierdziło to gdy tylko przyjechał na lotnisko, dowiedziawszy się, że coś ci się stanie.
Jeszcze chwila. Jeszcze chwila, a uwolnię jedną rękę z węzłów.
- Eryczek chcąc nie chcąc musi ponieść konsekwencje. To nie moja wina, że to właśnie ty.
Podszedł do mnie z nożem w ręku. Wiedziałam, że ciągle się waha. Lecz w tej chwili najbardziej bałam się o Eryka. Bo bez względu na wszystko on też miał umrzeć. Mężczyzna szybkim ruchem zerwał z moich ust taśmę. Czubkiem noża zaczął obrysowywać kontury moich ust. Poczułam charakterystyczny rdzawy, słony smak. Słyszałam krzyki Eryka. Krzyczał, że mam to wytrzymać. Robiłam co w mojej mocy ale gdy zerwał bandaże na mojej nodze, odsłonił głęboką ranę i zaczął drążyć ją nożem, zapomniałam, że mam być twarda. Później zabrał się za drugą, zdrową nogę. Słyszałam krzyki pełne bólu i rozpaczy. Jakieś odległe i obce ale wydobywające się z moich ust.
Moja ręka ciągle tkwiła w węzłach lecz była coraz bliżej uwolnienia się.
Tortury trwały, krzyki nie ustawały, a niespokojne myśli krążyły po magazynie jak złe duchy. Kałuża krwi obok mnie powiększała się z każdą sekundą a twarz Eryka wyrażała coraz większą rozpacz. Mimo, że cierpiałam coraz bardziej, nie poddawałam się. Udało mi się. Wyjęłam obie ręce i uderzyłam tego potwora. Był to tak niespodziewany i mocny cios, że uzyskałam czas aby odwiązać zmasakrowane nogi. Wstałam z wielkim bólem i chwiejnymi nogami przeszłam kilka kroków. Otumaniony oprawca popatrzył na mnie i momentalnie, zrozumiał, że próbuję uciec. Bez problemu powalił mnie na podłogę i zaśmiewając się wrócił do poprzedniej czynności. Wyrysował na moim przedramieniu dziwny kształt, jakby zniekształcone "O". Zebrałam w sobie siły i przy najbliższej okazji ugryzłam go w dłoń. Krzyczał z bólu. Wykorzystałam z tej chwili nie uwagi. Tak bardzo mnie nienawidził. I nie zamierzał pozostawić przy życiu. Stanęłam i popatrzyłam na Eryka, który śledził wszystkie moje poczynania. Kazał mi walczyć. Uciekać. Zdezorientowani mężczyźni bezsilnością szefa, patrzyli na mnie. Eryk wyrwał się gdy chwilę rozluźnili uściski i ruszył w moją stronę. Weszliśmy w labirynt wąskich korytarzy, ścigani przez tych ludzi. Mieliśmy małe szanse na ucieczkę zwłaszcza w moim stanie. Eryk trzymał moje ręce i popychał mnie w stronę wyjścia. Nasi prześladowcy byli bardzo blisko. Biegliśmy przez wąski korytarz. Byliśmy coraz bliżej. Ja też. Ale bliżej śmierci. Obraz ciągle przesłaniała mi mgła. W końcu dotarliśmy do wyjścia i znaleźliśmy się na zewnątrz. Wiedziałam, że zaraz nas znajdą, zaraz nas dogonią.
- Zostaw mnie. - szepnęłam.
- Nie.
- Zaraz nas złapią. - krzyki napastników były coraz wyraźniejsze. - zostaw mnie. Uciekaj.
Nie odpowiedział. Widząc, że nie potrafię ustać na nogach wziął mnie na ręce. Kiedy ostatni raz miałam okazje znaleźć się w tym cudownym miejscu? Eryk dzielnie biegł w stronę ulicy. Magda, nie mdlej. Nie rób tego. Dasz radę.
Byliśmy już blisko ulicy ale wiedziałam, że był już zmęczony. Ja coraz mnie rozumiałam. Zmysły były jakby otumanione lecz ból nie ustawał. Eryk nie wiedząc co zrobić, wszedł do najbliższego sklepu i zaczął błagać o pomoc. Starsza kobieta z przerażeniem spoglądała na moje zakrwawione ciało i wskazała Erykowi drzwi do pomieszczenia gdzie mieliśmy się schronić. Chłopak położył mnie na stosie tkanin, lecz ja już mało czuła, mało słyszałam i widziałam. Po chwili zaczął nasłuchiwać odgłosów ze sklepu. Chyba to nasi oprawcy. Szukali nas. Lecz nie widziałam sensu aby nas szukać. Dostali to, czego chcieli.
- Magda, dasz radę, nie umieraj. Jesteś najsilniejszą osobą na świecie. Nie pozwól, żeby wygrali i nie zostawiaj mnie. Kocham cię.
I właśnie takie słowa chciałam usłyszeć przed śmiercią. Życie jednak jest piękne.
A co mnie przy nim trzymało?...
Gdy tylko otworzyłam oczy, miałam ochotę zamknąć je z powrotem ale Edward już zauważył, że się obudziłam. Czułam się taka słaba. Nikt oczywiście nie wziął tego pod uwagę i zostałam zmuszona wysłuchać kazań Edwarda, babci, Ami i Tomka. Sprowadzili ich chyba tylko po to, żeby zrobić mi na złość. Na szczęście w połowie dramatycznego przemówienia babci, przyszła pielęgniarka wybawiając mnie słowami.
- Pacjentka, jest zmęczona. Straciła bardzo dużo krwi. Proszę ją odwiedzić jutro.
Z wdzięcznością popatrzyłam na pielęgniarkę i w jednej chwili pogrążyłam się w głębokim śnie...
Kilka dni później wypisano mnie ze szpitala. Nadal byłam osłabiona a moje rany nie prezentowały się najlepiej lecz mój stan nie był już krytyczny. Eryk nadal się ze mną nie kontaktował. Facet w magazynie twierdził, że jest mordercą. Że jest potworem. Ale twierdził również, że to mnie kocha najbardziej. Podobno był w szpitalu kiedy byłam nieprzytomna. Lecz pomimo tego co się stało on chyba nadal mnie nie chciał. Zastanawiałam się dlaczego taki inteligentny człowiek jak on nie może zrozumieć, że razem cierpimy ale oddzielnie krzywdzimy siebie jeszcze bardziej. Przynajmniej takie było moje zdanie... Gdy zmuszona byłam siedzieć bezczynnie w pokoju i odpoczywać usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Rzuciłam tylko obojętne "Proszę" i dalej pochłonęło mnie oglądanie panoramy miasta. Tego pięknego i szalonego miasta.
- Hej.
Momentalnie zadrżałam pod wpływem tego głosu. Nie było wątpliwości do kogo on należał.
Odwróciłam się i zatonęłam w głębi tych oczu. Nie mogłam przyzwyczaić się do tego jak na mnie działały.
- Co tutaj robisz? - zapytałam cicho lecz w jego głowie znalazłam już odpowiedzi na wszystkie nurtujące mnie pytania.
- Komplikuję sobie życie. - powiedział tuż przy moich wargach.
I pocałował mnie tak jak nigdy dotąd, a ja zrobiłam to samo. Przycisnął mnie do siebie pragnąc mojej bliskości a ja poczułam okropny ból w ręce. Ale czymże był ból w tej chwili?
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
No i jak się wam podoba? Chcecie abym kontynuowała opowiadanie? Bardzo proszę aby każdy kto dotrwa do końca pozostawił po sobie ślad w postaci komentarza. :)
;*
czwartek, 21 maja 2015
Rozdział 18 ♥ ~ obserwator
You've got something I need,
In this world full of people there’s one killing me
And if we only die once I wanna die with you...
Obudziłam się, gdy tylko słońce wzeszło nad horyzont i wyjęłam słuchawki z uszu. Edward nadal spał i delikatnie się uśmiechał. Ciekawe o czym śni. Pytanie, czy na pewno chcę wiedzieć. Wstałam i podeszłam do okna podziwiając panoramę zaspanego miasta. Było tu naprawdę pięknie ale mimo to, nie żałowałam że jutro wyjeżdżam. Było tu zbyt dużo emocji, zbyt wiele bólu. Wszystko było tu zbyt. Ubrałam się i szybko uczesałam. Postanowiłam iść dzisiaj na zakupy. Co by powiedziała Ami, gdybym nic jej nie przywiozła. Tak za nią tęskniłam, za jej uśmiechem i pogodą ducha. Wyszłam z pokoju i cicho zamknęłam drzwi, ponieważ nie chciałam budzić Edwarda. Wyszłam z hotelu i skierowałam się w stronę centrum. Miałam tam dość długą drogę, ale miałam nadzieję, że wiatr orzeźwi trochę mój umysł. Ciągle gdzieś tam, w zakamarkach mojego umysłu zamieszkał On i nie chciał się wynieść... Szłam ulicami miasta i myślałam o ostatnich dniach. Bez wyrazu, zamazane, niewidoczne. Jak gdybym miała zanik pamięci i dopiero teraz przypominam sobie kolejne fakty. Co robiłam, gdzie byłam, z kim rozmawiałam. Wszytko przesłaniała mi mgła. Dotarłam w końcu do ogromnego centrum handlowego. Miałam chyba jakąś paranoje, bo ciągle miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuję. W tłoku nie słyszałam żadnych niepokojących myśli. Tak, w wieku osiemnastu lat zamkną w szpitalu psychiatrycznym i podłączą do tysiąca kabelków. Później będą robić na mnie testy i stanę się królikiem doświadczalnym szalonego doktorka. To właśnie dlatego nikomu nie zdradzałam moich "umiejętności". Chodziłam po sklepach, a ktoś chodził za mną. Albo i nie chodził. Czułam się jak w jakimś głupim filmie. Idę i wydaję mi się, że ktoś jest za mną, obracam się i nikogo nie ma. Zupełnie jak w filmie. Wychodząc z centrum, postanowiłam ignorować to idiotyczne uczucie. Wracałam, w miarę możliwości, szybkim krokiem. Na ulicach kłębiły się tłumy zwiedzających ludzi. Chcą, nie chcąc, zostałam wepchnięta w tłumy. Wydawało mi się, że zaraz się uduszę. Udało mi się przejść na drugą stronę ulicy. Odetchnęłam chwilę, ale poczułam nagle jakiś ucisk na plecach. Wypchnięta na środek drogi, stałam zdezorientowana tą całą sytuacją. Chciałam podnieść torbę, którą upuściłam ale gdy się obróciłam zobaczyłam rozpędzony samochód zmierzający prosto w moją stronę. Najwyraźniej nie miał zamiaru się zatrzymać. A ja nic nie robiłam. Osłupiała i zdziwiona swoją własną bezsilnością. I zauważyłam tylko jak jakiś chłopak patrzy na mnie z przerażeniem w oczach, a później rzuca się na mnie, niczym dzikie zwierzę lub jakiś Superman. Po chwili zdałam sobie sprawę, że owy Superman leży na mnie, na ulicy i uśmiecha się, trochę nieśmiałym ale i szalonym uśmiechem. I, że właśnie uratował mi życie.
- Boże... - szepnął i sturlał się na chodnik obok mnie. - nic ci nie jest? - zapytał po angielsku.
- Nie, nie. - odpowiedziałam nadal w szoku.
Wstał i podał mi rękę, abym mogła wstać ale kiedy ścisnął moją dłoń, syknęłam z bólu.
- Na pewno nic? - zapytał a jego ciemnoniebieskie oczy zabłyszczały.
- To nic takiego. - powiedziałam, bo rzeczywiście nadal nic nie czułam.
Wstałam i podniosłam torby leżące na ulicy. Szalonego kierowcy już nie było.
- Może zawieść cię do szpitala? - zapytał Francuz patrząc na mnie z troską.
- O nie. - powiedziałam.
Chciałam by zabrzmiało to stanowczo ale mój głos nadal był roztrzęsiony.
Znacząco spojrzał na moje krwawiące kolano. Tego też w ogóle nie czułam.
Nie chciałam się z nim kłócić więc pojechaliśmy do szpitala. Było tam jak zwykle. Biało, śmierdząco, przygnębiająco. Okazało się, że mam tylko bardzo stłuczony nadgarstek i ranę ciągnącą się od kolana do połowy łydki. Wyglądało to naprawdę źle. Bardzo współczułam pielęgniarce, bo ja sama nie mogłam na to patrzeć. Ale Francuz dzielnie trzymał się mojego boku. Nie zadziwiała go żadna ilość krwi ani żadna rana. Chcieli mnie jeszcze zatrzymać na obserwacje ale nie zgodziłam się, bo przecież już jutro miałam wyjazd. Bardzo zdziwił mnie fakt, że nikt nie wspomniał o wezwaniu policji. W końcu byłam prawie martwa. Prawie, bo cudem mnie nie przejechano. Przecież ten samochód był tak blisko. Tak blisko do śmierci. Gdy wychodziła ze szpitala z zabandażowanym nadgarstkiem, nogą i Francuzem-supermanem u boku, przypomniało mi się, że przecież Edward o niczym nie wie. To by wyjaśniało tych dziesięć nieodebranych połączeń.
- Heej. Żyjesz? - z zamyślenia wyrwał mnie mój wybawca.
- Tak, tak, przepraszam. Co mówiłeś?
- Gdzie cię podwieźć? - powiedział, potrząsając swoją blond czupryną.
Podałam mu adres hotelu. Jechaliśmy rozmawiając o całym dzisiejszym dniu. Gdy wysiadałam z samochodu, przypomniałam sobie, że nawet mu nie podziękowałam.
- Miałaś szczęście, że tam byłem. - powiedział z szerokim uśmiechem.
- Jasne. - odwzajemniłam gest ale moja głowa znajdowała się gdzieś w Ameryce Południowej. - A tak w ogóle to bardzo dziękuję. Jestem twoją dozgonną dłużniczką.
- Drobiazg. - uścisnął moja zdrową rękę, którą wyciągnęłam w jego stronę.
Już chciałam odchodzić ale wiedziałam, że ma zamiar mnie zatrzymać. I co chce mi powiedzieć. Czasami naprawdę nienawidziłam bycia taką przewidywalną.
- Wiesz, jesteś teraz moją dozgonną dłużniczką więc może znajdziesz czas na jakieś spotkanie? - Niestety jutro już mnie tu nie będzie. Wracam już do Polski. - ups.
Widziałam jego zdezorientowaną minę i rozczarowanie.
- Ale może kiedyś... - powiedziałam.
- Może. - odpowiedział.
Odeszłam w stronę hotelu a on odprowadził mnie wzrokiem swych ciemnoniebieskich oczu. W sumie był świetnym chłopakiem, ale... Ja byłam nadal pozbawiona serca. Zostawiłam je gdzieś tam, daleko stąd. Nadal było rozbite na miliony kawałeczków i szukało siebie. Powoli układało te puzzle.
Weszłam do pokoju, pewna, że zaraz zerwie się wiatr słów, krzyków i pretensji.
- Magda, gdzie ty byłaś? Co ci jest? Co się stało? Kto to był? Dlaczego nie odbierałaś telefonu?!...
Gdy już w końcu wszytko z siebie wyrzucił, opowiedziałam mu beznamiętnie moją "przygodę". Otworzył usta z przerażenia, patrząc na bandaże na nodze i nadgarstku. Po setnym zapewnieniu, że nic mi nie jest, dał mi spokój. Zjadłam hotelowy obiad, ale nie mogłam stwierdzić czy mi smakował czy nie. Równie dobrze mogłabym zjeść jedzenie ze śmietnika. Wszystko miało taki smak, ale teraz zajmowała mnie pewna sprawa. Czy mój obserwator miał coś wspólnego z tym wypadkiem? Czy tajemniczy "ktoś" kiedykolwiek istniał? Czy to tylko moje chore urojenia? Przecież to wszystko mogło być tylko wytworem mojej wyobraźni. Mogło, ale nie musiało. Przez resztę dnia nie wychodziłam z hotelu i próbowałam czymś się zająć ale dziwne uczucie nie znikało ale wręcz przeciwnie - nasilało się. Następnego dnia byłam już spakowana i miałam wyruszać na lotnisko. Opuszczałam to miejsce, raczej bezpowrotnie. Przepraszam, Francjo. Najwyraźniej nie jesteśmy sobie pisane. Jechałam taksówką i myślałam, jak wiele się zdarzyło i jak potoczyło. I o tym jak mogło się potoczyć. Na lotnisku jeszcze czekaliśmy. Ciągle czułam się obserwowana. Dla zabicia czasu postanowiłam zrobić sobie wycieczkę do toalety. Gdy wracałam w tłumie wychwyciłam jakby znajome myśli, które po prostu krzyczały. I wtedy w tłumie zobaczyłam te oczy, które rozpoznałabym wszędzie. Przez ułamek sekundy błysnęła w nich jakby ulga ale później... Była tylko ta jedna, wielka, bezcielesna, bezkresna, czarna plama. I huk. I nic.
*-*-*-*-**-*-*-*-*-*-*-*
uff no i mamy kolejny rozdział :) przepraszam, że kazałam wam tak długo czekać ale złośliwość rzeczy martwych mnie zatrzymała ;/ oczywiście, rozdział ten (jak każdy) został napisany z nadzieją, że komuś się spodoba. Osobiście uważam, że jest beznadziejny ponieważ brak weny daje się we znaki :{ czekam na wasze opinie, rady i uwagi :) jeszcze raz serdecznie zapraszam do komentowania, bo to bardzo motywuje do dalszej pracy ♥
10 komentarzy = następny rozdział :)
In this world full of people there’s one killing me
And if we only die once I wanna die with you...
Obudziłam się, gdy tylko słońce wzeszło nad horyzont i wyjęłam słuchawki z uszu. Edward nadal spał i delikatnie się uśmiechał. Ciekawe o czym śni. Pytanie, czy na pewno chcę wiedzieć. Wstałam i podeszłam do okna podziwiając panoramę zaspanego miasta. Było tu naprawdę pięknie ale mimo to, nie żałowałam że jutro wyjeżdżam. Było tu zbyt dużo emocji, zbyt wiele bólu. Wszystko było tu zbyt. Ubrałam się i szybko uczesałam. Postanowiłam iść dzisiaj na zakupy. Co by powiedziała Ami, gdybym nic jej nie przywiozła. Tak za nią tęskniłam, za jej uśmiechem i pogodą ducha. Wyszłam z pokoju i cicho zamknęłam drzwi, ponieważ nie chciałam budzić Edwarda. Wyszłam z hotelu i skierowałam się w stronę centrum. Miałam tam dość długą drogę, ale miałam nadzieję, że wiatr orzeźwi trochę mój umysł. Ciągle gdzieś tam, w zakamarkach mojego umysłu zamieszkał On i nie chciał się wynieść... Szłam ulicami miasta i myślałam o ostatnich dniach. Bez wyrazu, zamazane, niewidoczne. Jak gdybym miała zanik pamięci i dopiero teraz przypominam sobie kolejne fakty. Co robiłam, gdzie byłam, z kim rozmawiałam. Wszytko przesłaniała mi mgła. Dotarłam w końcu do ogromnego centrum handlowego. Miałam chyba jakąś paranoje, bo ciągle miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuję. W tłoku nie słyszałam żadnych niepokojących myśli. Tak, w wieku osiemnastu lat zamkną w szpitalu psychiatrycznym i podłączą do tysiąca kabelków. Później będą robić na mnie testy i stanę się królikiem doświadczalnym szalonego doktorka. To właśnie dlatego nikomu nie zdradzałam moich "umiejętności". Chodziłam po sklepach, a ktoś chodził za mną. Albo i nie chodził. Czułam się jak w jakimś głupim filmie. Idę i wydaję mi się, że ktoś jest za mną, obracam się i nikogo nie ma. Zupełnie jak w filmie. Wychodząc z centrum, postanowiłam ignorować to idiotyczne uczucie. Wracałam, w miarę możliwości, szybkim krokiem. Na ulicach kłębiły się tłumy zwiedzających ludzi. Chcą, nie chcąc, zostałam wepchnięta w tłumy. Wydawało mi się, że zaraz się uduszę. Udało mi się przejść na drugą stronę ulicy. Odetchnęłam chwilę, ale poczułam nagle jakiś ucisk na plecach. Wypchnięta na środek drogi, stałam zdezorientowana tą całą sytuacją. Chciałam podnieść torbę, którą upuściłam ale gdy się obróciłam zobaczyłam rozpędzony samochód zmierzający prosto w moją stronę. Najwyraźniej nie miał zamiaru się zatrzymać. A ja nic nie robiłam. Osłupiała i zdziwiona swoją własną bezsilnością. I zauważyłam tylko jak jakiś chłopak patrzy na mnie z przerażeniem w oczach, a później rzuca się na mnie, niczym dzikie zwierzę lub jakiś Superman. Po chwili zdałam sobie sprawę, że owy Superman leży na mnie, na ulicy i uśmiecha się, trochę nieśmiałym ale i szalonym uśmiechem. I, że właśnie uratował mi życie.
- Boże... - szepnął i sturlał się na chodnik obok mnie. - nic ci nie jest? - zapytał po angielsku.
- Nie, nie. - odpowiedziałam nadal w szoku.
Wstał i podał mi rękę, abym mogła wstać ale kiedy ścisnął moją dłoń, syknęłam z bólu.
- Na pewno nic? - zapytał a jego ciemnoniebieskie oczy zabłyszczały.
- To nic takiego. - powiedziałam, bo rzeczywiście nadal nic nie czułam.
Wstałam i podniosłam torby leżące na ulicy. Szalonego kierowcy już nie było.
- Może zawieść cię do szpitala? - zapytał Francuz patrząc na mnie z troską.
- O nie. - powiedziałam.
Chciałam by zabrzmiało to stanowczo ale mój głos nadal był roztrzęsiony.
Znacząco spojrzał na moje krwawiące kolano. Tego też w ogóle nie czułam.
Nie chciałam się z nim kłócić więc pojechaliśmy do szpitala. Było tam jak zwykle. Biało, śmierdząco, przygnębiająco. Okazało się, że mam tylko bardzo stłuczony nadgarstek i ranę ciągnącą się od kolana do połowy łydki. Wyglądało to naprawdę źle. Bardzo współczułam pielęgniarce, bo ja sama nie mogłam na to patrzeć. Ale Francuz dzielnie trzymał się mojego boku. Nie zadziwiała go żadna ilość krwi ani żadna rana. Chcieli mnie jeszcze zatrzymać na obserwacje ale nie zgodziłam się, bo przecież już jutro miałam wyjazd. Bardzo zdziwił mnie fakt, że nikt nie wspomniał o wezwaniu policji. W końcu byłam prawie martwa. Prawie, bo cudem mnie nie przejechano. Przecież ten samochód był tak blisko. Tak blisko do śmierci. Gdy wychodziła ze szpitala z zabandażowanym nadgarstkiem, nogą i Francuzem-supermanem u boku, przypomniało mi się, że przecież Edward o niczym nie wie. To by wyjaśniało tych dziesięć nieodebranych połączeń.
- Heej. Żyjesz? - z zamyślenia wyrwał mnie mój wybawca.
- Tak, tak, przepraszam. Co mówiłeś?
- Gdzie cię podwieźć? - powiedział, potrząsając swoją blond czupryną.
Podałam mu adres hotelu. Jechaliśmy rozmawiając o całym dzisiejszym dniu. Gdy wysiadałam z samochodu, przypomniałam sobie, że nawet mu nie podziękowałam.
- Miałaś szczęście, że tam byłem. - powiedział z szerokim uśmiechem.
- Jasne. - odwzajemniłam gest ale moja głowa znajdowała się gdzieś w Ameryce Południowej. - A tak w ogóle to bardzo dziękuję. Jestem twoją dozgonną dłużniczką.
- Drobiazg. - uścisnął moja zdrową rękę, którą wyciągnęłam w jego stronę.
Już chciałam odchodzić ale wiedziałam, że ma zamiar mnie zatrzymać. I co chce mi powiedzieć. Czasami naprawdę nienawidziłam bycia taką przewidywalną.
- Wiesz, jesteś teraz moją dozgonną dłużniczką więc może znajdziesz czas na jakieś spotkanie? - Niestety jutro już mnie tu nie będzie. Wracam już do Polski. - ups.
Widziałam jego zdezorientowaną minę i rozczarowanie.
- Ale może kiedyś... - powiedziałam.
- Może. - odpowiedział.
Odeszłam w stronę hotelu a on odprowadził mnie wzrokiem swych ciemnoniebieskich oczu. W sumie był świetnym chłopakiem, ale... Ja byłam nadal pozbawiona serca. Zostawiłam je gdzieś tam, daleko stąd. Nadal było rozbite na miliony kawałeczków i szukało siebie. Powoli układało te puzzle.
Weszłam do pokoju, pewna, że zaraz zerwie się wiatr słów, krzyków i pretensji.
- Magda, gdzie ty byłaś? Co ci jest? Co się stało? Kto to był? Dlaczego nie odbierałaś telefonu?!...
Gdy już w końcu wszytko z siebie wyrzucił, opowiedziałam mu beznamiętnie moją "przygodę". Otworzył usta z przerażenia, patrząc na bandaże na nodze i nadgarstku. Po setnym zapewnieniu, że nic mi nie jest, dał mi spokój. Zjadłam hotelowy obiad, ale nie mogłam stwierdzić czy mi smakował czy nie. Równie dobrze mogłabym zjeść jedzenie ze śmietnika. Wszystko miało taki smak, ale teraz zajmowała mnie pewna sprawa. Czy mój obserwator miał coś wspólnego z tym wypadkiem? Czy tajemniczy "ktoś" kiedykolwiek istniał? Czy to tylko moje chore urojenia? Przecież to wszystko mogło być tylko wytworem mojej wyobraźni. Mogło, ale nie musiało. Przez resztę dnia nie wychodziłam z hotelu i próbowałam czymś się zająć ale dziwne uczucie nie znikało ale wręcz przeciwnie - nasilało się. Następnego dnia byłam już spakowana i miałam wyruszać na lotnisko. Opuszczałam to miejsce, raczej bezpowrotnie. Przepraszam, Francjo. Najwyraźniej nie jesteśmy sobie pisane. Jechałam taksówką i myślałam, jak wiele się zdarzyło i jak potoczyło. I o tym jak mogło się potoczyć. Na lotnisku jeszcze czekaliśmy. Ciągle czułam się obserwowana. Dla zabicia czasu postanowiłam zrobić sobie wycieczkę do toalety. Gdy wracałam w tłumie wychwyciłam jakby znajome myśli, które po prostu krzyczały. I wtedy w tłumie zobaczyłam te oczy, które rozpoznałabym wszędzie. Przez ułamek sekundy błysnęła w nich jakby ulga ale później... Była tylko ta jedna, wielka, bezcielesna, bezkresna, czarna plama. I huk. I nic.
*-*-*-*-**-*-*-*-*-*-*-*
uff no i mamy kolejny rozdział :) przepraszam, że kazałam wam tak długo czekać ale złośliwość rzeczy martwych mnie zatrzymała ;/ oczywiście, rozdział ten (jak każdy) został napisany z nadzieją, że komuś się spodoba. Osobiście uważam, że jest beznadziejny ponieważ brak weny daje się we znaki :{ czekam na wasze opinie, rady i uwagi :) jeszcze raz serdecznie zapraszam do komentowania, bo to bardzo motywuje do dalszej pracy ♥
10 komentarzy = następny rozdział :)
sobota, 16 maja 2015
Rozdział 17 ~ Zobacz, zapomnij.
Weszłam do windy. Jej tempo było jakieś wolne i monotonne. Kilka razy nacisnęłam guzik. A sobie wybrał moment, mój tajemniczy gość. Weszłam do hotelowej restauracji i zaczęłam rozglądać się za owym człowiekiem.
- Hej! Ty jesteś Magda? - krzyknął ktoś za mną.
Odwróciłam się. Moim oczom ukazała się piękna dziewczyna o kruczoczarnych włosach. Niewątpliwie była to młoda Francuzka. A za nią... Za nią stał Eryk.
- Tak... - powiedziałam cicho, lecz dziewczyna i tak mnie usłyszała bo dobiegła już do mnie. - kim jesteś?
- Co? Eryk nic ci nie powiedzieć? - zapytała po polsku.
- Nie rozumiem. - szepnęłam.
Nie chciałam nawet na niego patrzeć. Już teraz tak bardzo bolało.
- Jestem Alex. Dziewczyna Eryka. Słyszałam, że jesteś jego dobrą przyjaciółką i bardzo chciałam cię spotkać.
Bum. Bomba.
Szok.
No proszę. Jestem najlepszą przyjaciółką tego zakłamanego, perfidnego potwora. Od kiedy?
Czyli to był powód jego wyjazdu. Ma tu dziewczynę a ja byłam tylko zabawką.
A najgorsze, że ja nadal tak bardzo kocham tego zakłamanego, perfidnego potwora.
- Aha. - wydusiłam po chwili.
W sumie to mu się nie dziwię. Alex była piękna, elegancka i... Chociaż to dziwne nie mogłam jej znienawidzić. Bo jej umysł był jak łza. Czysty, bez najmniejszej skazy.
- Może usiądziemy?
Ugh. Ten melodyjny głos.
Bez słowa skierowałam się w stronę wolnego stolika.
- Długo jesteś we Francji? - zapytała.
Dziwne uczucie. Jak to możliwe, że miss świata siedzi przede mną i szczerzy do mnie te swoje śnieżnobiałe zęby. Jak ja miałam się czuć z sinymi śladami pod oczami, bez makijażu, w dresach i trampkach?
- Trzy dni.
- A na długo zostajesz?
- Tydzień.
W odpowiedzi znów oślepiła mnie blaskiem swoich zębów. Jak można mieć tak idealną twarz? Wykrzywiłam się, próbując odwzajemnić uśmiech ale wyglądało to raczej jak grymas. Nadal prowadziłyśmy przyjazną pogawędkę ale Eryk ciągle prezentował kamienną maskę. Nie myślał. Tak bardzo starał się nie myśleć w mojej obecności. Ciekawe, czy Alex nie interesowało dlaczego mój "dobry przyjaciel" próbuje w ogóle na mnie nie patrzeć.
- Wiele o tobie słyszałam. Organizuję dziś wieczorem małe przyjęcie i może miałabyś ochotę przyjść.
Na twarzy Eryka zagościła nagła zmiana ale po chwili znów zmienił się w maskę bez wyrazu.
Ta biedna dziewczyna nie wie, że za tą propozycję za kilka dni znajdzie się na dnie Sekwany.
- Nie wiem...
- Masz jakieś plany? - zapytała a na jej twarzy pojawił się niekłamany smutek.
- Nie... Ale źle się czuję...
- Mimo wszystko mam nadzieję, że przyjdziesz.
Podała mi adres. Eryk przeszywał mnie wzrokiem, niestety nie mogłam dojrzeć w nim jakichkolwiek emocji. Alex uściskała mnie serdecznie i wyszła z hotelu trzymając Eryka za rękę. Czując jak moje wnętrzności skręcają się z bólu, szybko oddaliłam się w stronę windy. Nienawidziłam go. Nie chciałam znać Eryka. A jednocześnie chciałam znać go jak najbliżej. I jak mógł to zrobić? Tak kłamać, ranić. To nie miało najmniejszego sensu. Leżałam na łóżku i myślałam.
Wróciłeś do mnie. Nie zapomniałeś. Nie odrzuciłeś. Jedyny mnie nie opuszczasz, bólu.
- Hej.
Edward wrócił ale udawałam, że śpię.
- Widzę, że nie śpisz.
Czy on też czytał w myślach?
Rzucił się koło mnie na łóżko.
- Oj, dziecko, dziecko. Już nigdzie cię nie zabiorę, jak masz tak reagować.
Odwróciłam się do niego tyłem.
- Oho, księżniczka ma zły humor. - westchnęłam głęboko - dobra, już daję ci spokój.
Po moim policzku spłynęła pojedyncza łza, którą pospiesznie starłam.
Pogrążyłam się w krótkim, lekkim śnie, który może wcale nie był snem.
Gdy się obudziłam Edwarda znowu nie było. Zostawił mi kartkę, że poszedł gdzieś ze swoimi znajomymi. Świetnie. Nie będę musiała mu się spowiadać. Bo jednak pójdę na to przyjęcie. Przyjechałam tu, do Paryża, żeby dowiedzieć się prawdy, a ponieważ chyba już dowiedziałam się wszystkiego co powinnam się dowiedzieć. Co mi szkodzi? Nic do stracenia. Nic do ukrycia. Tu skończę ten rozdział i rozpocznę kolejny.
Ponieważ miało to być wytworne przyjęcie założyłam czarną, prostą sukienkę. Pomalowałam się mocniej niż zwykle. Wiedziałam, że przy tej miss i tak będę prezentować się marnie ale nie miałam innej opcji. Operacji plastycznych nie robią chyba w takim tępię. Gdy wychodziłam z hotelu, natknęłam się na Edwarda. O, losie. Znajdź inną ofiarę.
- Wow Magda, gdzie się wybierasz? - zapytał, trzymając moje ręce. Cofnął się jakby chciał ocenić mój wygląd.
- A bo... Miałam gościa... Właściwie to gości i zaprosili mnie na przyjęcie. - powiedziałam, wyrzucając z siebie słowa jak rewolwer.
- Super. Idę z tobą. - widząc moją minę dodał - nie pozwolę byś doprowadziła się do... stanu nietrzeźwości.
- Przecież mnie znasz. Dam sobie radę.
Parsknął śmiechem. Mimo moich przekonań i tak poszedł za mną. Bałam się tylko jak zareaguje, gdy zobaczy Eryka. Chciałam tam pójść by jeszcze ostatni raz go spotkać. Zapamiętać i zapomnieć.
- To tutaj? - zapytał Edward.
Spojrzałam na kartkę. Adres się zgadzał. Dom do którego właśnie zmierzaliśmy był piękny i ogromny. Czy cokolwiek w tym miejscu było brzydkie?
Drzwi otworzyła mi nie kto inny, tylko miss świata.
- Och, Magda. Cieszę się, że jednak przyszłaś. - uściskała mnie i przeniosła wzrok na Edwarda.
- Widzę, że przyprowadziłaś ze sobą, kolegę. - w tym momencie posłała mu swój oszałamiający uśmiech - zapraszam.
- Ty masz takie znajome i nic mi nie mówisz? - pomyślał Edward, patrząc na mnie znacząco.
W odpowiedzi wzruszyłam tylko ramionami.
" Moja znajoma". Śmieszne. Wnętrze domu również było piękne. Urządzone w starym stylu. A co do towarzystwa to moje wyobrażenie mało różniło się od rzeczywistości. Sztywniacy w markowych ciuchach. Myślą, że są pępkiem świata. Eryka nie zauważyłam. Z jednej strony cieszyłam się, bo ból już trochę ustał ale z drugiej chciałam pożegnać się. Zatrzasnąć te drzwi i wyrzucić klucz. Edward zauroczył właśnie kilka pięknych dam, a ja rozmawiałam z chyba jedyną normalną dziewczyną w tym domu. Miałam na imię Olivia i była koleżanką Alex. Wyszłyśmy do ogrodu. Tutaj już tylko trochę słychać było muzykę. Przechadzałyśmy się pomiędzy rządkami różnokolorowych kwiatów.
- Nie dziwi cię, że Alex tak słabo mnie zna a już zaprosiła mnie na przyjęcie? - zapytałam.
- Ona zawsze tak robi. Jest bardzo ufna. A po drugie myślę, że zaprosiła cię ze względu na Eryka.
Uniosłam brwi na znak zdziwienia. Nie ciągnęłam dalej tego dziwnego tematu. Później niestety Olivia poszła. Postanowiłam iść w jej ślady, bo i tak nie miałam tu nic do roboty. Wracałam powoli do domu.
- Magda? - ciszę wokół mnie przerwał właśnie ten dźwięk wypowiadanego słowa.
Odwróciłam się i zobaczyłam Eryka wyłaniającego się znikąd.
- możemy porozmawiać?
- Już rozmawialiśmy. Odniosłam wrażenie, że przekazałeś mi wszystko co chciałeś.
Wow. Chyba zamieniam się w zimny powiew wiatru.
- Nie, nie wszystko. - jego głos ciągle był opanowany.
Spojrzałam tylko na niego i skinęłam głową. Szliśmy w milczeniu. Do czasu.
- Hmm? Co chciałeś mi powiedzieć?
- Nie chcę tego kończyć w ten sposób. Nie chcę, abyś zapamiętała mnie takiego, jaki byłem wtedy na moście, lub dzisiaj w hotelu.
Odwróciłam wzrok. Liczyłam kostki chodnika.
Fascynujące zajęcie. Polecam na nerwy.
- Naprawdę, nie chciałem aby wszystko tak wyszło. Wyjechałem, bo stan zdrowia mojej mamy rzeczywiście się pogorszył, a wtedy pojawiła się Alex. Była moim wsparciem i pocieszeniem. - ból - nie chciałem się do niej przywiązywać, bo pomimo swej urody i niezwykłego charakteru, miała jedną poważną wadę. - zdziwienie - Nie była tobą. - jeszcze większe zdziwienie - ale po czasie, wszystko się zmieniło. Niemyślenie o tobie coraz lepiej mi wychodziło, a Alex wykorzystywała te chwilę. I teraz po prostu się wyleczyłem. Poszedłem na odwyk. - znowu ból - nie chcę cię ranić. Nie chcę komplikować życia swojego i twojego. Tak będzie lepiej.
- Dla kogo? - szepnęłam.
- Dla nas. - powiedział patrząc mi w oczy.
Wiedział, że ja tak nie uważam. Słyszał ten niemy krzyk.
- Mówię prawdę. Wiem co czujesz. Bardzo niewyraźnie, ale wiem. I uwierz mi, że to będzie najlepsze rozwiązanie. Dlatego proszę cię o ostatnią rzecz. Tylko obiecaj mi, że dotrzymasz słowa.
- Obiecuję. - byłam jak w transie.
- Zapomnij o mnie. Ja zapomnę o tobie.
- Wiesz przecież, że nie będę potrafiła dotrzymać tego słowa.
- Spróbuj.
A teraz na jego twarzy pojawiło się wszystko. Staliśmy tak blisko siebie, lecz nikt nie miał odwagi, znowu "skomplikować sobie życia".
- Żegnaj. - powiedział i odszedł. Tak po prostu. Bez śladu.
Nie miałam po co tak stać, samotnie. Nie miałam nawet siły płakać. Moim celem było teraz zapomnieć. Edward prawie nie zauważył mojej zmiany. Był zbyt pochłonięty innymi rzeczami. Wróciliśmy do hotelu. Ja bez serca, Edward z wieloma sercami. Gdzie równowaga w przyrodzie? Następne kilka dni spędziłam na udawaniu, że wszystko jest dobrze. Powinno być dobrze ale nie było. Wszystko było rozwiązane. Skończone. Mimo wszystko nie mogłam, rozpocząć następnego rozdziału. Nie potrafiłam. Tkwiłam w tym ostatnim akapicie. Czytając go od nowa i od nowa, od nowa. Bo teraz nie czułam już bólu, tylko tą przerażającą pustkę.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
Hej :) mam nadzieję, że podoba wam się ten rozdział. Przepraszam, że dodaję dopiero teraz ale miałam bardzo zajęty tydzień. ;/ zapraszam do szczerego komentowania :)
KOMENTUJESZ=MOTYWUJESZ
Bye ❤
- Hej! Ty jesteś Magda? - krzyknął ktoś za mną.
Odwróciłam się. Moim oczom ukazała się piękna dziewczyna o kruczoczarnych włosach. Niewątpliwie była to młoda Francuzka. A za nią... Za nią stał Eryk.
- Tak... - powiedziałam cicho, lecz dziewczyna i tak mnie usłyszała bo dobiegła już do mnie. - kim jesteś?
- Co? Eryk nic ci nie powiedzieć? - zapytała po polsku.
- Nie rozumiem. - szepnęłam.
Nie chciałam nawet na niego patrzeć. Już teraz tak bardzo bolało.
- Jestem Alex. Dziewczyna Eryka. Słyszałam, że jesteś jego dobrą przyjaciółką i bardzo chciałam cię spotkać.
Bum. Bomba.
Szok.
No proszę. Jestem najlepszą przyjaciółką tego zakłamanego, perfidnego potwora. Od kiedy?
Czyli to był powód jego wyjazdu. Ma tu dziewczynę a ja byłam tylko zabawką.
A najgorsze, że ja nadal tak bardzo kocham tego zakłamanego, perfidnego potwora.
- Aha. - wydusiłam po chwili.
W sumie to mu się nie dziwię. Alex była piękna, elegancka i... Chociaż to dziwne nie mogłam jej znienawidzić. Bo jej umysł był jak łza. Czysty, bez najmniejszej skazy.
- Może usiądziemy?
Ugh. Ten melodyjny głos.
Bez słowa skierowałam się w stronę wolnego stolika.
- Długo jesteś we Francji? - zapytała.
Dziwne uczucie. Jak to możliwe, że miss świata siedzi przede mną i szczerzy do mnie te swoje śnieżnobiałe zęby. Jak ja miałam się czuć z sinymi śladami pod oczami, bez makijażu, w dresach i trampkach?
- Trzy dni.
- A na długo zostajesz?
- Tydzień.
W odpowiedzi znów oślepiła mnie blaskiem swoich zębów. Jak można mieć tak idealną twarz? Wykrzywiłam się, próbując odwzajemnić uśmiech ale wyglądało to raczej jak grymas. Nadal prowadziłyśmy przyjazną pogawędkę ale Eryk ciągle prezentował kamienną maskę. Nie myślał. Tak bardzo starał się nie myśleć w mojej obecności. Ciekawe, czy Alex nie interesowało dlaczego mój "dobry przyjaciel" próbuje w ogóle na mnie nie patrzeć.
- Wiele o tobie słyszałam. Organizuję dziś wieczorem małe przyjęcie i może miałabyś ochotę przyjść.
Na twarzy Eryka zagościła nagła zmiana ale po chwili znów zmienił się w maskę bez wyrazu.
Ta biedna dziewczyna nie wie, że za tą propozycję za kilka dni znajdzie się na dnie Sekwany.
- Nie wiem...
- Masz jakieś plany? - zapytała a na jej twarzy pojawił się niekłamany smutek.
- Nie... Ale źle się czuję...
- Mimo wszystko mam nadzieję, że przyjdziesz.
Podała mi adres. Eryk przeszywał mnie wzrokiem, niestety nie mogłam dojrzeć w nim jakichkolwiek emocji. Alex uściskała mnie serdecznie i wyszła z hotelu trzymając Eryka za rękę. Czując jak moje wnętrzności skręcają się z bólu, szybko oddaliłam się w stronę windy. Nienawidziłam go. Nie chciałam znać Eryka. A jednocześnie chciałam znać go jak najbliżej. I jak mógł to zrobić? Tak kłamać, ranić. To nie miało najmniejszego sensu. Leżałam na łóżku i myślałam.
Wróciłeś do mnie. Nie zapomniałeś. Nie odrzuciłeś. Jedyny mnie nie opuszczasz, bólu.
- Hej.
Edward wrócił ale udawałam, że śpię.
- Widzę, że nie śpisz.
Czy on też czytał w myślach?
Rzucił się koło mnie na łóżko.
- Oj, dziecko, dziecko. Już nigdzie cię nie zabiorę, jak masz tak reagować.
Odwróciłam się do niego tyłem.
- Oho, księżniczka ma zły humor. - westchnęłam głęboko - dobra, już daję ci spokój.
Po moim policzku spłynęła pojedyncza łza, którą pospiesznie starłam.
Pogrążyłam się w krótkim, lekkim śnie, który może wcale nie był snem.
Gdy się obudziłam Edwarda znowu nie było. Zostawił mi kartkę, że poszedł gdzieś ze swoimi znajomymi. Świetnie. Nie będę musiała mu się spowiadać. Bo jednak pójdę na to przyjęcie. Przyjechałam tu, do Paryża, żeby dowiedzieć się prawdy, a ponieważ chyba już dowiedziałam się wszystkiego co powinnam się dowiedzieć. Co mi szkodzi? Nic do stracenia. Nic do ukrycia. Tu skończę ten rozdział i rozpocznę kolejny.
Ponieważ miało to być wytworne przyjęcie założyłam czarną, prostą sukienkę. Pomalowałam się mocniej niż zwykle. Wiedziałam, że przy tej miss i tak będę prezentować się marnie ale nie miałam innej opcji. Operacji plastycznych nie robią chyba w takim tępię. Gdy wychodziłam z hotelu, natknęłam się na Edwarda. O, losie. Znajdź inną ofiarę.
- Wow Magda, gdzie się wybierasz? - zapytał, trzymając moje ręce. Cofnął się jakby chciał ocenić mój wygląd.
- A bo... Miałam gościa... Właściwie to gości i zaprosili mnie na przyjęcie. - powiedziałam, wyrzucając z siebie słowa jak rewolwer.
- Super. Idę z tobą. - widząc moją minę dodał - nie pozwolę byś doprowadziła się do... stanu nietrzeźwości.
- Przecież mnie znasz. Dam sobie radę.
Parsknął śmiechem. Mimo moich przekonań i tak poszedł za mną. Bałam się tylko jak zareaguje, gdy zobaczy Eryka. Chciałam tam pójść by jeszcze ostatni raz go spotkać. Zapamiętać i zapomnieć.
- To tutaj? - zapytał Edward.
Spojrzałam na kartkę. Adres się zgadzał. Dom do którego właśnie zmierzaliśmy był piękny i ogromny. Czy cokolwiek w tym miejscu było brzydkie?
Drzwi otworzyła mi nie kto inny, tylko miss świata.
- Och, Magda. Cieszę się, że jednak przyszłaś. - uściskała mnie i przeniosła wzrok na Edwarda.
- Widzę, że przyprowadziłaś ze sobą, kolegę. - w tym momencie posłała mu swój oszałamiający uśmiech - zapraszam.
- Ty masz takie znajome i nic mi nie mówisz? - pomyślał Edward, patrząc na mnie znacząco.
W odpowiedzi wzruszyłam tylko ramionami.
" Moja znajoma". Śmieszne. Wnętrze domu również było piękne. Urządzone w starym stylu. A co do towarzystwa to moje wyobrażenie mało różniło się od rzeczywistości. Sztywniacy w markowych ciuchach. Myślą, że są pępkiem świata. Eryka nie zauważyłam. Z jednej strony cieszyłam się, bo ból już trochę ustał ale z drugiej chciałam pożegnać się. Zatrzasnąć te drzwi i wyrzucić klucz. Edward zauroczył właśnie kilka pięknych dam, a ja rozmawiałam z chyba jedyną normalną dziewczyną w tym domu. Miałam na imię Olivia i była koleżanką Alex. Wyszłyśmy do ogrodu. Tutaj już tylko trochę słychać było muzykę. Przechadzałyśmy się pomiędzy rządkami różnokolorowych kwiatów.
- Nie dziwi cię, że Alex tak słabo mnie zna a już zaprosiła mnie na przyjęcie? - zapytałam.
- Ona zawsze tak robi. Jest bardzo ufna. A po drugie myślę, że zaprosiła cię ze względu na Eryka.
Uniosłam brwi na znak zdziwienia. Nie ciągnęłam dalej tego dziwnego tematu. Później niestety Olivia poszła. Postanowiłam iść w jej ślady, bo i tak nie miałam tu nic do roboty. Wracałam powoli do domu.
- Magda? - ciszę wokół mnie przerwał właśnie ten dźwięk wypowiadanego słowa.
Odwróciłam się i zobaczyłam Eryka wyłaniającego się znikąd.
- możemy porozmawiać?
- Już rozmawialiśmy. Odniosłam wrażenie, że przekazałeś mi wszystko co chciałeś.
Wow. Chyba zamieniam się w zimny powiew wiatru.
- Nie, nie wszystko. - jego głos ciągle był opanowany.
Spojrzałam tylko na niego i skinęłam głową. Szliśmy w milczeniu. Do czasu.
- Hmm? Co chciałeś mi powiedzieć?
- Nie chcę tego kończyć w ten sposób. Nie chcę, abyś zapamiętała mnie takiego, jaki byłem wtedy na moście, lub dzisiaj w hotelu.
Odwróciłam wzrok. Liczyłam kostki chodnika.
Fascynujące zajęcie. Polecam na nerwy.
- Naprawdę, nie chciałem aby wszystko tak wyszło. Wyjechałem, bo stan zdrowia mojej mamy rzeczywiście się pogorszył, a wtedy pojawiła się Alex. Była moim wsparciem i pocieszeniem. - ból - nie chciałem się do niej przywiązywać, bo pomimo swej urody i niezwykłego charakteru, miała jedną poważną wadę. - zdziwienie - Nie była tobą. - jeszcze większe zdziwienie - ale po czasie, wszystko się zmieniło. Niemyślenie o tobie coraz lepiej mi wychodziło, a Alex wykorzystywała te chwilę. I teraz po prostu się wyleczyłem. Poszedłem na odwyk. - znowu ból - nie chcę cię ranić. Nie chcę komplikować życia swojego i twojego. Tak będzie lepiej.
- Dla kogo? - szepnęłam.
- Dla nas. - powiedział patrząc mi w oczy.
Wiedział, że ja tak nie uważam. Słyszał ten niemy krzyk.
- Mówię prawdę. Wiem co czujesz. Bardzo niewyraźnie, ale wiem. I uwierz mi, że to będzie najlepsze rozwiązanie. Dlatego proszę cię o ostatnią rzecz. Tylko obiecaj mi, że dotrzymasz słowa.
- Obiecuję. - byłam jak w transie.
- Zapomnij o mnie. Ja zapomnę o tobie.
- Wiesz przecież, że nie będę potrafiła dotrzymać tego słowa.
- Spróbuj.
A teraz na jego twarzy pojawiło się wszystko. Staliśmy tak blisko siebie, lecz nikt nie miał odwagi, znowu "skomplikować sobie życia".
- Żegnaj. - powiedział i odszedł. Tak po prostu. Bez śladu.
Nie miałam po co tak stać, samotnie. Nie miałam nawet siły płakać. Moim celem było teraz zapomnieć. Edward prawie nie zauważył mojej zmiany. Był zbyt pochłonięty innymi rzeczami. Wróciliśmy do hotelu. Ja bez serca, Edward z wieloma sercami. Gdzie równowaga w przyrodzie? Następne kilka dni spędziłam na udawaniu, że wszystko jest dobrze. Powinno być dobrze ale nie było. Wszystko było rozwiązane. Skończone. Mimo wszystko nie mogłam, rozpocząć następnego rozdziału. Nie potrafiłam. Tkwiłam w tym ostatnim akapicie. Czytając go od nowa i od nowa, od nowa. Bo teraz nie czułam już bólu, tylko tą przerażającą pustkę.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
Hej :) mam nadzieję, że podoba wam się ten rozdział. Przepraszam, że dodaję dopiero teraz ale miałam bardzo zajęty tydzień. ;/ zapraszam do szczerego komentowania :)
KOMENTUJESZ=MOTYWUJESZ
Bye ❤
sobota, 9 maja 2015
Rozdział 16 ❤ ~ Spotkania
Stał tam i tylko lustrował mnie wzrokiem. Sprawdzał czy aby na pewno to jedna i ta sama osoba. Zastanawiał się po co tu przyszłam, dlaczego się tu znalazłam. Jego zaniepokojone myśli przeszywały mój umysł. Serce chciało wyrwać się z piersi i czym prędzej znaleźć się u boku Jego serca. Lecz moje ciało kierowane mózgiem chciało uciec, wracać, zapomnieć. I nie robiłam nic. Tylko stałam rozrywana przez potęgę serca i siłę umysłu. Miałam tylko nadzieję, że on czuje to samo.
Podeszłam do niego pewnym krokiem choć moje nogi odmawiały mi posłuszeństwa.
- Hej - przywitałam się lekko zachrypniętym głosem. Odchrząknęłam.
- Cześć.
Ciągle stał oniemiały. Czyżby nagle zamienił się w posąg? Czy tak bardzo trzymał się nadziei, że już nigdy mnie nie zobaczy?
Nie wiedziałam od czego zacząć, bo w sumie nie byłam już pewna czego chcę się dowiedzieć. Gdyby ktoś miałby w tym momencie zapytać mnie ile jest dwa razy dwa z pewnością odpowiedziałabym, że pięć.
- Wyjdźmy stąd. - usłyszałam jego myśl.
Przytaknęłam i skierowałam się do wyjścia. Eryk szedł tuż za mną. Mimo, że w kawiarni było dość głośno słyszałam jego szybki, dziwnie nierytmiczny oddech. Wyszliśmy z budynku. Było niemal bezchmurnie. Szliśmy po chodniku rozmawiając o "pogodzie", co nie miało dla mnie większego znaczenia.
- A więc o czym chcesz porozmawiać? - zapytał dziwnie chłodno, unikając mojego wzroku. Znajdowaliśmy się na drewnianym mostku. Szmer strumyka nie zagłuszał dudnienia mojego serca.
- Przyjechałam tu, aby upewnić się... Czy... - zaczęłam niepewnie. Przecież dobrze wiedział o co chcę zapytać.
- Chcesz wiedzieć dlaczego wyjechałem? Tak nagle bez pożegnania?
- Tak.
- Stan zdrowia mojej mamy gwałtownie się pogorszył i musiałem wrócić. - powiedział. Brzmiało to jak kwestia wyuczona na pamięć.
- Rozumiem. - odpowiedziałam.
- Coś jeszcze? - zapytał bezbarwnym głosem.
To już była przesada. Co niby mu zrobiłam, żeby tak mnie traktować?
- Tak. Odpowiedz mi dlaczego mnie zostawiłeś? Po co te wszystkie kłamstwa? Po co te wszystkie fałszywe uczucia i słowa? Przyjechałam tu bo łudziłam się jeszcze nadzieją, że cokolwiek co mi powiedziałeś było prawdą. Ale dopiero teraz rozumiem, że niepotrzebnie się trudziłam i niepotrzebnie cierpiałam.
Bum. Bomba eksplodowała.
Na jego twarzy malowało się zdezorientowanie po moim nagłym wybuchu. Później w jego oczach malowały się jakieś nieopisane uczucie. Najwyraźniej nie miał ochoty mi odpowiedzieć. Obróciłam się i już chciałam odchodzić gdy usłyszałam jego głos.
- Nie wszystko było kłamstwem.
Nie, wcale. Boże, dlaczego byłam taka ślepa. Czy ten Eryk w Polsce to tylko maska? Nie wiem. Chyba nawet go nie znam.
Szłam po pięknych ulicach. Nawet nie wiem kiedy ale z moich oczu zaczęły wydobywać się łzy. Czy ten człowiek, który mnie zauroczył, którego tak bardzo kochałam i potrzebowałam, kiedykolwiek istniał? Znalazłam się w jakimś parku. Usiadłam na ławce i zastanawiałam się jaki sens ma to wszystko wokół mnie. Po co mam ten dar, który i tak nic mi nie dawał. Nagle ktoś się do mnie przysiadł. Oczywiście nie był to nikt inny tylko Edward.
- Cicho. - szepnął kojąco gdy wtulałam się w niego. - nie warto. Nie warto płakać za kimś takim.
Szeptał czule i sam schował twarz w moich włosach. Wróciliśmy razem do hotelu. Było jeszcze południe, ale ja byłam już wykończona i gdy tylko zamknęłam oczy odpłynęłam w krainę snów. Marzyłam by zostać tam na zawsze. Gdy się obudziłam, słońce chowało się za horyzontem. Edward siedział obok mnie na łóżku i czytał książkę. Bardzo mnie to zdziwiło ponieważ nigdy nie był fanem czytania.
- Co robisz? - zapytałam cicho.
Podniósł wzrok znad książki. Uśmiechnął się szeroko.
- Nie wierzę. Ty czytasz. - sama odpowiedziałam sobie na to pytanie.
Zaśmiał się cicho.
- Wszystko jest możliwe. - powiedział.
Niestety, nie wszystko.
Wstałam z łóżka. Moja sukienka pogniotła się a rozmazany makijaż na bladej twarzy uczynił ze mnie jakiegoś okropnego kosmitę.
- Wow Edward dlaczego jeszcze nie uciekłeś? - zapytałam. Wyglądałam naprawdę przerażająco.
- Dlaczego? - zapytał zdziwiony.
Spojrzałam na niego robiąc wielkie oczy.
- No nie powiem, że wyglądasz zjawiskowo ale widziałem gorsze rzeczy.
Zrobił przy tym taką śmiesznie mądrą minę. Parsknęłam śmiechem. Poszłam do łazienki aby doprowadzić się do porządku. Zmyłam makijaż, uczesałam się w kitkę i ubrałam się w spódniczkę i ciemną bluzkę. Postanowiłam wyciągnąć Edwarda do jakiegoś klubu. W końcu mu się należało bo przyjechał tu nie tylko po to by niańczyć niezrównoważoną przyjaciółkę. A przy okazji miałam nadzieję, że oderwę się od rzeczywistości.
- Wstawaj - powiedziałam do Edwarda. - idziemy.
Mój stanowczy głos lekko go zdziwił.
- Gdzie?
- Do klubu.
Posłał mi zaskoczone spojrzenie ale uśmiechnął się tylko i nic nie powiedział. Poszedł tylko się odświeżyć. Wyszliśmy z hotelu trzymając się za ręce. Niektórzy może pomyśleliby, że jesteśmy zakochaną parą.
- To gdzie idziemy? - zapytał.
- Liczę na twoją inwencję twórczą. - powiedziałam z bladym uśmiechem. Z całych sił próbowałam odepchnąć od siebie pewne myśli.
- Okey. No to chodź. - powiedział i zaczął biec, ciągnąc mnie za sobą.
Doszliśmy do jakiegoś lokalu. Już teraz było tam mnóstwo ludzi. Usiedliśmy przy barze i zamówiliśmy dwa drinki. Popijaliśmy i śmialiśmy się. Już prawie zapomniałam o sytuacji z poprzedniej części dnia. Prawie. Później Edward porwał mnie do tańca. Nie powiem, był w tym świetny. Nie to co ja. Edward tańczył chyba z większością dziewczyn w klubie, kiedy ja siedziałam przy barze i popijałam drinki.
- Mogę się przysiąść? - zapytał mnie jakiś facet po angielsku z francuskim akcentem.
- Jasne.
Obdarował mnie olśniewającym uśmiechem. Miał niebieskie oczy i burze ciemnych włosów. Był bardzo przystojny. Po chwili rozmowy zabrał mnie w wir tańczących. Był to świetny taniec z równie świetnym partnerem. Przy spokojnej piosence, przyciągnął mnie do siebie. Po chwili zaczął składać pocałunki na mojej szyi. Jego śmiałość była bardzo przesadzona. Później odważnie znalazł moje usta. Nie chciałam tego pocałunku, pragnęła inny ust. Trochę mnie to przeraziło, ponieważ w ogóle się nie znaliśmy a jego ręce już nie spokojnie błądziły po moim ciele. Nie miałam jak się od niego oderwać a wszyscy wokół, zajęci tańcem nawet nie zauważyli co się dzieje. Nagle koło mnie pojawił się Edward z miną wojownika. Odepchnął a właściwie oderwał ode mnie tego chłopaka i wyciągnął z lawiny tańczących ludzi.
- Nic ci nie jest? - wykrzyczał mi do uch.
- Nie. - odpowiedziałam próbując przekrzyczeć muzykę.
Wszystko to było dla mnie trochę jak przez mgłę, ponieważ nie byłam do końca trzeźwa. Edward ciągle badawczo mi się przyglądał. Tchnięta tajemniczym impulsem zaprosiłam go do tańca. Był lekko zdziwiony, że tak nagle naszła mnie ochota do tańca. Po niezliczonej ilości przetańczonych piosenek a może po tylko jednej, znowu natchnął mnie nieznany impuls.
- Magda, opanuj się. - powiedział odrywając się ode mnie i jednocześnie kończąc nierozpoczęty jeszcze pocałunek.
- Przecież nic nie zrobiłam.
- Ale chciałaś.
Dlaczego tak łatwo rozpoznać moje plany?
- Chodź do hotelu.
- Po co?
Spojrzał na mnie znacząco.
- Ale ja nie jestem pijana. - powiedziałam po raz setny gdy szliśmy w stronę hotelu.
Puścił moją rękę a ja prawie się przewróciłam. Przed twardym upadkiem uchronił mnie mój przyjaciel.
- Naprawdę?
- Może tylko troszeczkę - powiedziałam mrużąc oczy.
Ja już chciałam wracać ale Edward znowu pokrzyżował moje plany. Westchnęłam teatralnie. Pod wpływem alkoholu mój mózg poddał się i nie broniłam się już przed natłokiem myśli. W końcu doszliśmy jakoś do pokoju. Nawet nie wiem jak.
- Idź spać.
- Nie. - odpowiedziałam jak małe dziecko.
Wiem, że nie chciał się ze mną sprzeczać a zwłaszcza, gdy nie byłam całkiem świadoma swoich czynów. Bez słowa położył się koło mnie i próbował zasnąć ale ja ciągle coś do niego mówiłam. Nie pamiętam co dokładnie.
- Magda uspokój się! Jest piąta! - oho, w końcu się zdenerwował. Był teraz odwrócony twarzą w moją stronę. Wstałam i rozebrałam się do bielizny. Położyłam się na łóżku i odwróciłam się w stronę Edwarda.
- Czy ty mnie próbujesz uwieść? - zapytał, hamując napad śmiechu.
- Coś ci się nie podoba? - odpowiedziałam.
Zaśmiał się tylko i zaczął wpatrywać się we mnie. Przysunęłam się do niego jeszcze bliżej.
- Magda, co ty wyrabiasz?
- Gaszę pożar i zszywam dziurę w moim wnętrzu. - szepnęłam i przyległam do niego całym ciałem.
Wiedziałam, że wyprowadziłam go z równowagi tymi słowami. Gdy zrozumiał o co mi chodzi przytulił mnie i westchnął. Usłyszałam, że planuje już zemstę na Eryku. Zasnęliśmy wtuleni w siebie.
Obudziłam się gdzieś koło południa z okropnym bólem głowy. Jęknęłam.
- Ooo, obudziła się uwodzicielka. - powiedział Edward szeroko się uśmiechając.
Na początku nie wiedziałam o co mu chodzi ale zaraz przypomniały mi się ostatnie wydarzenia. Co za idiotka.
- Sorry - powiedziałam cicho.
- Spoko, akurat nie było tak źle. - odparł z łobuzerskim uśmiechem. Wstałam ale zaraz pożałowałam swojej decyzji bo dostałam zawrotów głowy. Powlekłam się do łazienki, zastanawiając się kiedy to pozbyłam się ubrania. Wzięłam orzeźwiający prysznic ale ciągle czułam się bardzo niewyraźnie. Ubrałam się w szare dresy i czarną bokserkę. Niesforne włosy związałam w kucyka, po czym położyłam się z powrotem na łóżku.
- Ja wychodzę ale ty lepiej się stąd nie ruszaj. - powiedział Edward, gdy ja ciągle leżałam bez ruchu na brzuchu.
- Nie zamierzam.
Gdy Edward wyszedł rozkoszowałam się ciszą i ciemnością jaka panowała w pokoju. Po kilku minutach usłyszałam dzwonek telefonu.
- Słucham - powiedziałam zirytowanym głosem. Czy nikt nigdy nie da mi świętego spokoju?
- Chciałam poinformować panią, że ma pani gościa w restauracji hotelowej.
Odłożyłam słuchawkę i skierowałam się w stronę windy. Nie obchodziło mnie jak wyglądam. Do czasu, gdy dowiedziałam się kto jest oczekującym gościem.
*-*-*-*-*-*-*-*-**-*-*-**-*-*-*-*-*
Mam nadzieję, że się podoba. :) zapraszam do komentowania ❤
10 komentarzy = następny rozdział
Bye ;*
Podeszłam do niego pewnym krokiem choć moje nogi odmawiały mi posłuszeństwa.
- Hej - przywitałam się lekko zachrypniętym głosem. Odchrząknęłam.
- Cześć.
Ciągle stał oniemiały. Czyżby nagle zamienił się w posąg? Czy tak bardzo trzymał się nadziei, że już nigdy mnie nie zobaczy?
Nie wiedziałam od czego zacząć, bo w sumie nie byłam już pewna czego chcę się dowiedzieć. Gdyby ktoś miałby w tym momencie zapytać mnie ile jest dwa razy dwa z pewnością odpowiedziałabym, że pięć.
- Wyjdźmy stąd. - usłyszałam jego myśl.
Przytaknęłam i skierowałam się do wyjścia. Eryk szedł tuż za mną. Mimo, że w kawiarni było dość głośno słyszałam jego szybki, dziwnie nierytmiczny oddech. Wyszliśmy z budynku. Było niemal bezchmurnie. Szliśmy po chodniku rozmawiając o "pogodzie", co nie miało dla mnie większego znaczenia.
- A więc o czym chcesz porozmawiać? - zapytał dziwnie chłodno, unikając mojego wzroku. Znajdowaliśmy się na drewnianym mostku. Szmer strumyka nie zagłuszał dudnienia mojego serca.
- Przyjechałam tu, aby upewnić się... Czy... - zaczęłam niepewnie. Przecież dobrze wiedział o co chcę zapytać.
- Chcesz wiedzieć dlaczego wyjechałem? Tak nagle bez pożegnania?
- Tak.
- Stan zdrowia mojej mamy gwałtownie się pogorszył i musiałem wrócić. - powiedział. Brzmiało to jak kwestia wyuczona na pamięć.
- Rozumiem. - odpowiedziałam.
- Coś jeszcze? - zapytał bezbarwnym głosem.
To już była przesada. Co niby mu zrobiłam, żeby tak mnie traktować?
- Tak. Odpowiedz mi dlaczego mnie zostawiłeś? Po co te wszystkie kłamstwa? Po co te wszystkie fałszywe uczucia i słowa? Przyjechałam tu bo łudziłam się jeszcze nadzieją, że cokolwiek co mi powiedziałeś było prawdą. Ale dopiero teraz rozumiem, że niepotrzebnie się trudziłam i niepotrzebnie cierpiałam.
Bum. Bomba eksplodowała.
Na jego twarzy malowało się zdezorientowanie po moim nagłym wybuchu. Później w jego oczach malowały się jakieś nieopisane uczucie. Najwyraźniej nie miał ochoty mi odpowiedzieć. Obróciłam się i już chciałam odchodzić gdy usłyszałam jego głos.
- Nie wszystko było kłamstwem.
Nie, wcale. Boże, dlaczego byłam taka ślepa. Czy ten Eryk w Polsce to tylko maska? Nie wiem. Chyba nawet go nie znam.
Szłam po pięknych ulicach. Nawet nie wiem kiedy ale z moich oczu zaczęły wydobywać się łzy. Czy ten człowiek, który mnie zauroczył, którego tak bardzo kochałam i potrzebowałam, kiedykolwiek istniał? Znalazłam się w jakimś parku. Usiadłam na ławce i zastanawiałam się jaki sens ma to wszystko wokół mnie. Po co mam ten dar, który i tak nic mi nie dawał. Nagle ktoś się do mnie przysiadł. Oczywiście nie był to nikt inny tylko Edward.
- Cicho. - szepnął kojąco gdy wtulałam się w niego. - nie warto. Nie warto płakać za kimś takim.
Szeptał czule i sam schował twarz w moich włosach. Wróciliśmy razem do hotelu. Było jeszcze południe, ale ja byłam już wykończona i gdy tylko zamknęłam oczy odpłynęłam w krainę snów. Marzyłam by zostać tam na zawsze. Gdy się obudziłam, słońce chowało się za horyzontem. Edward siedział obok mnie na łóżku i czytał książkę. Bardzo mnie to zdziwiło ponieważ nigdy nie był fanem czytania.
- Co robisz? - zapytałam cicho.
Podniósł wzrok znad książki. Uśmiechnął się szeroko.
- Nie wierzę. Ty czytasz. - sama odpowiedziałam sobie na to pytanie.
Zaśmiał się cicho.
- Wszystko jest możliwe. - powiedział.
Niestety, nie wszystko.
Wstałam z łóżka. Moja sukienka pogniotła się a rozmazany makijaż na bladej twarzy uczynił ze mnie jakiegoś okropnego kosmitę.
- Wow Edward dlaczego jeszcze nie uciekłeś? - zapytałam. Wyglądałam naprawdę przerażająco.
- Dlaczego? - zapytał zdziwiony.
Spojrzałam na niego robiąc wielkie oczy.
- No nie powiem, że wyglądasz zjawiskowo ale widziałem gorsze rzeczy.
Zrobił przy tym taką śmiesznie mądrą minę. Parsknęłam śmiechem. Poszłam do łazienki aby doprowadzić się do porządku. Zmyłam makijaż, uczesałam się w kitkę i ubrałam się w spódniczkę i ciemną bluzkę. Postanowiłam wyciągnąć Edwarda do jakiegoś klubu. W końcu mu się należało bo przyjechał tu nie tylko po to by niańczyć niezrównoważoną przyjaciółkę. A przy okazji miałam nadzieję, że oderwę się od rzeczywistości.
- Wstawaj - powiedziałam do Edwarda. - idziemy.
Mój stanowczy głos lekko go zdziwił.
- Gdzie?
- Do klubu.
Posłał mi zaskoczone spojrzenie ale uśmiechnął się tylko i nic nie powiedział. Poszedł tylko się odświeżyć. Wyszliśmy z hotelu trzymając się za ręce. Niektórzy może pomyśleliby, że jesteśmy zakochaną parą.
- To gdzie idziemy? - zapytał.
- Liczę na twoją inwencję twórczą. - powiedziałam z bladym uśmiechem. Z całych sił próbowałam odepchnąć od siebie pewne myśli.
- Okey. No to chodź. - powiedział i zaczął biec, ciągnąc mnie za sobą.
Doszliśmy do jakiegoś lokalu. Już teraz było tam mnóstwo ludzi. Usiedliśmy przy barze i zamówiliśmy dwa drinki. Popijaliśmy i śmialiśmy się. Już prawie zapomniałam o sytuacji z poprzedniej części dnia. Prawie. Później Edward porwał mnie do tańca. Nie powiem, był w tym świetny. Nie to co ja. Edward tańczył chyba z większością dziewczyn w klubie, kiedy ja siedziałam przy barze i popijałam drinki.
- Mogę się przysiąść? - zapytał mnie jakiś facet po angielsku z francuskim akcentem.
- Jasne.
Obdarował mnie olśniewającym uśmiechem. Miał niebieskie oczy i burze ciemnych włosów. Był bardzo przystojny. Po chwili rozmowy zabrał mnie w wir tańczących. Był to świetny taniec z równie świetnym partnerem. Przy spokojnej piosence, przyciągnął mnie do siebie. Po chwili zaczął składać pocałunki na mojej szyi. Jego śmiałość była bardzo przesadzona. Później odważnie znalazł moje usta. Nie chciałam tego pocałunku, pragnęła inny ust. Trochę mnie to przeraziło, ponieważ w ogóle się nie znaliśmy a jego ręce już nie spokojnie błądziły po moim ciele. Nie miałam jak się od niego oderwać a wszyscy wokół, zajęci tańcem nawet nie zauważyli co się dzieje. Nagle koło mnie pojawił się Edward z miną wojownika. Odepchnął a właściwie oderwał ode mnie tego chłopaka i wyciągnął z lawiny tańczących ludzi.
- Nic ci nie jest? - wykrzyczał mi do uch.
- Nie. - odpowiedziałam próbując przekrzyczeć muzykę.
Wszystko to było dla mnie trochę jak przez mgłę, ponieważ nie byłam do końca trzeźwa. Edward ciągle badawczo mi się przyglądał. Tchnięta tajemniczym impulsem zaprosiłam go do tańca. Był lekko zdziwiony, że tak nagle naszła mnie ochota do tańca. Po niezliczonej ilości przetańczonych piosenek a może po tylko jednej, znowu natchnął mnie nieznany impuls.
- Magda, opanuj się. - powiedział odrywając się ode mnie i jednocześnie kończąc nierozpoczęty jeszcze pocałunek.
- Przecież nic nie zrobiłam.
- Ale chciałaś.
Dlaczego tak łatwo rozpoznać moje plany?
- Chodź do hotelu.
- Po co?
Spojrzał na mnie znacząco.
- Ale ja nie jestem pijana. - powiedziałam po raz setny gdy szliśmy w stronę hotelu.
Puścił moją rękę a ja prawie się przewróciłam. Przed twardym upadkiem uchronił mnie mój przyjaciel.
- Naprawdę?
- Może tylko troszeczkę - powiedziałam mrużąc oczy.
Ja już chciałam wracać ale Edward znowu pokrzyżował moje plany. Westchnęłam teatralnie. Pod wpływem alkoholu mój mózg poddał się i nie broniłam się już przed natłokiem myśli. W końcu doszliśmy jakoś do pokoju. Nawet nie wiem jak.
- Idź spać.
- Nie. - odpowiedziałam jak małe dziecko.
Wiem, że nie chciał się ze mną sprzeczać a zwłaszcza, gdy nie byłam całkiem świadoma swoich czynów. Bez słowa położył się koło mnie i próbował zasnąć ale ja ciągle coś do niego mówiłam. Nie pamiętam co dokładnie.
- Magda uspokój się! Jest piąta! - oho, w końcu się zdenerwował. Był teraz odwrócony twarzą w moją stronę. Wstałam i rozebrałam się do bielizny. Położyłam się na łóżku i odwróciłam się w stronę Edwarda.
- Czy ty mnie próbujesz uwieść? - zapytał, hamując napad śmiechu.
- Coś ci się nie podoba? - odpowiedziałam.
Zaśmiał się tylko i zaczął wpatrywać się we mnie. Przysunęłam się do niego jeszcze bliżej.
- Magda, co ty wyrabiasz?
- Gaszę pożar i zszywam dziurę w moim wnętrzu. - szepnęłam i przyległam do niego całym ciałem.
Wiedziałam, że wyprowadziłam go z równowagi tymi słowami. Gdy zrozumiał o co mi chodzi przytulił mnie i westchnął. Usłyszałam, że planuje już zemstę na Eryku. Zasnęliśmy wtuleni w siebie.
Obudziłam się gdzieś koło południa z okropnym bólem głowy. Jęknęłam.
- Ooo, obudziła się uwodzicielka. - powiedział Edward szeroko się uśmiechając.
Na początku nie wiedziałam o co mu chodzi ale zaraz przypomniały mi się ostatnie wydarzenia. Co za idiotka.
- Sorry - powiedziałam cicho.
- Spoko, akurat nie było tak źle. - odparł z łobuzerskim uśmiechem. Wstałam ale zaraz pożałowałam swojej decyzji bo dostałam zawrotów głowy. Powlekłam się do łazienki, zastanawiając się kiedy to pozbyłam się ubrania. Wzięłam orzeźwiający prysznic ale ciągle czułam się bardzo niewyraźnie. Ubrałam się w szare dresy i czarną bokserkę. Niesforne włosy związałam w kucyka, po czym położyłam się z powrotem na łóżku.
- Ja wychodzę ale ty lepiej się stąd nie ruszaj. - powiedział Edward, gdy ja ciągle leżałam bez ruchu na brzuchu.
- Nie zamierzam.
Gdy Edward wyszedł rozkoszowałam się ciszą i ciemnością jaka panowała w pokoju. Po kilku minutach usłyszałam dzwonek telefonu.
- Słucham - powiedziałam zirytowanym głosem. Czy nikt nigdy nie da mi świętego spokoju?
- Chciałam poinformować panią, że ma pani gościa w restauracji hotelowej.
Odłożyłam słuchawkę i skierowałam się w stronę windy. Nie obchodziło mnie jak wyglądam. Do czasu, gdy dowiedziałam się kto jest oczekującym gościem.
*-*-*-*-*-*-*-*-**-*-*-**-*-*-*-*-*
Mam nadzieję, że się podoba. :) zapraszam do komentowania ❤
10 komentarzy = następny rozdział
Bye ;*
wtorek, 5 maja 2015
Rozdział 15 ❤ ~ Paryż
- Magda! Pospiesz się! - usłyszałam donośny głos z dołu.
- Zaraz. - mruknęłam pod nosem.
Wiedziałam, że właściciel owego głosu już od dłuższego czasu się niecierpliwi. No trudno. Trochę sobie poczeka.
- Szybciej! Nie zdążymy na lotnisko!
Akurat ubierałam się w niebieską sukienkę, którą dostałam od Amelii i babci na wakacje. Babcia była pełna obaw co do mojego wyjazdu wraz z prawie nieznanym chłopakiem.
- Czy ty jesteś pewna? Lepiej jedź z Olą. Nigdy nie wiadomo jaki się okaże... - zaczęła mówić lekko drżącym głosem.
- Nie martw się. Przecież wiesz, że jest moim najlepszym przyjacielem i nic więcej. I znam go lepiej niż on sam siebie. - odpowiedziałam unosząc jedną brew.
To akurat była prawda. W końcu grzebałam w jego głowie bez pozwolenia...
- No nie wiem, nie wiem. - w jej oczach zauważyłam cień strachu.
- Dam sobie radę.
- No mam nadzieję. W końcu chyba nie na darmo wydałam tyle kasy na twoje treningi karate...
Wspomnienie o tej rozmowie wywołało na mojej twarzy uśmiech. Wiem, że zależy jej tylko na moim bezpieczeństwie i szczęściu.
- No chodź w końcu. - powiedział Edward, stając w drzwiach mojego pokoju.
Westchnęłam. Spojrzałam jeszcze tylko do lustra. Nie było tak źle. Byłam ubrana w ciemnoniebieską sukienkę i czarne balerinki. Zeszłam na dół i pożegnałam się. Później pojechałam z Edem na lotnisko. Było tam mnóstwo ludzi czyli jeszcze więcej myśli. To było okropne. Musiałam wysłuchiwać jęków, śmiechów, strachów, lęków, życzeń, romansów, horrorów, piosenek. Niby byłam już przyzwyczajona ale nie potrafiłam zbudować w swojej głowie, aż tak grubego muru aby oddzielił mnie od takiego natłoku myśli. Po niezmiernie długim czasie oczekiwania, w końcu znalazłam się w samolocie. Edward co jakiś czas spoglądał na mnie zaniepokojony.
- Nic ci nie jest? Może to jednak nie był dobry pomysł z tym wyjazdem? - zapytał szeptem.
Otworzyłam oczy. Nasze twarze dzieliło może tylko kilka centymetrów. To było... dziwne.
- Nie, po prostu... Źle się poczułam. I tyle. - odszepnęłam.
- Na pewno? Źle wyglądasz.
- Nic mi nie jest... - powiedziałam zdławionym głosem.
- Coś przede mną ukrywasz, prawda?
No cóż. I tak prześwietlał mnie lepiej niż rentgen. I tak oto podzieliłam się z nim moim największym sekretem. Już dawno powinien o tym wiedzieć tylko lepiej gdyby dowiedział się gdzieś, gdzie miałby możliwość uciec a tutaj... Kiedy opowiedziałam mu o moim przekleństwie, miałam wrażenie, że zaraz skoczy z okna. W sumie to chyba lepiej niż siedzieć obok takiego dziwoląga. Mój najlepszy przyjaciel miał mnie znienawidzić z trzy... dwa... jeden...
- Wow - usłyszałam tylko.
- No.
- Już od dawna to podejrzewałem. - powiedział z uśmieszkiem.
- Wow. - tym razem to ja zaniemówiłam.
- Co?
- Nie takiej reakcji się spodziewałam.
Zaśmiał się. Jego śmiech był taki melodyjny i przyjazny.
- Myślałaś że cię znienawidzę i zostawie, tak? - zapytał.
Nieśmiało pokiwałam głową.
- O ty głuptasie. Nie powiem, zrobiło to na mnie wrażenie ale zawsze czułem, że jesteś niezwykła. - mówiąc to, mierzwił ręką swoje czekoladowe włosy.
Cieszę się, że nie użył słowa "dziwna". Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Czym ja sobie zasłużyłam, żeby dostać tak wspaniałego przyjaciela?
- Dziękuję - szepnęłam tuląc się do jego piersi. Wiedziałam, że się uśmiechnął. Byłam tak szczęśliwa, że mam wsparcie. Szczere wsparcie a nie litość. Przez resztę lotu miałam zamknięte oczy. Próbowałam zasnąć jeśli tylko było by to możliwe. W końcu niedługo miałam spotkać się z Nim, ale tak naprawdę to jak miałam to zrobić, żeby się nie narzucać? Gdybym była sama z pewnością bym stchórzyła ale teraz nie ma już odwrotu. Eryk pewnie już nie pamięta, że istnieję. Że kiedykolwiek istniałam. Przecież postanowiłam, że pogodzę się z tym, że jest szczęśliwy beze mnie. Szczęśliwszy niż ze mną. Tylko dlaczego to tak bardzo boli? Ta świadomość paliła moje wnętrzności. Mam nadzieję, że w Paryżu znajdę sposób by ugasić ten i tak już zbyt rozległy pożar.
Gdy wysiedliśmy z samolotu nie byłam jeszcze świadoma co się dzieje. Mój mózg był zajęty rozważaniem wszystkich za i przeciw. Lepiej by było wpaść pod samochód czy coś innego...? Tak naprawdę ocknęłam się dopiero w taksówce. Edward nawijał właśnie po francusku do taksówkarza. Co jakiś czas pomiędzy potokiem francuskich słów puszczał mi oczko albo łapał za moją lodowatą dłoń. Gdy wreszcie dojechaliśmy do hotelu popędziłam do swojego pokoju i rzuciłam się na gigantyczne łóżko umieszczony na środku pokoju. Wzięłam głęboki oddech. W pokoju unosił się delikatny, kwiatowy zapach. Wstałam i podeszłam do wielkiego okna z którego roztaczał się przepiękny widok na wieżę Eiffla. Jeszcze raz wzięłam głęboki oddech aby uświadomić sobie, że głos w mojej głowie, mówiący, że to naprawdę ja znajduję się w tym cudownym miejscu, nie kłamał. Nie miał prawa tak perfidnie kłamać.
- Hej, hej, hej chyba nie myślisz, że będziesz sama gościć się w tym pokoju. Będziesz zmuszona przyjąć tu swego biednego, bezdomnego przyjaciela - powiedział Edward, rzucając się na łóżko obok mnie.
- No nie. A było już tak pięknie. - powiedziałam, odwracając się w jego stronę.
- No chyba nie powiesz mi, że żałujesz. Nie jedna wszystko by ci oddała, żeby tylko ze mną spać. - odparł, posyłając uśmiech w moją stronę.
- Wskaż mi chociaż jedną taką dziewczynę. Nieszczęsnie zaślepioną.
Droczyliśmy się jeszcze chwilę ale później zdecydowałam wziąć prysznic i czym prędzej iść spać. Oczywiście Edward był bardzo zniesmaczony moją decyzją. Bo przecież "noc jest jeszcze młoda. Tyle atrakcji i imprez!". Pewnie i miał rację ale i tak bym się dobrze nie bawiła, bo jutro miałam zamiar się z Kimś spotkać. Musiałam się tak jakby przygotować bo nie chciałam, żeby wiedział jakie emocje mną targają. Nie miałam pojęcia jak zbudować taką "tarcze". Gdy tylko położyłam się na łóżku Edward zrobił minę męczennika bo już nie miał szans wyciągnąć mnie na jakąś imprezę. Namawiałam go żeby sobie poszedł do jakiegoś klubu ale on uparcie twierdził, że"beze mnie to nie to samo". Po długim monologu Edwarda jak to "niszczę mu najlepsze lata młodości" i "że właśnie omija go najlepsza impreza w mieście" zajął miejsce obok mnie.
- Dobranoc - powiedział, zabawnie rozgniewanym głosem.
- Mam nadzieję, że nie chrapiesz.
W odpowiedzi mruknął coś pod nosem co wywołało u mnie nową falę rozbawienia.
Odsunął się chyba na najdalszą część łóżka.
- No nie gniewaj się. - powiedziałam gdy cisza między nami była już irytująca.
- Nie gniewam się. - szepnął i nagle zdałam sobie sprawę, że jest tuż przy mnie i kładzie swoją dłoń w mojej talii.
- O nie, nie. Łapy precz. - syknęłam.
Zaśmiał się na krótko i wrócił do swojej poprzedniej pozycji.
Po chwili znowu w mojej głowie pojawiła się lawina pytań związana z Nim i z jutrzejszym dniem. W moim gardle stanęła ogromna kula, której za nic nie mogłam się pozbyć. Nawet nie wiem kiedy ale to ja przybliżyłam się do Eda i znalazłam się w jego ciepłych objęciach.
- A gdzie "łapy precz" ? - zapytał wesoło.
Nie byłam w stanie odpowiedzieć bo kula w moim gardle jeszcze nie znikła.
- Nie martw się. Będzie dobrze - powiedział kojącym głosem. - on na pewno nie zapomniał o tobie. Nie da się ciebie zapomnieć.
- Najwyraźniej da. - szepnęłam.
Czułam, że nie kłamał. Ale przecież on nie znał na tyle Eryka.
Następnego dnia obudziłam się sama.
- Wstawaj, już śpiochu. - usłyszałam wołanie z łazienki. - mam wiadomość!
- Jaką wiadomość? - zapytałam trochę zaspanym głosem.
- Wiem, gdzie spotkasz dzisiaj pana Eryka - odkrzyknął.
Po tych słowach zerwałam się gwałtownie z łóżka.
- A teraz idź i zrób się na bóstwo. - powiedział Edward, wychodząc z łazienki. Chciałam zadać mu mnóstwo pytań ale uciszył mnie gestem ręki. Nie miał zamiaru zdradzać mi jak zdobył tę informację. Może to i dobrze. Poszłam do łazienki i wzięłam gorący prysznic. Co ma być to będzie, pomyślałam. Tylko czy dam radę się z tym pogodzić? Nie wiem. Chyba nie będę miała wyboru. Nabalsamowałam całe swoje ciało kokosowym balsamem. Postanowiłam ubrać się w czerwoną, zwiewną sukienkę. Włosy zostawiłam rozpuszczone.
- No, no. - powiedział Edward, gdy wychodziłam z łazienki.
- Co?
- Nic, nic. - odpowiedział z tajemniczym uśmieszkiem. Dla mnie i tak nie był zbyt tajemniczy. - po prostu mam nadzieję, że przekona się co stracił.
- Nie przesadzaj. - powiedziałam.
- Nie przesadzam. Ten twój Eryk jest serio po... - popatrzyłam na niego mrużąc oczy - głupi - dokończył.
Zjadłam śniadanie i wyszłam z hotelu wraz z Edwardem. Powiedział, że spotkam Go w kawiarni, w centrum miasta.
- Nie idź ze mną. - powiedziałam stanowczym głosem. W każdym razie wydawało mi się, że jest stanowczy ale na moim przyjacielu nie robiło to najmniejszego wrażenia.
- Okey ale jeśli ci coś zrobi, nigdy sobie tego nie wybaczę.
- Nie martw się. Nie jestem już małą dziewczynką.
Zaśmiał się.
- Dla mnie jesteś.
Co prawda był ode mnie wyższy o głowę.
- Dobrze, tato. Dam sobie radę. - powiedziałam bezskutecznie go od siebie odpychając.
- No dobra już sobie idę. Jakby co, to będę w pobliżu. - powiedział dając mi buziaka w policzek - dokop mu! - dodał odchodząc w przeciwnym kierunku.
- Jasne. - mruknęłam do siebie i poszłam w kierunku owej kawiarni. Prawie wcale się nie denerwowałam. Dziwne. Byłam taka dziwnie pewna siebie. Podziwiając piękne uliczki doszłam do celu. Weszłam do staromodnej, eleganckiej kawiarni. Miała taki niezwykły klimat. Szmer rozmów, zapach kawy i świeżych kwiatów. I wtedy poczułam dziwne mrowienie na karku. Obróciłam się i zobaczyłam je. Te piękne, złote oczy wpatrzone we mnie.
*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*
Mam nadzieję, że się spodoba :) zapraszam do komentowania :*
10 komentarzy = następny rozdział
❤
- Zaraz. - mruknęłam pod nosem.
Wiedziałam, że właściciel owego głosu już od dłuższego czasu się niecierpliwi. No trudno. Trochę sobie poczeka.
- Szybciej! Nie zdążymy na lotnisko!
Akurat ubierałam się w niebieską sukienkę, którą dostałam od Amelii i babci na wakacje. Babcia była pełna obaw co do mojego wyjazdu wraz z prawie nieznanym chłopakiem.
- Czy ty jesteś pewna? Lepiej jedź z Olą. Nigdy nie wiadomo jaki się okaże... - zaczęła mówić lekko drżącym głosem.
- Nie martw się. Przecież wiesz, że jest moim najlepszym przyjacielem i nic więcej. I znam go lepiej niż on sam siebie. - odpowiedziałam unosząc jedną brew.
To akurat była prawda. W końcu grzebałam w jego głowie bez pozwolenia...
- No nie wiem, nie wiem. - w jej oczach zauważyłam cień strachu.
- Dam sobie radę.
- No mam nadzieję. W końcu chyba nie na darmo wydałam tyle kasy na twoje treningi karate...
Wspomnienie o tej rozmowie wywołało na mojej twarzy uśmiech. Wiem, że zależy jej tylko na moim bezpieczeństwie i szczęściu.
- No chodź w końcu. - powiedział Edward, stając w drzwiach mojego pokoju.
Westchnęłam. Spojrzałam jeszcze tylko do lustra. Nie było tak źle. Byłam ubrana w ciemnoniebieską sukienkę i czarne balerinki. Zeszłam na dół i pożegnałam się. Później pojechałam z Edem na lotnisko. Było tam mnóstwo ludzi czyli jeszcze więcej myśli. To było okropne. Musiałam wysłuchiwać jęków, śmiechów, strachów, lęków, życzeń, romansów, horrorów, piosenek. Niby byłam już przyzwyczajona ale nie potrafiłam zbudować w swojej głowie, aż tak grubego muru aby oddzielił mnie od takiego natłoku myśli. Po niezmiernie długim czasie oczekiwania, w końcu znalazłam się w samolocie. Edward co jakiś czas spoglądał na mnie zaniepokojony.
- Nic ci nie jest? Może to jednak nie był dobry pomysł z tym wyjazdem? - zapytał szeptem.
Otworzyłam oczy. Nasze twarze dzieliło może tylko kilka centymetrów. To było... dziwne.
- Nie, po prostu... Źle się poczułam. I tyle. - odszepnęłam.
- Na pewno? Źle wyglądasz.
- Nic mi nie jest... - powiedziałam zdławionym głosem.
- Coś przede mną ukrywasz, prawda?
No cóż. I tak prześwietlał mnie lepiej niż rentgen. I tak oto podzieliłam się z nim moim największym sekretem. Już dawno powinien o tym wiedzieć tylko lepiej gdyby dowiedział się gdzieś, gdzie miałby możliwość uciec a tutaj... Kiedy opowiedziałam mu o moim przekleństwie, miałam wrażenie, że zaraz skoczy z okna. W sumie to chyba lepiej niż siedzieć obok takiego dziwoląga. Mój najlepszy przyjaciel miał mnie znienawidzić z trzy... dwa... jeden...
- Wow - usłyszałam tylko.
- No.
- Już od dawna to podejrzewałem. - powiedział z uśmieszkiem.
- Wow. - tym razem to ja zaniemówiłam.
- Co?
- Nie takiej reakcji się spodziewałam.
Zaśmiał się. Jego śmiech był taki melodyjny i przyjazny.
- Myślałaś że cię znienawidzę i zostawie, tak? - zapytał.
Nieśmiało pokiwałam głową.
- O ty głuptasie. Nie powiem, zrobiło to na mnie wrażenie ale zawsze czułem, że jesteś niezwykła. - mówiąc to, mierzwił ręką swoje czekoladowe włosy.
Cieszę się, że nie użył słowa "dziwna". Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Czym ja sobie zasłużyłam, żeby dostać tak wspaniałego przyjaciela?
- Dziękuję - szepnęłam tuląc się do jego piersi. Wiedziałam, że się uśmiechnął. Byłam tak szczęśliwa, że mam wsparcie. Szczere wsparcie a nie litość. Przez resztę lotu miałam zamknięte oczy. Próbowałam zasnąć jeśli tylko było by to możliwe. W końcu niedługo miałam spotkać się z Nim, ale tak naprawdę to jak miałam to zrobić, żeby się nie narzucać? Gdybym była sama z pewnością bym stchórzyła ale teraz nie ma już odwrotu. Eryk pewnie już nie pamięta, że istnieję. Że kiedykolwiek istniałam. Przecież postanowiłam, że pogodzę się z tym, że jest szczęśliwy beze mnie. Szczęśliwszy niż ze mną. Tylko dlaczego to tak bardzo boli? Ta świadomość paliła moje wnętrzności. Mam nadzieję, że w Paryżu znajdę sposób by ugasić ten i tak już zbyt rozległy pożar.
Gdy wysiedliśmy z samolotu nie byłam jeszcze świadoma co się dzieje. Mój mózg był zajęty rozważaniem wszystkich za i przeciw. Lepiej by było wpaść pod samochód czy coś innego...? Tak naprawdę ocknęłam się dopiero w taksówce. Edward nawijał właśnie po francusku do taksówkarza. Co jakiś czas pomiędzy potokiem francuskich słów puszczał mi oczko albo łapał za moją lodowatą dłoń. Gdy wreszcie dojechaliśmy do hotelu popędziłam do swojego pokoju i rzuciłam się na gigantyczne łóżko umieszczony na środku pokoju. Wzięłam głęboki oddech. W pokoju unosił się delikatny, kwiatowy zapach. Wstałam i podeszłam do wielkiego okna z którego roztaczał się przepiękny widok na wieżę Eiffla. Jeszcze raz wzięłam głęboki oddech aby uświadomić sobie, że głos w mojej głowie, mówiący, że to naprawdę ja znajduję się w tym cudownym miejscu, nie kłamał. Nie miał prawa tak perfidnie kłamać.
- Hej, hej, hej chyba nie myślisz, że będziesz sama gościć się w tym pokoju. Będziesz zmuszona przyjąć tu swego biednego, bezdomnego przyjaciela - powiedział Edward, rzucając się na łóżko obok mnie.
- No nie. A było już tak pięknie. - powiedziałam, odwracając się w jego stronę.
- No chyba nie powiesz mi, że żałujesz. Nie jedna wszystko by ci oddała, żeby tylko ze mną spać. - odparł, posyłając uśmiech w moją stronę.
- Wskaż mi chociaż jedną taką dziewczynę. Nieszczęsnie zaślepioną.
Droczyliśmy się jeszcze chwilę ale później zdecydowałam wziąć prysznic i czym prędzej iść spać. Oczywiście Edward był bardzo zniesmaczony moją decyzją. Bo przecież "noc jest jeszcze młoda. Tyle atrakcji i imprez!". Pewnie i miał rację ale i tak bym się dobrze nie bawiła, bo jutro miałam zamiar się z Kimś spotkać. Musiałam się tak jakby przygotować bo nie chciałam, żeby wiedział jakie emocje mną targają. Nie miałam pojęcia jak zbudować taką "tarcze". Gdy tylko położyłam się na łóżku Edward zrobił minę męczennika bo już nie miał szans wyciągnąć mnie na jakąś imprezę. Namawiałam go żeby sobie poszedł do jakiegoś klubu ale on uparcie twierdził, że"beze mnie to nie to samo". Po długim monologu Edwarda jak to "niszczę mu najlepsze lata młodości" i "że właśnie omija go najlepsza impreza w mieście" zajął miejsce obok mnie.
- Dobranoc - powiedział, zabawnie rozgniewanym głosem.
- Mam nadzieję, że nie chrapiesz.
W odpowiedzi mruknął coś pod nosem co wywołało u mnie nową falę rozbawienia.
Odsunął się chyba na najdalszą część łóżka.
- No nie gniewaj się. - powiedziałam gdy cisza między nami była już irytująca.
- Nie gniewam się. - szepnął i nagle zdałam sobie sprawę, że jest tuż przy mnie i kładzie swoją dłoń w mojej talii.
- O nie, nie. Łapy precz. - syknęłam.
Zaśmiał się na krótko i wrócił do swojej poprzedniej pozycji.
Po chwili znowu w mojej głowie pojawiła się lawina pytań związana z Nim i z jutrzejszym dniem. W moim gardle stanęła ogromna kula, której za nic nie mogłam się pozbyć. Nawet nie wiem kiedy ale to ja przybliżyłam się do Eda i znalazłam się w jego ciepłych objęciach.
- A gdzie "łapy precz" ? - zapytał wesoło.
Nie byłam w stanie odpowiedzieć bo kula w moim gardle jeszcze nie znikła.
- Nie martw się. Będzie dobrze - powiedział kojącym głosem. - on na pewno nie zapomniał o tobie. Nie da się ciebie zapomnieć.
- Najwyraźniej da. - szepnęłam.
Czułam, że nie kłamał. Ale przecież on nie znał na tyle Eryka.
Następnego dnia obudziłam się sama.
- Wstawaj, już śpiochu. - usłyszałam wołanie z łazienki. - mam wiadomość!
- Jaką wiadomość? - zapytałam trochę zaspanym głosem.
- Wiem, gdzie spotkasz dzisiaj pana Eryka - odkrzyknął.
Po tych słowach zerwałam się gwałtownie z łóżka.
- A teraz idź i zrób się na bóstwo. - powiedział Edward, wychodząc z łazienki. Chciałam zadać mu mnóstwo pytań ale uciszył mnie gestem ręki. Nie miał zamiaru zdradzać mi jak zdobył tę informację. Może to i dobrze. Poszłam do łazienki i wzięłam gorący prysznic. Co ma być to będzie, pomyślałam. Tylko czy dam radę się z tym pogodzić? Nie wiem. Chyba nie będę miała wyboru. Nabalsamowałam całe swoje ciało kokosowym balsamem. Postanowiłam ubrać się w czerwoną, zwiewną sukienkę. Włosy zostawiłam rozpuszczone.
- No, no. - powiedział Edward, gdy wychodziłam z łazienki.
- Co?
- Nic, nic. - odpowiedział z tajemniczym uśmieszkiem. Dla mnie i tak nie był zbyt tajemniczy. - po prostu mam nadzieję, że przekona się co stracił.
- Nie przesadzaj. - powiedziałam.
- Nie przesadzam. Ten twój Eryk jest serio po... - popatrzyłam na niego mrużąc oczy - głupi - dokończył.
Zjadłam śniadanie i wyszłam z hotelu wraz z Edwardem. Powiedział, że spotkam Go w kawiarni, w centrum miasta.
- Nie idź ze mną. - powiedziałam stanowczym głosem. W każdym razie wydawało mi się, że jest stanowczy ale na moim przyjacielu nie robiło to najmniejszego wrażenia.
- Okey ale jeśli ci coś zrobi, nigdy sobie tego nie wybaczę.
- Nie martw się. Nie jestem już małą dziewczynką.
Zaśmiał się.
- Dla mnie jesteś.
Co prawda był ode mnie wyższy o głowę.
- Dobrze, tato. Dam sobie radę. - powiedziałam bezskutecznie go od siebie odpychając.
- No dobra już sobie idę. Jakby co, to będę w pobliżu. - powiedział dając mi buziaka w policzek - dokop mu! - dodał odchodząc w przeciwnym kierunku.
- Jasne. - mruknęłam do siebie i poszłam w kierunku owej kawiarni. Prawie wcale się nie denerwowałam. Dziwne. Byłam taka dziwnie pewna siebie. Podziwiając piękne uliczki doszłam do celu. Weszłam do staromodnej, eleganckiej kawiarni. Miała taki niezwykły klimat. Szmer rozmów, zapach kawy i świeżych kwiatów. I wtedy poczułam dziwne mrowienie na karku. Obróciłam się i zobaczyłam je. Te piękne, złote oczy wpatrzone we mnie.
*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*
Mam nadzieję, że się spodoba :) zapraszam do komentowania :*
10 komentarzy = następny rozdział
❤
czwartek, 30 kwietnia 2015
Rozdział 14 ^•^
Obudziłam się gdy tylko pierwsze, nieśmiałe promyki słońca wkradały się do mojego pokoju. Leżałam i obserwowałam jak tańczą na różnokolorowym dywanie. Takie wolne i beztroskie. Tak bardzo chciałabym zamienić się w taki promyk. Lekki, piękny i wolny, umierający po każdym zachodzie słońca i rodzący się na nowo po jego wschodzie. A tu proszę... Dostałam nędzne ciało człowieka. Z głębokim westchnięciem wstałam z łóżka. Ed i Ola zaprosili mnie dzisiaj do kina ale nie wiedziałam czy zgodzić się czy nie. Ami miała rację. Nie powinnam rozpamiętywać tego Kogoś. Powinnam żyć własnym życiem. Zapomnieć. Ale co jeśli on już mimowolnie stał się częścią mojego życia? Stał się fundamentem dzięki któremu jeszcze się nie rozpadłam? Co teraz mam zrobić? Jak zapomnieć i żyć dalej bez połowy serca? No cóż chyba nigdy nie poznam odpowiedzi na te pytania. Podeszłam do mojej starej, drewnianej szafy i wybrałam żółtą, zwiewną sukienkę. Ami ostatnio mi ją kupiła mówiąc
- Musisz pokazać troche ciała a nie tylko te spodnie i spodnie. A po drugie żółty to taki optymistyczny kolor i ładnie ci w nim.
No tak, tak jasne. Osobiście uważałam, że wyglądam okropnie w tym kolorze a moje nogi... Hmm... No cóż, nie mogły równać się z nogami Ami lub Oli. Ubrałam ją tylko dla świętego spokoju. Wyszłam z pokoju i szybko zbiegłam do kuchni. W błyskawicznym tempie przygotowałam sobie płatki. Nie miałam dzisiaj ochoty na pogawędki z Ami albo z bardzo spostrzegawczą babcią. Oczywiście gdy tylko skończyłam jeść i cieszyłam się, że nikogo nie spotkałam w kuchni w drzwiach pojawiła się moja siostra.
- Ooo widzę, że w końcu zmądrzałaś i założyłaś tą sukienkę.
W odpowiedzi wzruszyłam tylko ramionami.
- No co nie podoba ci się? - ciągnęła - wyglądasz pięknie! Musisz iść gdzieś na miasto. Założę się, że wszyscy będą się za tobą oglądać - powiedziała z szerokim uśmiechem.
Prychnęłam.
- Odsuń się. - powiedziałam.
- O nie, nie. - odparła zasłaniając mi przejście. - Magdo, porozmawiaj ze mną - ach ten surowy ton. Przerażające.
- Nie jesteś moją matką.
- Może i nie, ale jestem twoją siostrą. Podobno Edzio i Ola zaprosili cię do kina.
- I co z tego? - zapytałam bez entuzjazmu.
- No tak. Oczywiście się wybierasz. - stwierdziła mrużąc oczy.
- Oczywiście. - odpowiedziałam z irytacją.
- No to super. - powiedziała udając, że nie słyszy mojego sarkazmu - ja i Tomek się do was przyłączymy.
- Ooo ekstra.
Na co by się tu nagle rozchorować?
- No to do zobaczenia o 18.00 - powiedziała i już miała wychodzić gdy nagle zatrzymała się.
- Słuchaj... Mam taki pomysł. Może wybrałabyś się się do Francji?
I już jej nie było.
W sumie już dawno ten pomysł chodził mi po głowie. Ale przecież to nierealne. Po pierwsze nie mam pieniędzy a po drugie... On chyba tego nie chce. Nie chce mnie. Ale z drugiej strony byłoby mi łatwiej gdybym miała całkowitą pewność. Gdybym ostatni raz go zobaczyła... Reszta dnia upłynęła mi zwyczajnie czyli bardzo nudno i monotonnie. Postanowiłam jednak iść do tego kina. Może jednak nie będzie tak źle?
A jednak było.
Z początku nie było tak źle. Szliśmy, śmiejąc się i żartując. Nie wiedzieliśmy co wybrać. Poszliśmy jednak na jakąś idiotyczną komedie romantyczną. Wiecznie zdrada, rozstanie, zdrada, rozstanie i może w międzyczasie jakieś morderstwo. Wszędzie pary obściskujące się. Czułam się jak kretynka. Zaraz po filmie wymigałam się i szybko wróciłam do domu. Gdy tylko położyłam się na łóżku marzyłam by moja głowa nie zajmowała się już przyziemnymi sprawami ani obleśnymi myślami ludzi z sali kinowej. Gdy już prawie usypiałam, usłyszałam ciche pukanie.
- Proszz - powiedziałam chowając głowę w poduszkę. Bardzo dobrze wiedziałam kto to.
- Hej, jak bawiłaś się w kinie? - zapytał Edward siadając na krześle obok łóżka.
- Bardzo dobrze znasz odpowiedź.
- No tak. Ale przyszedłem tu w innej sprawie.
Niestety bardzo dobrze wiedziałam o co mu chodzi.
- Ami mi powiedziała, że wybierasz się do Francji i potrzebujesz jakiegoś tłumacza czy coś... - powiedział uśmiechając się.
Postanowiłam udawać rozgadaną nastolatkę podekscytowaną przygodą swojego życia.
- Och tak. Od dawna o tym marzę i miałam się zapytać czy byś ze mną tam nie pojechał. Tylko ostatnio tak jakoś nie był okazji. - powiedziałam słodkim głosikiem.
- Dobra, Magda, nie rób głupich scen. Pytam się na poważnie. Chętnie tam z tobą pojadę i trochę mu nagadam - widząc mój wyraz twarzy nie dokończył - a o pieniądze się nie martw. Coś się wymyśli.
Już miałam mu odpowiedzieć coś w stylu "daj mi spokój, nie mam siły" ale w sumie to przecież co mi szkodzi. Zawsze marzyłam by wyjechać do pięknej Francji.
- Okej. No to widzimy się za kilka miesięcy w samolocie. Cel: Francja. - powiedziałam siadając na łóżku.
- Okej. Założę się, że wymiękniesz i prędzej czy później zrezygnujesz. - powiedział a w jego oczach błysnęło rozbawienie.
- Okej. - odparłam wyciągając rękę w jego stronę.
- Okej.
O nie. Chyba naprawdę stanę się rozgadaną nastolatką, ekscytującą się byle czym.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
Hyh. Mam nadzieję, że się podoba. :) zapraszam do komentowania bo to bardzo motywuję do dalszej pracy ❤
bye ;*
- Musisz pokazać troche ciała a nie tylko te spodnie i spodnie. A po drugie żółty to taki optymistyczny kolor i ładnie ci w nim.
No tak, tak jasne. Osobiście uważałam, że wyglądam okropnie w tym kolorze a moje nogi... Hmm... No cóż, nie mogły równać się z nogami Ami lub Oli. Ubrałam ją tylko dla świętego spokoju. Wyszłam z pokoju i szybko zbiegłam do kuchni. W błyskawicznym tempie przygotowałam sobie płatki. Nie miałam dzisiaj ochoty na pogawędki z Ami albo z bardzo spostrzegawczą babcią. Oczywiście gdy tylko skończyłam jeść i cieszyłam się, że nikogo nie spotkałam w kuchni w drzwiach pojawiła się moja siostra.
- Ooo widzę, że w końcu zmądrzałaś i założyłaś tą sukienkę.
W odpowiedzi wzruszyłam tylko ramionami.
- No co nie podoba ci się? - ciągnęła - wyglądasz pięknie! Musisz iść gdzieś na miasto. Założę się, że wszyscy będą się za tobą oglądać - powiedziała z szerokim uśmiechem.
Prychnęłam.
- Odsuń się. - powiedziałam.
- O nie, nie. - odparła zasłaniając mi przejście. - Magdo, porozmawiaj ze mną - ach ten surowy ton. Przerażające.
- Nie jesteś moją matką.
- Może i nie, ale jestem twoją siostrą. Podobno Edzio i Ola zaprosili cię do kina.
- I co z tego? - zapytałam bez entuzjazmu.
- No tak. Oczywiście się wybierasz. - stwierdziła mrużąc oczy.
- Oczywiście. - odpowiedziałam z irytacją.
- No to super. - powiedziała udając, że nie słyszy mojego sarkazmu - ja i Tomek się do was przyłączymy.
- Ooo ekstra.
Na co by się tu nagle rozchorować?
- No to do zobaczenia o 18.00 - powiedziała i już miała wychodzić gdy nagle zatrzymała się.
- Słuchaj... Mam taki pomysł. Może wybrałabyś się się do Francji?
I już jej nie było.
W sumie już dawno ten pomysł chodził mi po głowie. Ale przecież to nierealne. Po pierwsze nie mam pieniędzy a po drugie... On chyba tego nie chce. Nie chce mnie. Ale z drugiej strony byłoby mi łatwiej gdybym miała całkowitą pewność. Gdybym ostatni raz go zobaczyła... Reszta dnia upłynęła mi zwyczajnie czyli bardzo nudno i monotonnie. Postanowiłam jednak iść do tego kina. Może jednak nie będzie tak źle?
A jednak było.
Z początku nie było tak źle. Szliśmy, śmiejąc się i żartując. Nie wiedzieliśmy co wybrać. Poszliśmy jednak na jakąś idiotyczną komedie romantyczną. Wiecznie zdrada, rozstanie, zdrada, rozstanie i może w międzyczasie jakieś morderstwo. Wszędzie pary obściskujące się. Czułam się jak kretynka. Zaraz po filmie wymigałam się i szybko wróciłam do domu. Gdy tylko położyłam się na łóżku marzyłam by moja głowa nie zajmowała się już przyziemnymi sprawami ani obleśnymi myślami ludzi z sali kinowej. Gdy już prawie usypiałam, usłyszałam ciche pukanie.
- Proszz - powiedziałam chowając głowę w poduszkę. Bardzo dobrze wiedziałam kto to.
- Hej, jak bawiłaś się w kinie? - zapytał Edward siadając na krześle obok łóżka.
- Bardzo dobrze znasz odpowiedź.
- No tak. Ale przyszedłem tu w innej sprawie.
Niestety bardzo dobrze wiedziałam o co mu chodzi.
- Ami mi powiedziała, że wybierasz się do Francji i potrzebujesz jakiegoś tłumacza czy coś... - powiedział uśmiechając się.
Postanowiłam udawać rozgadaną nastolatkę podekscytowaną przygodą swojego życia.
- Och tak. Od dawna o tym marzę i miałam się zapytać czy byś ze mną tam nie pojechał. Tylko ostatnio tak jakoś nie był okazji. - powiedziałam słodkim głosikiem.
- Dobra, Magda, nie rób głupich scen. Pytam się na poważnie. Chętnie tam z tobą pojadę i trochę mu nagadam - widząc mój wyraz twarzy nie dokończył - a o pieniądze się nie martw. Coś się wymyśli.
Już miałam mu odpowiedzieć coś w stylu "daj mi spokój, nie mam siły" ale w sumie to przecież co mi szkodzi. Zawsze marzyłam by wyjechać do pięknej Francji.
- Okej. No to widzimy się za kilka miesięcy w samolocie. Cel: Francja. - powiedziałam siadając na łóżku.
- Okej. Założę się, że wymiękniesz i prędzej czy później zrezygnujesz. - powiedział a w jego oczach błysnęło rozbawienie.
- Okej. - odparłam wyciągając rękę w jego stronę.
- Okej.
O nie. Chyba naprawdę stanę się rozgadaną nastolatką, ekscytującą się byle czym.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
Hyh. Mam nadzieję, że się podoba. :) zapraszam do komentowania bo to bardzo motywuję do dalszej pracy ❤
bye ;*
niedziela, 26 kwietnia 2015
Rozdział 13 *♡*
Zdyszana wbiegłam do szpitala. Pośród tłoku myśli nie mogłam niczego usłyszeć. Skierowałam się w stronę sali na której leżała Amelia. Boże, jeśli ta psychopatka już coś jej zrobiła? Nie wiem dlaczego ale ona jej nienawidzi. W jej głowie panowała taka lawina. Biegłam poprzez korytarz, nie zwracając uwagi na innych. W końcu znalazłam się w sali (a tak naprawdę to w drugim domu mojej siostry). Ami nieruchomo spała na łóżku. Jej zmęczona twarz była taka spokojna a rysy twarzy wygładziły się. Obok niej stała kobieta, która robiła coś przy maszynie obok łóżka. Nagle zaczęła wyrywać wszystkie kabelki, do których podłączona była Ami. Jej miarowy oddech nagle przerodził się w ciężkie łapanie powietrza. Widząc to rzuciłam się w stronę kobiety i pchnęłam ją na ścianę. Urządzenie nagle wydało z siebie ostry pisk, na pewno już dawno zaalarmowało lekarzy i pielęgniarki.
- Co ty robisz?! - wrzeszczałam na tego człowieka. Ale ona siedziała obolała pod ścianą, mrucząc coś do siebie. A jej myśli... Do sali wbiegły pielęgniarki wraz z lekarzem.
- Co tu się wyrabia? - zaczął swoim spokojnym głosem w którym i tak wychwyciłam nutę zdenerwowania.
Nie odpowiedziałam. Obserwowałam co dzieje się z moją siostrą. Pielęgniarki próbowały przywrócić wszystko do porządku. Ami nie dusiła się już ale i tak oddychała z wielkim trudem. Do sali wkroczyli mężczyźni i zaczęli siłą wyprowadzać moją matkę. Wrzeszczała coś. Mam nadzieję, że zamkną ją w psychiatryku. Na zawsze. Lekarz opatrywał jeszcze moją siostrę i zapisywał coś na kartce. Stałam osłupiała, nie mogąc przetrawić to co się wydarzyło. Co MOGŁO się wydarzyć. To wszystko było nie na moje i tak poszarpane nerwy. Moje ręce drżały.
- Pani Magdo? - lekarz złapał moje dłonie. Jego ręce były takie miękkie, ciepłe.
Ten człowiek był stworzony aby być lekarzem. Zaprowadził mnie do swojego gabinetu. Tam jakaś pielęgniarka wcisnęła mi tabletkę na uspokojenie bo stawałam się coraz bardziej roztrzęsiona.
- A teraz proszę mi wszystko wyjaśnić. Tylko spokojnie.
Wzięłam głęboki oddech. Opowiedziałam wszystko, od momentu gdy zobaczyłam samochód na podjeździe do obecnej chwili. Przez cały czas doktor patrzył na mnie swoim przenikliwym wzrokiem. Gdy tylko zakończyłam opowieść, wyszłam z gabinetu. Tak bardzo chciałam znaleźć się gdzieś pomiędzy czasem a przestrzenią. W czyichś ramionach... Bez trosk i problemów. Być lekką jak piórko. Ale jak na razie spadała na mnie lawina kamieni. Zajrzałam do Ami. Ciągle spała. Wyglądała jak anioł. Tylko, że nie w niebie. Zamierzałam opuści już szpital bo wiedziałam, że babcia pewnie umiera ze strachu. Najwyraźniej umierała tak bardzo, że postanowiła przyjechać do szpitala bo właśnie wyłoniła się zza rogu.
- Madzia! Co się stało? Słyszałam, że ta kobieta chciała... - ale w tym momencie zauważyła doktora - co się stało panie doktorze? - zapytała jak zwykle pełna wigoru.
Lekarz skinął na mnie abym poszła a on zajmie się zdawaniem relacji mojej babci. Czym prędzej opuściłam szpital. Przedtem byłam w zbyt wielkim szoku aby uronić choć jedną łzę ale teraz nie mogłam już się powstrzymać. Szłam do domu i miałam nadzieje, że zimny wiatr, który chłostał właśnie moją twarz otrzeźwi mój umysł. Tomek biegł w moim kierunku. Pewnie babcia go poinformowała, że coś jest nie tak.
- Hej Magda! Co się stało? - powiedział ze strachem w oczach.
- Nic... To znaczy... Amelce trochę się pogorszyło ale już jest dobrze. - dodałam, widząc przerażenie na jego twarzy. Nie miałam ochoty zwierzać mu się z przygody wraz z matką psychopatką.
- Aha - odetchnął, po czym spojrzał na mnie badawczo. - ale już spokojnie Magda. Nie płacz. - powiedział, przytulając mnie.
Byłam na niego zła za to co ostatnio zrobił ale w końcu to był mój przyjaciel, mój brat. Jego ramiona ukoiły trochę moje rozdygotane ciało ale nie były wstanie uspokoić mojej duszy i moich myśli. Wiedziałam kto mógł uleczyć moje serce ale ten Ktoś chyba nie zamierzał kiedykolwiek mnie pokochać... Czy kiedyś naprawdę mnie kochał?
- Dobra, ja biegnę do szpitala a ty idź do domu i odpocznij. Trzymaj się. - powiedział i już go nie było.
Westchnęłam. "trzymaj się". Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Gdyby On tylko przy mnie był... Gdybym mogła go zobaczyć, usłyszeć jego miękki, kojący głos. Dotknąć jego skóry, wtulić się. Myśląc o Nim, przypominając sobie jego zapach perfum i czuły dotyk, dowlekłam się w końcu do domu. Doszłam do swojego pokoju i położyłam się na swoim łóżku. Rozmyślałam tak aż w końcu znalazłam się w objęciach Morfeusza. Następnego dnia zmusiłam się by iść do szkoły. Nie chciałam zostawać w domu razem z babcią. Zresztą i tak nie potrafiłabym usiedzieć w miejscu. W szkole nic ciekawego się nie działo. Oprócz tego, że ludzie uważali mnie za wariatkę z niewiadomych przyczyn. Pewnie Klara coś rozgadała. Wszystkie przerwy spędzałam w towarzystwie Oli i Edwarda. Eryka nie było. Na każdej lekcji łudziłam się, że może będzie siedział tam gdzie zawsze i patrząc na mnie z tym swoim firmowym uśmieszkiem będzie o czymś myśleć. Przedtem prowadziliśmy w szkole właśnie takie bezgłośne konwersacje. Wróciłam do domu prosto po lekcjach. Moi przyjaciele zachęcali mnie abym wyszła z nimi na miasto. Ale ja nie chciałam bo za bardzo tęskniłam a oni wiedzieli za kim. Ola powtarzała mi kilka razy, żebym się nie przejmowała. Miałam nadzieje, że może chociaż zadzwoni. Czekałam w mękach dwa tygodnie. Ale on nic. Do szkoły tez nie przychodził. Bałam się, że może wyjechał. Może o mnie zapomniał. Tak łatwo zapomniał... Powtarzałam sobie, że on zasługuje na kogoś lepszego. Ja byłam za mało idealna. Zaczął się marzec a wraz z nim wiosna. Ami wypisali ze szpitala. Lekarz kazał jej prowadzić oszczędny tryb życia ale to było niewykonalne. Moja siostra i oszczędny tryb życia to nie jest dobrana para. Pewnego dnia, gdy po szkole leżałam na łóżku bez ruchu, zapatrzona w sufit, Amelia z impetem wbiegła z do pokoju.
- Człowieku! Co ty widzisz ostatnio w tym suficie? Też uważam, że można by to odmalować ale daj już spokój. - powiedziała a właściwie wywrzeszczała i rzuciła się na moje łóżko. - chodź na dwór, wyrwij się stąd. - i nagle przyciszyła głos. Oho, znowu zaczyna.
- Madzia... No co ty czekasz? On wyjechał do Francji. Jakby miał zadzwonić to już dawno by to zrobił... - zakończyła szeptem.
Odwróciłam się na drugi bok aby zamaskować łzy cisnące się do moich oczu. Aby zamaskować jak bardzo mnie to boli bo tak bardzo go kocham.
- To wszystko moja wina... - szeptałam. - to ja go... odstraszyłam. Narobiłam sobie nadzieje, że może... Chociaż wiedziałam, że to niemożliwe bo ja nie jestem dla niego zbyt dobra.
To była moja najdłuższa wypowiedź w tym miesiącu. Brawo Magda. I to jeszcze o Nim. Niestety, myśląc o nim moje serce krwawiło potokiem krwi.
- Och... - Ami przytuliła mnie - nie sądziłam, że wpadłaś aż tak głęboko. - powiedziała cicho.
- No okey, okey - powiedziałam wycierając mokre poliki - przypomniałaś sobie coś jeszcze o Tomku? - zmieniłam temat.
- Tak! - odpowiedziała z szerokim uśmiechem. - nie wiesz jakie to niesamowite bo podobno znamy się tyle lat i wiem, że łączy nas jakaś więź ale ja poznaje go od nowa. Zakochuję się od nowa. - powiedziała z charakterystycznym dla niej rozmarzeniem.
- To super - odpowiedziałam z czymś na kształt uśmiechu.
Ami gadała coś jeszcze do mnie ale ja i tak już jej nie słuchałam. Zamknęłam oczy. Amelka pomyślała że śpię więc wyszła z pokoju. A ja zostałam sam na sam ze swoimi myślami i uczuciami. Stałam się kłębkiem bólu i rozpaczy. Głupia, nie potrafiłam zapanować nad uczuciem, które wciąż żywiłam do Eryka. On ciągle był w moim sercu i nie zamierzał go opuścić. W końcu naprawdę zasnęłam z jakąś nędzną nadzieją, że jeszcze się spotkamy. Nie wiem skąd się wzięła ale trzymałam się jej kurczowo ponieważ chyba była moją ostatnią deską ratunku.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
:) mam nadziej, że podoba się następny rozdział. Zapraszam do szczerego komentowania :] ❤✌
Bye
- Co ty robisz?! - wrzeszczałam na tego człowieka. Ale ona siedziała obolała pod ścianą, mrucząc coś do siebie. A jej myśli... Do sali wbiegły pielęgniarki wraz z lekarzem.
- Co tu się wyrabia? - zaczął swoim spokojnym głosem w którym i tak wychwyciłam nutę zdenerwowania.
Nie odpowiedziałam. Obserwowałam co dzieje się z moją siostrą. Pielęgniarki próbowały przywrócić wszystko do porządku. Ami nie dusiła się już ale i tak oddychała z wielkim trudem. Do sali wkroczyli mężczyźni i zaczęli siłą wyprowadzać moją matkę. Wrzeszczała coś. Mam nadzieję, że zamkną ją w psychiatryku. Na zawsze. Lekarz opatrywał jeszcze moją siostrę i zapisywał coś na kartce. Stałam osłupiała, nie mogąc przetrawić to co się wydarzyło. Co MOGŁO się wydarzyć. To wszystko było nie na moje i tak poszarpane nerwy. Moje ręce drżały.
- Pani Magdo? - lekarz złapał moje dłonie. Jego ręce były takie miękkie, ciepłe.
Ten człowiek był stworzony aby być lekarzem. Zaprowadził mnie do swojego gabinetu. Tam jakaś pielęgniarka wcisnęła mi tabletkę na uspokojenie bo stawałam się coraz bardziej roztrzęsiona.
- A teraz proszę mi wszystko wyjaśnić. Tylko spokojnie.
Wzięłam głęboki oddech. Opowiedziałam wszystko, od momentu gdy zobaczyłam samochód na podjeździe do obecnej chwili. Przez cały czas doktor patrzył na mnie swoim przenikliwym wzrokiem. Gdy tylko zakończyłam opowieść, wyszłam z gabinetu. Tak bardzo chciałam znaleźć się gdzieś pomiędzy czasem a przestrzenią. W czyichś ramionach... Bez trosk i problemów. Być lekką jak piórko. Ale jak na razie spadała na mnie lawina kamieni. Zajrzałam do Ami. Ciągle spała. Wyglądała jak anioł. Tylko, że nie w niebie. Zamierzałam opuści już szpital bo wiedziałam, że babcia pewnie umiera ze strachu. Najwyraźniej umierała tak bardzo, że postanowiła przyjechać do szpitala bo właśnie wyłoniła się zza rogu.
- Madzia! Co się stało? Słyszałam, że ta kobieta chciała... - ale w tym momencie zauważyła doktora - co się stało panie doktorze? - zapytała jak zwykle pełna wigoru.
Lekarz skinął na mnie abym poszła a on zajmie się zdawaniem relacji mojej babci. Czym prędzej opuściłam szpital. Przedtem byłam w zbyt wielkim szoku aby uronić choć jedną łzę ale teraz nie mogłam już się powstrzymać. Szłam do domu i miałam nadzieje, że zimny wiatr, który chłostał właśnie moją twarz otrzeźwi mój umysł. Tomek biegł w moim kierunku. Pewnie babcia go poinformowała, że coś jest nie tak.
- Hej Magda! Co się stało? - powiedział ze strachem w oczach.
- Nic... To znaczy... Amelce trochę się pogorszyło ale już jest dobrze. - dodałam, widząc przerażenie na jego twarzy. Nie miałam ochoty zwierzać mu się z przygody wraz z matką psychopatką.
- Aha - odetchnął, po czym spojrzał na mnie badawczo. - ale już spokojnie Magda. Nie płacz. - powiedział, przytulając mnie.
Byłam na niego zła za to co ostatnio zrobił ale w końcu to był mój przyjaciel, mój brat. Jego ramiona ukoiły trochę moje rozdygotane ciało ale nie były wstanie uspokoić mojej duszy i moich myśli. Wiedziałam kto mógł uleczyć moje serce ale ten Ktoś chyba nie zamierzał kiedykolwiek mnie pokochać... Czy kiedyś naprawdę mnie kochał?
- Dobra, ja biegnę do szpitala a ty idź do domu i odpocznij. Trzymaj się. - powiedział i już go nie było.
Westchnęłam. "trzymaj się". Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Gdyby On tylko przy mnie był... Gdybym mogła go zobaczyć, usłyszeć jego miękki, kojący głos. Dotknąć jego skóry, wtulić się. Myśląc o Nim, przypominając sobie jego zapach perfum i czuły dotyk, dowlekłam się w końcu do domu. Doszłam do swojego pokoju i położyłam się na swoim łóżku. Rozmyślałam tak aż w końcu znalazłam się w objęciach Morfeusza. Następnego dnia zmusiłam się by iść do szkoły. Nie chciałam zostawać w domu razem z babcią. Zresztą i tak nie potrafiłabym usiedzieć w miejscu. W szkole nic ciekawego się nie działo. Oprócz tego, że ludzie uważali mnie za wariatkę z niewiadomych przyczyn. Pewnie Klara coś rozgadała. Wszystkie przerwy spędzałam w towarzystwie Oli i Edwarda. Eryka nie było. Na każdej lekcji łudziłam się, że może będzie siedział tam gdzie zawsze i patrząc na mnie z tym swoim firmowym uśmieszkiem będzie o czymś myśleć. Przedtem prowadziliśmy w szkole właśnie takie bezgłośne konwersacje. Wróciłam do domu prosto po lekcjach. Moi przyjaciele zachęcali mnie abym wyszła z nimi na miasto. Ale ja nie chciałam bo za bardzo tęskniłam a oni wiedzieli za kim. Ola powtarzała mi kilka razy, żebym się nie przejmowała. Miałam nadzieje, że może chociaż zadzwoni. Czekałam w mękach dwa tygodnie. Ale on nic. Do szkoły tez nie przychodził. Bałam się, że może wyjechał. Może o mnie zapomniał. Tak łatwo zapomniał... Powtarzałam sobie, że on zasługuje na kogoś lepszego. Ja byłam za mało idealna. Zaczął się marzec a wraz z nim wiosna. Ami wypisali ze szpitala. Lekarz kazał jej prowadzić oszczędny tryb życia ale to było niewykonalne. Moja siostra i oszczędny tryb życia to nie jest dobrana para. Pewnego dnia, gdy po szkole leżałam na łóżku bez ruchu, zapatrzona w sufit, Amelia z impetem wbiegła z do pokoju.
- Człowieku! Co ty widzisz ostatnio w tym suficie? Też uważam, że można by to odmalować ale daj już spokój. - powiedziała a właściwie wywrzeszczała i rzuciła się na moje łóżko. - chodź na dwór, wyrwij się stąd. - i nagle przyciszyła głos. Oho, znowu zaczyna.
- Madzia... No co ty czekasz? On wyjechał do Francji. Jakby miał zadzwonić to już dawno by to zrobił... - zakończyła szeptem.
Odwróciłam się na drugi bok aby zamaskować łzy cisnące się do moich oczu. Aby zamaskować jak bardzo mnie to boli bo tak bardzo go kocham.
- To wszystko moja wina... - szeptałam. - to ja go... odstraszyłam. Narobiłam sobie nadzieje, że może... Chociaż wiedziałam, że to niemożliwe bo ja nie jestem dla niego zbyt dobra.
To była moja najdłuższa wypowiedź w tym miesiącu. Brawo Magda. I to jeszcze o Nim. Niestety, myśląc o nim moje serce krwawiło potokiem krwi.
- Och... - Ami przytuliła mnie - nie sądziłam, że wpadłaś aż tak głęboko. - powiedziała cicho.
- No okey, okey - powiedziałam wycierając mokre poliki - przypomniałaś sobie coś jeszcze o Tomku? - zmieniłam temat.
- Tak! - odpowiedziała z szerokim uśmiechem. - nie wiesz jakie to niesamowite bo podobno znamy się tyle lat i wiem, że łączy nas jakaś więź ale ja poznaje go od nowa. Zakochuję się od nowa. - powiedziała z charakterystycznym dla niej rozmarzeniem.
- To super - odpowiedziałam z czymś na kształt uśmiechu.
Ami gadała coś jeszcze do mnie ale ja i tak już jej nie słuchałam. Zamknęłam oczy. Amelka pomyślała że śpię więc wyszła z pokoju. A ja zostałam sam na sam ze swoimi myślami i uczuciami. Stałam się kłębkiem bólu i rozpaczy. Głupia, nie potrafiłam zapanować nad uczuciem, które wciąż żywiłam do Eryka. On ciągle był w moim sercu i nie zamierzał go opuścić. W końcu naprawdę zasnęłam z jakąś nędzną nadzieją, że jeszcze się spotkamy. Nie wiem skąd się wzięła ale trzymałam się jej kurczowo ponieważ chyba była moją ostatnią deską ratunku.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
:) mam nadziej, że podoba się następny rozdział. Zapraszam do szczerego komentowania :] ❤✌
Bye
środa, 22 kwietnia 2015
Rozdział 12 ♥
Nie, nie. To nie może być prawda.
"Nie poznajesz mnie? No tak... Magda, to ja. Twoja biologiczna mama".
Te słowa odbijały się w mojej głowie. Przez te wszystkie lata zawsze wypierałam ją ze swoich myśli. Gdy byłam mała zawsze wyobrażałam sobie jak moja prawdziwa mama jest bohaterką, ratującą ludzi na świecie. Że wróci wieczorem by opowiedzieć nam o swoich niezwykłych przeżyciach i przygodach. I mimo moich oczekiwań nigdy nie wróciła. Nigdy nie pocałowała mnie na dobranoc i nie opowiedziała bajki. Moją przyszywaną mamę zawszę kochałam nade wszystko i na zawsze pozostanie w moim sercu. A ten człowiek, który właśnie stał przede mną był zupełnie obcy i nieznany. Nienawidziłam jej za to, że nas zostawiła. Tak naprawdę nigdy nie zdołałam dowiedzieć się dlaczego odeszła. A teraz po tylu latach nagle wraca i oczekuje, że rzucę jej się w ramiona i będę płakać ze szczęścia. Że wybaczę jej wszystkie lata nieobecności. Jakby to wszystko jej się należało. I jej córka, moja siostra właśnie cierpi tam, w szpitalu ale co ją to obchodzi? Co my ją obchodzimy? I niby po co tu teraz przyszła? Mogłaby w ogóle nie pokazywać się na oczy. To by mniej bolało.
- Magda. - powiedziała cicho. Już chciała złapać moją rękę ale gwałtownie ją cofnęłam. W całym moim ciele buzowała krew z domieszką gniewu i irytacji.
- Zostaw mnie. Mnie, moją siostrę i babcię. - powiedziałam i szybko wybiegłam z kuchni. Schody pokonałam w mgnieniu oka. W ramach protestu i złości z głośnym trzaskiem zamknęłam drzwi od mojego pokoju. W mojej głowie kotłowały się tysiące myśli i pytań, żądając odpowiedzi. Szczerych odpowiedzi. Nie tego co jest wygodniej powiedzieć. Położyłam się na łóżku i zakryłam twarz poduszką. Dlaczego to ja muszę mieć takie życie? Nie dość, że jestem jakąś genetyczną pomyłką, większość z drogich mi ludzi prędzej czy później odchodzi to jeszcze jakaś kobieta przychodzi oznajmiając, że jest moją matką tylko, że w czasie gdy ją najbardziej potrzebuję to ona nagle wyparowuje. I nagle jej nie ma. Nagle zapomina. Nagle nie istnieje. Hmm... Jak by się tu zabić? Tyle możliwości... Myśląc o różnych rozwiązaniach moich problemów odpłynęłam w krainę snów.
Biegłam po lesie. Goniłam Eryka. Gdy tylko się do niego zbliżyłam on przyspieszał. Krzyczał abym się nie zatrzymywała, bym ciągle biegła. Wydawało mi się, że las nie ma końca i ten morderczy maraton nigdy się nie skończy. W pewnej chwili potknęłam się. Wstałam i patrzyłam jak Eryk biegnie dalej, nawet nie patrząc za siebie. I wtedy pojawiły się ręce. Nie mogłam się wyswobodzić z ich stalowych uścisków. Chciały mnie zabić, rozszarpać, zniszczyć. A na końcu pojawiła się ciemność. I tylko ten szept.
- Nie odejdę. Nigdy.
Obudziłam się zalana potem. Wydawało mi się, że właśnie ostatnie ręce opuszczają mój pokój i moją głowę.
Zasnęłam z powrotem lecz był to niespokojny sen. Gdy obudziłam się rano moim oczom ukazał się przedziwny obraz.
- Co ty robisz!? - krzyknęłam do kobiety, która klęczała przy komodzie.
Szukała czegoś.
- Nic. - odpowiedziała zmieszana.
Gwałtownie poderwałam się z łóżka.
- Co ty tu robisz? Kto cię tu wpuścił? Wynoś się! - krzyczałam.
Kobieta zdziwiona moim nagłym wybuchem histerii wybiegła z pokoju trzymając w rękach pudełko. Dogoniłam ją i wyrwałam jej szkatułkę. Uciekła.
Boże. Mam matkę psychopatkę.
W sumie to nie mam matki.
Stałam w osłupieniu. Co to niby było. Nagle wbija mi do pokoju i grzebie w moich rzeczach. Babcia musiała gdzieś wyjść bo nigdzie jej nie ma. Poszłam do kuchni i usiadłam na jednym z obdartych krzeseł. Otworzyłam pudełko, które usiłowano mi odebrać. Bardzo dobrze wiem co w nim jest. Są tam rzeczy mojej zmarłej mamy. Zdjęcia, upominki, ususzone kwiaty... Wszystko co mi o niej przypominało. I po co niby chciano mi to ukraść? Stwierdziłam, że pojadę opowiedzieć o wszystkim Ami. Wiedziałam, że mogło to negatywnie wpłynąć na jej zdrowie ale musiałam z siebie to wszystko wyrzucić. A jeśli ta nienormalna kobieta będzie chciała zrobić coś Ami? Nigdy nic nie wiadomo co może uroić się w chorej głowie tego człowieka. Byłam przerażona ale szybko ubrałam się w kurtkę i wybiegłam na zimne powietrze. Długo biegłam w stronę szpitala. Nigdy nie byłam dobrą biegaczką ale o dziwo biegłam tak szybko jak tylko mogłam. Nie zwracałam na nic uwagi. Wydawało mi się, że widziałam auto przed szpitalem, które należało do matki. Pełna determinacji wbiegłam do szpitala. Byłam prawie pewna, że ta psychopatka będzie chciała zrobić coś Ami.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
Sorry, że taki dziwny ale nie miałam innego pomysłu :D mimo wszystko mam nadzieje, że się podoba i zapraszam do komentowania ;*
Bye ♡
"Nie poznajesz mnie? No tak... Magda, to ja. Twoja biologiczna mama".
Te słowa odbijały się w mojej głowie. Przez te wszystkie lata zawsze wypierałam ją ze swoich myśli. Gdy byłam mała zawsze wyobrażałam sobie jak moja prawdziwa mama jest bohaterką, ratującą ludzi na świecie. Że wróci wieczorem by opowiedzieć nam o swoich niezwykłych przeżyciach i przygodach. I mimo moich oczekiwań nigdy nie wróciła. Nigdy nie pocałowała mnie na dobranoc i nie opowiedziała bajki. Moją przyszywaną mamę zawszę kochałam nade wszystko i na zawsze pozostanie w moim sercu. A ten człowiek, który właśnie stał przede mną był zupełnie obcy i nieznany. Nienawidziłam jej za to, że nas zostawiła. Tak naprawdę nigdy nie zdołałam dowiedzieć się dlaczego odeszła. A teraz po tylu latach nagle wraca i oczekuje, że rzucę jej się w ramiona i będę płakać ze szczęścia. Że wybaczę jej wszystkie lata nieobecności. Jakby to wszystko jej się należało. I jej córka, moja siostra właśnie cierpi tam, w szpitalu ale co ją to obchodzi? Co my ją obchodzimy? I niby po co tu teraz przyszła? Mogłaby w ogóle nie pokazywać się na oczy. To by mniej bolało.
- Magda. - powiedziała cicho. Już chciała złapać moją rękę ale gwałtownie ją cofnęłam. W całym moim ciele buzowała krew z domieszką gniewu i irytacji.
- Zostaw mnie. Mnie, moją siostrę i babcię. - powiedziałam i szybko wybiegłam z kuchni. Schody pokonałam w mgnieniu oka. W ramach protestu i złości z głośnym trzaskiem zamknęłam drzwi od mojego pokoju. W mojej głowie kotłowały się tysiące myśli i pytań, żądając odpowiedzi. Szczerych odpowiedzi. Nie tego co jest wygodniej powiedzieć. Położyłam się na łóżku i zakryłam twarz poduszką. Dlaczego to ja muszę mieć takie życie? Nie dość, że jestem jakąś genetyczną pomyłką, większość z drogich mi ludzi prędzej czy później odchodzi to jeszcze jakaś kobieta przychodzi oznajmiając, że jest moją matką tylko, że w czasie gdy ją najbardziej potrzebuję to ona nagle wyparowuje. I nagle jej nie ma. Nagle zapomina. Nagle nie istnieje. Hmm... Jak by się tu zabić? Tyle możliwości... Myśląc o różnych rozwiązaniach moich problemów odpłynęłam w krainę snów.
Biegłam po lesie. Goniłam Eryka. Gdy tylko się do niego zbliżyłam on przyspieszał. Krzyczał abym się nie zatrzymywała, bym ciągle biegła. Wydawało mi się, że las nie ma końca i ten morderczy maraton nigdy się nie skończy. W pewnej chwili potknęłam się. Wstałam i patrzyłam jak Eryk biegnie dalej, nawet nie patrząc za siebie. I wtedy pojawiły się ręce. Nie mogłam się wyswobodzić z ich stalowych uścisków. Chciały mnie zabić, rozszarpać, zniszczyć. A na końcu pojawiła się ciemność. I tylko ten szept.
- Nie odejdę. Nigdy.
Obudziłam się zalana potem. Wydawało mi się, że właśnie ostatnie ręce opuszczają mój pokój i moją głowę.
Zasnęłam z powrotem lecz był to niespokojny sen. Gdy obudziłam się rano moim oczom ukazał się przedziwny obraz.
- Co ty robisz!? - krzyknęłam do kobiety, która klęczała przy komodzie.
Szukała czegoś.
- Nic. - odpowiedziała zmieszana.
Gwałtownie poderwałam się z łóżka.
- Co ty tu robisz? Kto cię tu wpuścił? Wynoś się! - krzyczałam.
Kobieta zdziwiona moim nagłym wybuchem histerii wybiegła z pokoju trzymając w rękach pudełko. Dogoniłam ją i wyrwałam jej szkatułkę. Uciekła.
Boże. Mam matkę psychopatkę.
W sumie to nie mam matki.
Stałam w osłupieniu. Co to niby było. Nagle wbija mi do pokoju i grzebie w moich rzeczach. Babcia musiała gdzieś wyjść bo nigdzie jej nie ma. Poszłam do kuchni i usiadłam na jednym z obdartych krzeseł. Otworzyłam pudełko, które usiłowano mi odebrać. Bardzo dobrze wiem co w nim jest. Są tam rzeczy mojej zmarłej mamy. Zdjęcia, upominki, ususzone kwiaty... Wszystko co mi o niej przypominało. I po co niby chciano mi to ukraść? Stwierdziłam, że pojadę opowiedzieć o wszystkim Ami. Wiedziałam, że mogło to negatywnie wpłynąć na jej zdrowie ale musiałam z siebie to wszystko wyrzucić. A jeśli ta nienormalna kobieta będzie chciała zrobić coś Ami? Nigdy nic nie wiadomo co może uroić się w chorej głowie tego człowieka. Byłam przerażona ale szybko ubrałam się w kurtkę i wybiegłam na zimne powietrze. Długo biegłam w stronę szpitala. Nigdy nie byłam dobrą biegaczką ale o dziwo biegłam tak szybko jak tylko mogłam. Nie zwracałam na nic uwagi. Wydawało mi się, że widziałam auto przed szpitalem, które należało do matki. Pełna determinacji wbiegłam do szpitala. Byłam prawie pewna, że ta psychopatka będzie chciała zrobić coś Ami.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
Sorry, że taki dziwny ale nie miałam innego pomysłu :D mimo wszystko mam nadzieje, że się podoba i zapraszam do komentowania ;*
Bye ♡
sobota, 18 kwietnia 2015
Rozdział 11 ♥
Siedziałam na łóżku. Było jeszcze ciemno ale ja nie spałam. Tak jak przez większość nocy. Moje serce było pełne bólu, strachu, niepokoju. Obmyślałam plan. Plan jak ukrywać swoje emocje i udawać twardzielkę. Musiałam iść do Eryka. Wytłumaczyć mu... Bo czułam się winna całemu temu zajściu. Wszyscy znaleźliśmy się w nie właściwym miejscu i w niewłaściwym czasie. Ale może właśnie tak miało być? Pójdę dzisiaj do mojej siostry. Ze pewne zauważy, że coś jest nie tak. Ale w głębi serca chcę, żeby zauważyła ze coś jest nie tak. Żeby pocieszała mnie i doradzała tak jak dawniej. Ona jest ode mnie silniejsza, mimo że ciągle leży w szpitalu. Wstałam z łóżka i podeszłam do szafy. Wybrałam białą koszulkę i granatową spódniczkę. Nie lubiłam chodzić w spódniczkach ale ta była wyjątkowa. I od mamy.
Mamo. Tak bardzo za tobą tęsknię.
Zeszłam na dół i ubrałam się w gruby sweter. Wyszłam z domu. Umówiłam się z Edwardem żeby mnie zawiózł do szpitala.
- Hej. Dla kogo się tak wystroiłaś? - zapytał gdy wsiadłam do samochodu.
Nie odpowiedziałam. Nie byłam w nastroju do żartów.
- Uuu. Widzę, że krucho.
- Trochę... - odpowiedziałam.
- Nie martw się. Przejdzie mu.
Spojrzałam na niego ze zdziwieniem. Skąd on wie. W odpowiedzi westchnęłam. Właśnie nie byłam pewna czy mu przejdzie... Gdy dojechaliśmy przed szpital podziękowałam Edwardowi. Poszłam do Amelii. Akurat brała leki.
- Cześć - przywitałam się i przytuliłam ją lekko.
- Hej - powiedziała. Była bardzo blada. - coś się stało? -zapytała.
- Nie.
- Jak to nie? - powiedziała mrużąc oczy - za mocny makijaż oczu jak na ciebie. Za długo cię znam, Magdo.
- Pokłóciłam się z Erykiem. - odpowiedziałam wymijająco. Nie wiedziałam jakby zareagowała na tą sytuację z Tomkiem.
- Użyj swojego uroku osobistego a wszystko będzie dobrze.
- Ja nie potrafię tego tak jak ty - powiedziałam puszczając do niej oczko.
- Urok osobisty na łóżku szpitalnym. Zawsze i wszędzie.
Rozmawiałyśmy jeszcze chwilę. Widziałam, że jest zmęczona więc postanowiłam już iść. Była godzina 14.00. Zadzwoniłam do Eda.
- Hej. Podwieziesz mnie gdzieś jeszcze? Jeśli to nie problem.
- Jasne. Zaraz będę - odpowiedział i rozłączył się.
Po chwili już wsiadałam do auta.
- Szybko przyjechałeś. - powiedziałam.
- Wiem. Zawód taksówkarza jest najbardziej realny przy moich ocenach więc postanowiłem już ćwiczyć. - powiedział uśmiechając się.
- Byłeś u Oli? - zapytałam w pewnej chwili.
- Tak.
- Aha. - powiedziałam robiąc minę pt. " mnie nie oszukasz"
Dalszą drogę rozmawialiśmy o "pogodzie". Gdy dojechaliśmy na miejsce, ścisnął moją dłoń i powiedział:
- Nie bój się. On cię kocha.
A jego ciepłe choć przenikliwe spojrzenie zielonych oczu dodało mi otuchy. Wyszłam z auta i skierowałam się w stronę przestronnych schodów domu. Kilka razy dzwoniłam i pukałam ale nikt nie odpowiadał. Dotknęłam zimnej klamki drzwi. Jak się okazało było otwarte. Nie wiedziałam czy to normalne wbijać tak do czyjegoś domu ale moja intuicja kazała mi znaleźć Eryka. Ostrożnie i cicho stawiałam kroki.
- Jest tu kto?
Brak odpowiedzi. Na parterze nikogo nie było. Postanowiłam więc wejść na górę. Wydawało mi się, że słyszę stamtąd cichą muzykę. Wiedziona swoim przeczuciem i słuchem dotarłam do drzwi na końcu korytarza. Wszystko było w tym domu takie... idealne. Perfekcyjnie wymierzone. Ja zakłócałam harmonię tego miejsca. Po chwili namysłu otworzyłam w końcu drzwi za którymi najprawdopodobniej znajdował się On. Nie myliłam się. Eryk siedział właśnie przy biurku i z pełnym poświęceniem i skupieniem rysował. Gdy tylko mnie zauważył schował szybko rysunek. W całym pokoju było ich pełno. Chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. I co ja mu niby powiem? Nie. Po co w ogóle tu przyszłam? I staliśmy tak w ciszy. W bezpiecznej odległości bo tylko resztkami woli powstrzymywałam się od rzucenia się w jego ramiona.
- Ja... - zaczęłam niepewnie - chciałam...
No właśnie? Czego ja właściwie chciałam? A z resztą on lepiej niż ja orientuje się w moich uczuciach.
- Przepraszam. - szepnęłam.
On popatrzył na mnie, westchnął i odwrócił się w stronę okna. Wiedziałam, że jego serce popękało na wiele szklanych kawałeczków, które mnie raniły. Nie wiedziałam co dalej tu robię bo on już mnie nie chce. Odwróciłam się i zrezygnowana kierowałam się w stronę wyjścia. Prawdopodobnie już nigdy nie spotkam kogoś takiego jak on. Na pewno nie spotkam kogoś takiego jak on. Właśnie schodziłam ze schodów gdy usłyszałam za sobą trzask drzwi.
- Magda! Zaczekaj!
Odwróciłam się.
- Ja... - zaczął mówić, podchodząc do mnie. - zraniłaś mnie.
- Wiem. - przerwałam mu - naprawdę nie chciałam.
- Próbuję o tobie zapomnieć. Próbuję cię nienawidzić. Ale nie potrafię bo... Bo tak cholernie cię kocham. - powiedział patrząc mi w oczy.
Bum. Bomba. Co się dzieje?
- Ja też cię kocham. - szepnęłam, wtulając się w niego bo nie mogłam już wytrzymać.
- Wiem. - odpowiedział uśmiechając się.
- To dlaczego...
- To twoja decyzja. - powiedział cicho.
Po chwili milczenia, patrząc mu w oczy powiedziałam:
- Wybacz mi.
Nic nie odpowiedział.
- Daj mi jeszcze czas.
Westchnęłam. Czas. Taka nieobliczalna rzecz.
Złapałam jego dłoń i mocno ścisnęłam.
- Zadzwoń.
- Zadzwonię. - odpowiedział. Spojrzałam jeszcze na niego i odeszłam.
- Zadzwonię.
To brzmiało jak słabe kłamstwo. Szłam a z moich oczu wydobywały się łzy. On już mi nie wybaczy. Nie pokocha. Zostanę starą panną mieszkającą na odludziu w towarzystwie kotów. O tak. To będzie najlepsze rozwiązanie dla wszystkich. Zniknę i będę udawać, że nie istnieję. Bo nie mam już dla kogo. Nie wiem jak długo już szłam ale po chwili zauważyłam mój dom ukryty w cieniu dęba, na którym nie pozostało dużo liści. Zauważyłam, że przed bramą stoi jakiś nieznany samochód. Pewnie to znajomi sąsiada nie znający się na zasadach ruchu drogowego. Już chciałam do niego iść i nakrzyczeć na niego ale zauważyłam, że w kuchni pali się światło i jest tam ktoś jeszcze oprócz babci. Raczej nie spodziewaliśmy się gości. Wiedziona ciekawością, cichutko wkradłam się do holu. Słyszałam strzępki rozmowy babci i jakiejś kobiety.
- Co pani sobie myśli? Tak nie można! - mówiła babcia.
- Ja myślałam... - zaczęła mówić jakaś kobieta.
- Nie obchodzi mnie co pani myślała ale teraz ani ja ani dziewczynki, nie mamy głowy do takich niespodzianek.
I w tym momencie superman - Magda potknęła się i stłukła wazon na komodzie. Brawo.
- Co tam się dzieje? - zapytała przestraszona babcia, wyłaniając się z kuchni.
- To tylko ja babciu.
- Boże, dziecko, gdzie ty byłaś? I jak wyglądasz? Ja się tak martwiłam!
Ja tylko zrobiłam minę, która mówiła "przepraszam, już nie będę" i weszłam do kuchni. Siedziała tam drobna kobieta o brązowych, kręconych włosach. Miała na sobie różową koszulę i ciemne dżinsy.
- Dobry wieczór. - przywitała się i lekko się uśmiechnęła.
Widziałam jak babcia zabiją ją wzrokiem.
- Ty jesteś Magda?
- Tak... - odpowiedziałam nieśmiało.
A później znowu zapomniałam jak się oddycha.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
Uff i jest następny rozdział :) mam nadzieję, że się podoba bo ostatnio nie mam weny ;/
zapraszam do komentowania ❤
Mamo. Tak bardzo za tobą tęsknię.
Zeszłam na dół i ubrałam się w gruby sweter. Wyszłam z domu. Umówiłam się z Edwardem żeby mnie zawiózł do szpitala.
- Hej. Dla kogo się tak wystroiłaś? - zapytał gdy wsiadłam do samochodu.
Nie odpowiedziałam. Nie byłam w nastroju do żartów.
- Uuu. Widzę, że krucho.
- Trochę... - odpowiedziałam.
- Nie martw się. Przejdzie mu.
Spojrzałam na niego ze zdziwieniem. Skąd on wie. W odpowiedzi westchnęłam. Właśnie nie byłam pewna czy mu przejdzie... Gdy dojechaliśmy przed szpital podziękowałam Edwardowi. Poszłam do Amelii. Akurat brała leki.
- Cześć - przywitałam się i przytuliłam ją lekko.
- Hej - powiedziała. Była bardzo blada. - coś się stało? -zapytała.
- Nie.
- Jak to nie? - powiedziała mrużąc oczy - za mocny makijaż oczu jak na ciebie. Za długo cię znam, Magdo.
- Pokłóciłam się z Erykiem. - odpowiedziałam wymijająco. Nie wiedziałam jakby zareagowała na tą sytuację z Tomkiem.
- Użyj swojego uroku osobistego a wszystko będzie dobrze.
- Ja nie potrafię tego tak jak ty - powiedziałam puszczając do niej oczko.
- Urok osobisty na łóżku szpitalnym. Zawsze i wszędzie.
Rozmawiałyśmy jeszcze chwilę. Widziałam, że jest zmęczona więc postanowiłam już iść. Była godzina 14.00. Zadzwoniłam do Eda.
- Hej. Podwieziesz mnie gdzieś jeszcze? Jeśli to nie problem.
- Jasne. Zaraz będę - odpowiedział i rozłączył się.
Po chwili już wsiadałam do auta.
- Szybko przyjechałeś. - powiedziałam.
- Wiem. Zawód taksówkarza jest najbardziej realny przy moich ocenach więc postanowiłem już ćwiczyć. - powiedział uśmiechając się.
- Byłeś u Oli? - zapytałam w pewnej chwili.
- Tak.
- Aha. - powiedziałam robiąc minę pt. " mnie nie oszukasz"
Dalszą drogę rozmawialiśmy o "pogodzie". Gdy dojechaliśmy na miejsce, ścisnął moją dłoń i powiedział:
- Nie bój się. On cię kocha.
A jego ciepłe choć przenikliwe spojrzenie zielonych oczu dodało mi otuchy. Wyszłam z auta i skierowałam się w stronę przestronnych schodów domu. Kilka razy dzwoniłam i pukałam ale nikt nie odpowiadał. Dotknęłam zimnej klamki drzwi. Jak się okazało było otwarte. Nie wiedziałam czy to normalne wbijać tak do czyjegoś domu ale moja intuicja kazała mi znaleźć Eryka. Ostrożnie i cicho stawiałam kroki.
- Jest tu kto?
Brak odpowiedzi. Na parterze nikogo nie było. Postanowiłam więc wejść na górę. Wydawało mi się, że słyszę stamtąd cichą muzykę. Wiedziona swoim przeczuciem i słuchem dotarłam do drzwi na końcu korytarza. Wszystko było w tym domu takie... idealne. Perfekcyjnie wymierzone. Ja zakłócałam harmonię tego miejsca. Po chwili namysłu otworzyłam w końcu drzwi za którymi najprawdopodobniej znajdował się On. Nie myliłam się. Eryk siedział właśnie przy biurku i z pełnym poświęceniem i skupieniem rysował. Gdy tylko mnie zauważył schował szybko rysunek. W całym pokoju było ich pełno. Chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. I co ja mu niby powiem? Nie. Po co w ogóle tu przyszłam? I staliśmy tak w ciszy. W bezpiecznej odległości bo tylko resztkami woli powstrzymywałam się od rzucenia się w jego ramiona.
- Ja... - zaczęłam niepewnie - chciałam...
No właśnie? Czego ja właściwie chciałam? A z resztą on lepiej niż ja orientuje się w moich uczuciach.
- Przepraszam. - szepnęłam.
On popatrzył na mnie, westchnął i odwrócił się w stronę okna. Wiedziałam, że jego serce popękało na wiele szklanych kawałeczków, które mnie raniły. Nie wiedziałam co dalej tu robię bo on już mnie nie chce. Odwróciłam się i zrezygnowana kierowałam się w stronę wyjścia. Prawdopodobnie już nigdy nie spotkam kogoś takiego jak on. Na pewno nie spotkam kogoś takiego jak on. Właśnie schodziłam ze schodów gdy usłyszałam za sobą trzask drzwi.
- Magda! Zaczekaj!
Odwróciłam się.
- Ja... - zaczął mówić, podchodząc do mnie. - zraniłaś mnie.
- Wiem. - przerwałam mu - naprawdę nie chciałam.
- Próbuję o tobie zapomnieć. Próbuję cię nienawidzić. Ale nie potrafię bo... Bo tak cholernie cię kocham. - powiedział patrząc mi w oczy.
Bum. Bomba. Co się dzieje?
- Ja też cię kocham. - szepnęłam, wtulając się w niego bo nie mogłam już wytrzymać.
- Wiem. - odpowiedział uśmiechając się.
- To dlaczego...
- To twoja decyzja. - powiedział cicho.
Po chwili milczenia, patrząc mu w oczy powiedziałam:
- Wybacz mi.
Nic nie odpowiedział.
- Daj mi jeszcze czas.
Westchnęłam. Czas. Taka nieobliczalna rzecz.
Złapałam jego dłoń i mocno ścisnęłam.
- Zadzwoń.
- Zadzwonię. - odpowiedział. Spojrzałam jeszcze na niego i odeszłam.
- Zadzwonię.
To brzmiało jak słabe kłamstwo. Szłam a z moich oczu wydobywały się łzy. On już mi nie wybaczy. Nie pokocha. Zostanę starą panną mieszkającą na odludziu w towarzystwie kotów. O tak. To będzie najlepsze rozwiązanie dla wszystkich. Zniknę i będę udawać, że nie istnieję. Bo nie mam już dla kogo. Nie wiem jak długo już szłam ale po chwili zauważyłam mój dom ukryty w cieniu dęba, na którym nie pozostało dużo liści. Zauważyłam, że przed bramą stoi jakiś nieznany samochód. Pewnie to znajomi sąsiada nie znający się na zasadach ruchu drogowego. Już chciałam do niego iść i nakrzyczeć na niego ale zauważyłam, że w kuchni pali się światło i jest tam ktoś jeszcze oprócz babci. Raczej nie spodziewaliśmy się gości. Wiedziona ciekawością, cichutko wkradłam się do holu. Słyszałam strzępki rozmowy babci i jakiejś kobiety.
- Co pani sobie myśli? Tak nie można! - mówiła babcia.
- Ja myślałam... - zaczęła mówić jakaś kobieta.
- Nie obchodzi mnie co pani myślała ale teraz ani ja ani dziewczynki, nie mamy głowy do takich niespodzianek.
I w tym momencie superman - Magda potknęła się i stłukła wazon na komodzie. Brawo.
- Co tam się dzieje? - zapytała przestraszona babcia, wyłaniając się z kuchni.
- To tylko ja babciu.
- Boże, dziecko, gdzie ty byłaś? I jak wyglądasz? Ja się tak martwiłam!
Ja tylko zrobiłam minę, która mówiła "przepraszam, już nie będę" i weszłam do kuchni. Siedziała tam drobna kobieta o brązowych, kręconych włosach. Miała na sobie różową koszulę i ciemne dżinsy.
- Dobry wieczór. - przywitała się i lekko się uśmiechnęła.
Widziałam jak babcia zabiją ją wzrokiem.
- Ty jesteś Magda?
- Tak... - odpowiedziałam nieśmiało.
A później znowu zapomniałam jak się oddycha.
*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
Uff i jest następny rozdział :) mam nadzieję, że się podoba bo ostatnio nie mam weny ;/
zapraszam do komentowania ❤
Subskrybuj:
Posty (Atom)